NasiGoreng.pl

Smaki i absmaki (centralnego) Wietnamu

DSC01776_1Miasto wiecznej wiosny

Uciekając od brzydkich plaż południowego Wietnamy i tłumów Rosjan zdecydowaliśmy się ruszyć „w głąb” kraju (co, biorąc pod uwagę kształt kraju – wąski i długi, nie jest takie łatwe). Za cel obraliśmy sobie miasto Dalat – jedna z miejskich legend tłumacząca pochodzenie nazwy wspomina o łacińskim akronimie (znaczenie słowa akronim można znaleźć w internecie – ja znalazłem) „Dat Aliis Laetitiam Aliis Temperiem”, czyli (w bardzo luźnym tłumaczeniu) „Jednym daje radość, innym świeżość”). Zarówno radości, jak i świeżości potrzebowaliśmy, w związku z tym nie mieliśmy nic przeciwko zostaniu „jednymi” albo „innymi”. Ale zanim dotarliśmy do Dalat czekała nas kilkugodzinna podróż minibusem wypełnionym w większości tubylcami. Przy podróżowaniu z Wietnamczykami pojawia się jeden malutki, tyci tyci problemik – jest to jedna z nacji, która najgorzej znosi trudy transportu lądowego i często w trakcie takowego zapada na tzw. chorobę lokomocyjną (czyli pisząc dosadniej – wymiotują bez opamiętania). I nam zdarzył się taki współpasażer, w szczegóły wchodził nie będę…

Miasto rzeczywiście okazało się bardzo przyjemne, między innymi ze względu na panujący tam klimat – podobno o każdej porze roku czuć tam wiosnę. Sam region znany jest z uprawy truskawek, związku z czym nasze pierwsze śniadanie składało się głównie z tychże owoców. Nie były ani najtańsze (około 4,5 zł za kilogram; trudno ocenić, czy nie przepłaciliśmy – biegałem między straganami ośliniony z wywieszonym językiem, w związku z czym wyglądałem na kogoś, kto był w stanie zapłacić każdą cenę), ani najsłodsze (do tych z jastrząbskich grządek się nie umywają, choć nie śmiem nawet kwestionować tego, że „kaszubskie truskawki są najlepsze na świecie”), ale radości z nich było dużo. Jeszcze więcej radości mieliśmy (a dokładnie połowa naszego zespołu) ze zdobycia szczytu Lang Bian (druga połowa oczywiście też szczyt zdobyła, nie omieszkając jednak w trakcie wejścia powtórzyć około 70 razy „Nienawidzę gór”).

DSC01892_1

Czy tak ubiera się zdobywca szczytów? Na szczęście mokasyny zostały w domu

Z Wietnamczykiem za pan brat (nad zupą pho)

Jednak to, co najlepszego spotkało nas w Dalat, to zmiana naszego nastawienia. W końcu otworzyliśmy się na prawdziwe smaki Wietnamu – nie te serwowane w restauracjach (restauracje to dla Wietnamczyków koncept obcy, stworzony dla turystów), ale te wprost z przydrożnych straganów. Początkowo mieliśmy opory ze względu na warunki sanitarne (tak, wiem, jak ktoś nas dobrze zna to wie, że zjemy wszystko i wszędzie), ale również ze względu na (pozorny) brak wyboru (jako hedonistom z zesputego Zachodu wydawało nam się, że duży wybór gwarantuje jakość). Każdy stragan oferuje zazwyczaj tylko jedną potrawę, ale jak się okazało opanowaną do mistrzostwa. Dodatkową zaletą jadania przy ulicznych straganach jest możliwość nawiązania bliższych relacji z Wietnamczykami i odbycia ciekawych rozmów (oczywiście każdy w swoim języku…).

DSC01860_1

DSC01911_1Zupa pho w swej okazałości

„Więcej światła”

Kulinarne podboje Wietnam kontynuowaliśmy w kolejnych odwiedzonych miastach: Hoi An i Hue. Oba miasta znane są przede wszystkim z zabytków, ale nam kojarzyć się będą przede wszystkim z jedzeniem… Nazw próbowanych potraw oczywiście nie pamiętamy, ale wszystkie łączyło jedno – serwowowane były wprost ze straganów, na których były przyrządzane, a konsumowaliśmy je siedząc na stołkach kilkakrotnie mniejszych niż minimalna wymagana dla naszych (niewielkich przecież) gabarytów powierzchnia.

