NasiGoreng.pl

Gdy się człowiek śpieszy…, to na pewno nie jest w Laosie

DSC02156_1

Nieśpieszny Laos…

Lubię się śpieszyć, być pod presją czasu, a terminy i ustalone godziny spotkań są dla mnie jedną z niewielu czczonych przeze mnie świętości…  I oto trafiam do kraju, w którym punktualność  znajduje się pod koniec listy wyznawanych wartości, autobusy kursują nie według ustalonego harmonogramu, ale jak chcą (a raczej jak chcą ich kierowcy i liczni pomagierzy), w restauracji zamówione danie dostaniesz po dwóch minutach albo po godzinie (albo nie dostaniesz go wcale, bo obsługująca cię osoba zapomniała o twoim zamówieniu), a ludzie na ulicach poruszają się spokojnie i bez pośpiechu. Nie bez powodu angielski skrót Lao PDR (People’s Democratic Republic, Ludowo-Demokratyczna Republika Laosu), rozwijany jest jako Please Don’t Rush, czyli „proszę, nie śpiesz się”. No to się nie śpieszę i podchodzę do upływającego czasu z dystansem. I chyba nawet to lubię – w końcu tutaj nie da się śpieszyć. A nawet jeśli się da, to zdecydowanie nie warto.

Relaks na jednej z czterech tysięcy wysp

Nie mam pojęcia, czy ktoś kiedyś je dokładnie policzył, w każdym razie region, od którego rozpoczęliśmy poznawanie Laosu (potwierdzam wersję Piotrka a propos 12-letnich prostytutek – nie było w tym elementu poznawczego,  byliśmy zamknięci z „bronią” w pokoju) nosi nazwę Si Phan Don, czyli cztery tysiące wysp, znajdujących się blisko siebie w rozlewisku Mekongu.

DSC02247_1Chciałbym opisać jak pięknie wyglądają wschody słońca o 6.30 na Don Det (wyspie, na którą trafiliśmy), ale nie wiem – nawet do głowy mi nie przyszło, żeby wstawać o tej porze. Wyspa od momentu przybycia na nią zaraża lenistwem i pragnieniem nicnierobienia. Nad samym brzegiem Mekongu rozrzucone są dziesiątki guesthousów (pensjonacików) z hamakami na werandach, które zapraszają „połóż się na mnie i nie wstawaj przez długie godziny (no chyba że po piwo albo koktajl, ale przecież zawsze możesz poprosić kogoś z obsługi)”. Po okalającej wyspę piaszczytej dróżce wolno przemieszczają się miejscowi z uśmiechem witający mijanych turystów. A jeszcze więcej niż ludzi na dróżce zwierząt rozmaitych – psów, kur, kotów, bawołów wodnych… Nadrzeczne tarasy restauracji zamiast krzeseł mają maty do leżenia ułożone przy niskich stolikach – po co jeść na siedząco skoro można wygodniej, unosząc głowę jedynie do kolejnych kęsów i łyków lub chcąc podziwiać przepływający w dole nurt Mekongu (ale jaki to tam nurt, przecież rzece też się nie śpieszy…).

DSC02235_1 DSC02154_1Gdyby komuś chciało się przerwać siestę, to może wypożyczyć sobie rower i przejechać jedynym obecnym na Don Det mostem na sąsiednią Don Khon, aby zobaczyć jedne z największych w Azji Południowo-Wschodniej wodospadów (z małą, ale jakże uroczą restauracyjką z super wygodnymi leżankami) albo kontynuować leniuchowanie na jednej z nadmekongskich (wiem, prawdopodobnie nie ma takiego wyrazu) plaż.

DSC02229_1 DSC02175_1

DSC02184_1Prowincjonalna stolica

Jakkolwiek dziwnie i nielogicznie by to nie brzmiało, to pierwsze przychodzące mi do głowy słowo, które miałoby opisać Vientiane, czyli stolicę Laosu, to „prowincjonalne”.  Ale absolutnie nie w negatywnym rozumieniu tego słowa, ale w znaczeniu „swojskie”, „nienadęte”, „spokojne”. Vientiane w niczym nie przypomina innych południowowschodnioazjatyckich stolic – ruch na ulicach nieporównanie mniejszy, wszystko w zasięgu nóg piechura (w ciągu dwóch dni obeszliśmy całe miasto, niektóre miejsca odwiedzając kilkukrotnie), nikogo nie dziwi też biegający po ulicach i wśród zabytków drób.

