NasiGoreng.pl

Dobry Laos i zły Laos

Sabai Dee Laos

Opuściliśmy Wietnam – kraj, w którym wifi jest na każdym rogu i w którym wszyscy posługują się alfabetem łacińkim. Udaliśmy się do Laosu – czterdziestego najbogatszego państwa świata (od końca), w którym wifi nawet jak jest, to nie działa, a alfabet wygląda mniej więcej jak rozrzucone nudle. Przy tym jest to kraj szalenie miłych ludzi, którzy każdego obcego witają sympatycznym „Sabai Dee”.

DSC02107-1

Z Wietnamu wjechaliśmy do Laosu luksusowym autobusem sypialnym (po wietnamsku: VIP Sleeper). Luksus charakteryzował się tym, że nasze siedzenia były obładowane workami z ryżem i aż strach pomyśleć czym jeszcze. Moje miejsce było znacznie gorsze niż Pawła, bo było na dole, więc oczywiście z góry przy gwałtownym hamowaniu wylała się na mnie woda dokładnie w miejsce, które zmoczyłbym naturalnie gdybym się zmoczył. Spanie można było zacząć mocno po północy po wyemitowaniu czterech filmów kung-fu klasy D (choć Paweł twierdzi, że to nie żadne kino klasy D, tylko klasyka gatunku – „The story of Ricky”).

DSC02100-1

DSC02103-1

Laos spodobał się mi od pierwszej chwili. Przede wszystkim zobaczyliśmy tam słońce, którego przez dwa tygodnie pobytu w Wietnamie nie uświadczyliśmy. A było na co popatrzeć, bo to laotańskie słońce daleko na horyzoncie chyliło się już ku zachodowi, wiec było jaskrawo-pomarańczowe i przebijało się przez tumany kurzu na drodze. Skąd kurz na drodze? Jeszcze przy granicy z Wietnamem asfalt przeplatany był wyrwami w drodze i pasami szutru, potem to szuter tu i tam przeplatany był łatami asfaltu. Jedyne co się nie zmieniło to częstotliwość występowania wyrw w drodze. Pierwsze widoki z Laosu były ciekawe:

DSC02208-1

DSC02191-1

DSC02196-1

DSC02210-1

Ciemne oblicze Pakse

Do Pakse, naszej destynacji, dojechaliśmy około północy. Normalnie byśmy się tym nie przejęli, ale w Laosie się przejęliśmy bo tam życie nocne trwa do 22:00, po czym wszystko idzie spać, łącznie z latarniami ulicznymi. Najpierw więc włóczyliśmy się w ciemności w poszukiwaniu bankomatu, żeby mieć czym zapłacić za tuk-tuka. Piąty znaleziony bankomat okazał się działać, więc szczęśliwi zaczęliśmy szukać tuk-tuka. Znaleźliśmy trzy. Pierwszy kierowca nie wiedział gdzie jest nasz hotel, drugi był pijany i też nie wiedział, trzeci też był pijany, ale wiedział. Więc z nim pojechaliśmy. Okazało się, że wiedział tylko przez pierwsze 50m, a jak już się naprawdę dowiedział to cena wzrosła proporcjonalnie do zmniejszenia jego ignorancji.

Poprosiliśmy wiec go żeby jednak zawiózł nas do najbliższego hotelu, w którym jeszcze nie śpią. I to był nasz błąd. Bo zawiózł nas do… burdelu, o czym zorientowaliśmy się trochę za późno. Noc minęła nam cudownie i wcale się nie dłużyła. Pokój był tak brudny, że aż oczy bolały. Co 20 minut rozlegało się łomotanie do naszych drzwi, które oznaczało prezentację kolejnej 12-letniej prostytutki (tak, wszystkie odsyłaliśmy z kwitkiem). Gdy ustały prezentacje prostytutek jakoś niepokojąco dużo zaczęło się kroków wokół naszych drzwi i jak na moje ucho ktoś zaczął bawić się zamkiem. Spaliśmy więc przytuleni do naszych dolarów i komórek, jeden ze scyzorykiem, drugi z… długopisem (bo po co nam dwa scyzoryki, lepiej wziąć jeden). W ogóle do głowy nie przychodziły nam sceny z filmów, w których w podrzędnych motelikach lokatorzy są zarzynani przez chorego psychicznie właściciela albo obdzierani żywcem ze skóry…

hostel-poster

Przespaliśmy tak może z godzinę po czym zegar wybił szóstą rano i 3 minuty później nie było nas już w tym przybytku. Kamień z serc spadł nam dopiero, gdy byliśmy już na głównej ulicy, zobaczyliśmy uczciwych ludzi i upewniliśmy się że nikt nas nie goni z piłą w ręku.