DSC02015_1Wyborne nudle z ulicy… za 4 zeta

DSC01952_1

Substrakty na własnoręcznie kręcone sajgonki

DSC01938_1

Pączki i ich pochodne smażone na mobilnym stoisku

Aby dysproporcja między wietnamskimi stołkami, a nami nie powiększała się, dużo czasu spędzaliśmy spacerując albo jeżdżąc na rowerze. I tylko jedna rzecz nie pozwalała nam w pełni docenić wietnamskich krajobrazów i kolorytów – brak słońca. Od tygodnia nie widzieliśmy promyka słońca, jedynie szare niebo, niejednokrotnie serwujące nam bezpłatny prysznic. Nie mogąc znieść ogromnego kontrastu pomiędzy karkiem oraz czubkiem mojej głowy (bardzo światłoczułej skądinąd), a resztą (od szyi w dół), coraz częściej wykrzykiwałem (niczym umierający Goethe): „Więcej światła!”. Piotrkowi tych okrzyków nie trzeba było wiele – bardzo szybko podchwycił, dorzucając swoje „Na Laos”. Nie myśląc długo ruszyliśmy do Laosu. Ale to już zupełnie inna opowieść…

DSC02001_1

Buszujący w kukurydzy

PS. Kilka zdjęć przedstawiających kolory Wietnamu, które udało nam sięuchwycić mimo braku światła, znajdziecie już wkrótce w sekcji Zdjęcia

(2249)

11 odpowiedzi do artykułu “Smaki i absmaki (centralnego) Wietnamu

  1. Pawel Autor

    Dzieki wiernym czytelnikom dostalismy info, ze nie mozna dodawac komentarzy. Juz usunelismy usterke – dziekujemy za czujnosc i przepraszamy za niedogodnosci.

  2. Asia

    A te truskaweczki z jastrząbskich grządek dlatego takie pyszne, ponieważ sadzone mamusinymi i siostrzanymi rękoma przy niewielkim Twoim udziale.

  3. PJ

    Pawik cieszę się, że mimo iż nienawidzisz gór towarzyszyłeś Rulezowi w zdobyciu szczytu!
    Już widzę jak on się cieszy, pewnie zdjęcie żadne nie było ostre bo tak skakał z radości:P

    1. Piotrek

      Oj tak, im wyzej bylismy tym bardziej bylem szczesliwy. Na koniec az mi mowe odjelo z tego szczecia ;]

  4. dzoklas

    jedzenie wygląda rzeczywiście smakowicie, właśnie miałam prosić o kilka zdjęć więcej i pojawiły się:-). raczej ciepło tam chyba nie jest, prawda?! myślę, że tubylcy, ze względu na to, że motoryzacyjnie pewnie daleko do cywilizacji zachodniej maja kłopoty typu opisanego wyżej przez Ciebie, znam to z własnego doświadczenia:-)

  5. Kacper

    A ja wiedząc z własnego doświadczenia jakie odległości i w jakim tempie pokonuje się za Pawłem (nie obok Pawła) jestem z tobą Piotrek. 🙂

    1. Piotrek K i Małga

      Piotrek też jesteśmy z Tobą – wszystkimi czterema stopami (część z nich nadal nosi ślady wieczornych, pieszych wędrówek po Wiedniu) 😉

      1. Piotrek

        Kacper, Malgosia i Piotrek, mam nadzieje, ze Wasze bezinteresowne wsparcie da Pawlowi do myslenia 😉

  6. Małga

    Jak miło w końcu Cię bracie ujrzeć na jakimś zdjęciu, tylko jeszcze Piotrka brakuje (byłby dowód, że nadal żyje) 😀 A jedzenie rzeczywiście wygląda na „zjadliwe” 🙂

  7. Mon

    Zainspirowaliscie mnie – dzis na lunch ide na pho bo i tylko gorki tu zadnej nie mam w poblizu. Jak juz jestescie w Laosie to koniecznie Beef Laap 🙂

  8. Tomek

    Fajnie się czyta wszystko co piszecie muszę Wam powiedzieć że jest to jedyna literatura obowiązkowa – dzięki. Do Cejrowskiego Wam daleko ale to Cejrowski wiadomo.

    Czułe normalnie smak truskawek

    Pozdr..