DSC02329_1DSC02374_1 DSC02306_1

Mimo tej „prowincjonalności” to właśnie w Vientiane znajduje się wiele najważniejszych zabytków Laosu: znajdujący się w godle kraju Pha That Luang (buddyjska stupa pokryta złotem), świątynia Haw Phra Kaew, czy też miejscowy łuk tryumfalny, czyli betonowy budynek-potwór (jakoś nie wywarł na mnie dobrego wrażenia) o wdzięcznej nazwie Patuxai.

DSC02354_1 DSC02344_1DSC02421_1 DSC02418_1 DSC02319_1

Vientiane odczarował również moje postrzeganie kuchni laotańskiej – wydawało mi się, że jest dużo gorsza i mniej urozmaicona od tej wietnamskiej. Na szczęście w jednej z małych uliczek odkryliśmy swoją kulinarną mekkę, w której mogliśmy się raczyć grillowanymi szaszłykami, smażonymi w głębokim tłuszczu pączkami (samo zdrowie), czy też lap lao (mięsną sałatką uznawaną za narodową potrawę Laosu, na jednym z poniższych zdjęć w wersji z wołowiną i papryką chili – Monika, dziękuję za inspirację). No i bagietki mają też niegorsze niż te w Wietnami (mimo że przedstawiona poniżej mina Piotrka sugerowałaby coś innego).

DSC02388_1DSC02393_1 DSC02395_1DSC02438_1

DSC02413_1Czas w Vientiane również wydaje się płynąć bardzo wolne. Ale tutaj mogą to być tylko pozory – miasto w ostatnich latach zaczęło się bardzo intensywnie rozwijać, planowane jest wybudowanie wielu nowych biurowców i centrów rozrywkowo-handlowych (budują głównie Chińczycy, ciekawe, czy wyjdzie im tak jak z naszymi autostradami…).  Dlatego w tym przypadku (i tylko w tym) należy się chyba śpieszyć – nie zostało wiele czasu, żeby zobaczyć Vientiane w jego prowincjonalno-zrelaksowanej formie. Za kilka lat miasto może wyglądać tak jak na poniższym projekcie (chyba że Chińczycy nawalą).DSC02410_1

(1213)

10 odpowiedzi do artykułu “Gdy się człowiek śpieszy…, to na pewno nie jest w Laosie

      1. Piotrek

        Jestem ponad Twoje kasliwe uwagi poniewóż u nas jest +30st i nie musze wstawac do roboty 🙂

        1. PJ

          zero kąśliwości, zero złośliwości, życzę Ci 5 kolejnych lat podróżowania w ciepłych 30-stopniowych klimatach a nie 45 stopni mniej… ale mam nadzieję że nie zapominacie się rozglądać za inwestycjami:P

          1. PJ

            dobrze wiesz, że ja nie z tych złośliwych!! ci złośliwi siedzą cicho… a ja piszę kolejny komentarz Pawłowi ;P

  1. xhoklas

    też bym chciała leżeć, jeść i nic nie musieć robić, czyli błogie lenictwo:-( fajnie Wam

  2. t-a

    …a u nas strach wielki, bo jakiś dżęder zamienia chłopców w dziewczynki – już nie będzie, że matka jest tylko jedna…

    1. Pawel Autor

      Toż to chyba potwór jakiś… Myślę, że czas zacząć palić na stosie – nie wiem kogo, ale jakieś czarownice na pewno się znajdą (w razie czego ks. Oko pomoże znaleźć)… Tutaj w Laosie wydaje nam się, że rozpoznajemy, którzy to chłopcy, a które dziewczynki, ale może też poprzebierali…?

  3. Kacper

    Paweł czemu piszesz stolicę Laosu po angielsku czyli Vientiane a po polsku jest Wientian.

    1. Pawel Autor

      Bo nie znalem polskiej nazwy:-). Dziekuje za zwrocenie uwagi, Mistrzu Stolic!