Transport made in Laos

Wkrótce po dramatycznej nocy wypuściliśmy się w podróż miejscowym „busem” do tzw. 4 tysięcy wysp (o czym w kolejnym poście). Podróż od razu poprawiła nam humor i sprawiła że zapomnieliśmy o niemiłym doświadczeniu. Bus nie był busem tylko paką miejscowego „żuka”. Wbrew pozorom było nawet wygodnie, klimatyzacja nie była potrzebna, wszyscy się do nas uśmiechali i było serdecznie.

DSC02106-1

DSC02110-1

DSC02108-1

W Laosie przekonaliśmy się też co naprawdę oznacza klasa VIP Sleeper, bo mieliśmy okazję jechać prawdziwym królem autobusów – dwupiętrowcem oświetlonym jak choinka z… przedziałami do spania i plastikiem imitującym marmur. Czekał na nas świeżo wyprany koc, ciasteczko i podusia. Gdyby jeszcze rozmiary przedziału były dopasowane do wzrostu Europejczyków, byłoby idealnie. Ale nie mieliśmy pełni szczęścia, bo co prawda jechaliśmy królem autobusów, ale obok stali prawdziwi imperatorzy. Trzypiętrowe, czteroosiowe potwory długie na kilometr (no może odrobinę przesadzam, ale były naprawdę długie). I taka karawana 10 barwnie oświetlonych królów i imperatorów wyjeżdża co wieczór z Pakse do Vientiane, a ich kierowcy bawią się przednio wyprzedzając się nawzajem całą noc.

DSC02278-1   DSC02264  DSC02269  DSC02267

(1473)

11 odpowiedzi do artykułu “Dobry Laos i zły Laos

  1. PJ

    nareście 😛 – nie że wpis się pojawił tylko odpowiedni wpis…

  2. ewa

    się wspomnienia nocy spod laotańskiej granicy u mnie obudziły :))) teraz umiem się już z tego śmiać ;)))

  3. aga

    no pięknie…. scyzoryk…. burdel…. długopis i podróż pod workami z ryżem…. 🙂 miałeś chociaż jak oddychać w tym ryżu??? bo na zdjęciu nawet Cię nie widać :p

    1. Piotrek Autor

      Aga, przez 3/4 drogi nie za bardzo ale potem wszyscy wysiedli razem ze swoim ryzem i autobus byl juz tylko nasz 🙂

  4. AmmA i Kacper

    Przepięknie wyglądacie w tych tobołkach. Pawełku już chyba nigdy nie będzie Ci przeszkadzał bałagan w naszym samochodzie. Zamiast scyzoryka mogę podesłać Ci swoją siekierkę.

  5. Pawel B

    No Panowie, coś się zaczyna dziać;)! W końcu dobre foty znanych twarzy;). Zachowajcie koniecznie ten długopis – być może to właśnie on uratował Wam życie. Ja osobiście nie zaatakowałby nikogo, o kim wiedziałbym że ma…DŁUGOPIS. To się nazywa siła pióra!!!

    PS
    The story of Ricky w Laosie! to prawie jak obejrzenie Casablanki w Maroko, albo
    Mulholland Drive w LA!

  6. xhoklas

    nie zła noc, nie mniej moja pierwsza noc w Polsce (październik 1999r. akademik słynna 14tka w Łodzi, godz. 02:00, drzwi pokoju nie maja zamykają bo zamka zwyczajnie brak, w ścianach ślady zawartości żołądka i butów – nawet na suficie, więc spanie w przytulanie i w ubraniach. a tak w ogóle musicie kupić chyba nóż ala Rambo, może się przydać:-)

  7. caravera

    A mi przypomniała się nasza wspólna podróż marszrutkowozem (ich właściciele mają się czego uczyć od Laotańczyków w temacie tuningu) na trasie Batumi-Borżomi i my poupychani między worami z mączką kostną… jak to śpiewał Nat King Cole – unforgettable! Zazdroszczę kolejnego rozdziału 🙂

    1. Piotrek Autor

      Dokładnie! O tej samej trasie pomyślałem w tej latoańskiej „marszrutce”

  8. Pingback: Azja Południowo-Wschodnia – bardzo subiektywny ranking | NasiGoreng.pl