NasiGoreng.pl

Dwie historie Kambodży

Dopadła nas historia…

Historią przestałem się interesować w okresie wczesnostudyjnym, gdy zakończyła się moja formalna edukacja historyczna. Od tego czasu historia, zwłaszcza ta najnowsza polska, kojarzy mi się nierozłącznie z polityką i awanturami (Kukliński – zdracja, czy bohater? Świętować Okrągły Stół? Czy rotmistrz Pilecki uległ bezpiece? Etc…), dlatego wolę się koncentrować, zwłaszcza w trakcie podróży, na teraźniejszości (czy warto podnieść rękę, żeby odgonić spacerujące po mojej łydce mrówki?) oraz bliskiej przyszłości (co mi sprawi większą przyjemność – wypicie piwa czy szejka?).

Jednak od historii w podróży nie da się całkowicie uciec. Dopadła nas w Kambodży, stawiając przed wyborem – bezrefleksyjnie przejechać przez kraj, pozostawiając w głowie jedynie kilka obrazków z ładnymi widokami (choć widzieliśmy ładniejsze) albo zapoznać się choć trochę z historią kraju i obecnym stosunkiem Kmerów do niej, otrzymując w zamian mieszankę różnych odczuć – zachwytu, podziwu, szoku, smutku, obrzydzenia… Wybraliśmy to drugie – nie da się zrozumieć Kambodży bez zrozumienia dwóch okresów, które odcisnęły największe piętno na świadomość i obecne zachowanie mieszkańców.

W dawnym Imperium Kmerów

Największą atrakcją turystyczną Kambodży, powodem do dumy (i zarobku), są ruiny miasta Angkor – ogromnej stolicy Imperium Kmerów, leżącej w pobliżu miasa Siem Reap. Okres świetności Angkoru rozpoczął się w VIII wieku (czyli okresie, kiedy przeróżne Ziemowity, Lestki i Siemomysły biegały po naszych kniejach nie wiedząc jeszcze, że za sto kilkadziesiąt lat powstanie tam dumne państwo Polan…), a zakończył w XV wieku (no dobra, wtedy mieliśmy podobno już nawet jakieś murowane budowle, ale gdzie im tam do tych z Angkoru…). Do dziś pozostały „tylko” ruiny świątyń – stanowiące jedno z najbardziej imponujących terenów archeologicznych na świecie. Kto nie kojarzy Angkoru – niech obejrzy dwa klasyki – Indiana Jones i Świątynie Zagłady oraz Lara Croft Tomb Rider.

Indiana Jones i Świątynia Zagłady (zdjęcie nie jest naszą własnością, a szkoda...)

Indiana Jones i Świątynia Zagłady (zdjęcie nie jest naszą własnością, a szkoda…)

Obecnie Angkor to bardzo dobrze działająca (jak na standardy kambodżańskie) maszynka do zarabiania pieniędzy. Przy zakupie biletów każdemu turyście robione jest zdjęcie i błyskawicznie (nawet według standardów europejskich) drukowany jest bilet-identyfikator (którego w niniejszym wpisie nie pokażę – po prostu wyobraźcie sobie mnie na zdjęciu w kartotece policyjnej, na bilecie mam bardzo podobne ujęcie). Cały teren (a świątyń i świątynek jest kilkaset) można zwiedzać na wiele różnych sposobów – taksówką, busem, tuk-tukiem, skuterem, balonem, rowerem, pieszo, z przewodnikiem, samodzielnie… Słowem – Angkor jest łatwodostępny, co niestety ma również swoje negatywne strony. W najbardziej popularnych miejscach o najbardziej popularnych porach są dzikie tłumy. W niektórych przypadkach owa „dzikość” jest dosłowna, a nie metaforyczna – przykładem może być najpopularniejsza świątynia – Angkor Wat o wschodzie słońca, gdzie rozpoczyna się wyścig, podchody i wojenki podjazdowe w celu zajęcia najbardziej dogodnego miejsca do zrobienia zdjęcia.

Tłumy turystów czekające na wschód słońca nad Angkor Wat

Tłumy turystów czekające na wschód słońca nad Angkor Wat

Oczekiwany wschód słońca nad Angkor Wat

Oczekiwany wschód słońca nad Angkor Wat

A to już Angkor Wat po wschodzie słońca

A to już Angkor Wat po wschodzie słońca

My wycieczkę do Angkoru odbyliśmy rowerami – staraliśmy się oddalić choć trochę od najbardziej uczęszczanych świątyń i szlaków, co nie zawsze nam się udawało. Oprócz innych turystów samopoczucie psuł nam doskwierający upał i zmęczenie – w ciągu dnia zrobiliśmy kilkadziesiąt, a zdaniem Piotrka – kilkaset kilometrów. Mimo tego uważam, że zdecydowanie warto odwiedzić Angkor, nawet jeśli nie jest się wielbicielem architektury. Wrażenie robi ogrom całego kompleksu, a przy odrobinie wysiłku można odnaleźć odludne zakątki i poobserwować jak dżungla wdziera się w ruiny świątyń. Kambodża i jej mieszkańcy mają z czego być dumni. I są, co widać na przykładzie biznesu turystycznego zbudowanego wokół Angkoru.

Angkor Wat

Angkor Wat

Bezimienne oblicze w bezimiennej świątyni (przynajmniej my tych imion nie pamiętamy...)

Bezimienne oblicze w bezimiennej świątyni (przynajmniej my tych imion nie pamiętamy…)

Brama wjazdowa (jedna z wielu) do kompleksu Angkor Thom

Brama wjazdowa (jedna z wielu) do kompleksu Angkor Thom

Drzewa przejmująca władzę nad świątynią Ta Prohm

Drzewa przejmująca władzę nad świątynią Ta Prohm

Rolnicze tereny wśród których biegła trasa naszej wycieczki rowerowej

Rolnicze tereny wśród których biegła trasa naszej wycieczki rowerowej

Nie samym pedałowaniem i zwiedzaniem człowiek żyje - okołopołudniowa drzemka na tyłach jednej ze świątyń (plan pierwszy - Piotrek, w tle - pomnik słonia)

Nie samym zwiedzaniem człowiek żyje – okołopołudniowa drzemka na tyłach jednej ze świątyń (plan pierwszy – Piotrek, w tle – pomnik słonia)

Czerwona Kambodża

Imperium Kmerów, to coś wokół czego mieszkańcy Kambodży się jednoczą, wspólne dobro, mit założycielski narodu. Jednak dużo większy wpływ na to, jak dzisiaj wygląda Kambodża i jacy są jej mieszkańcy, miał inny okres w historii – rządy Czerwonych Kmerów.

W okresie 1975-79 Kambodża doświadczyła jednego z największych ludobójstw w dwudziestowiecznej historii świata. Nie było ono wynikiem najazdu zewnętrznych wrogów, czy też działań wojennych, ale skutkiem rządów i „inżynierii społecznej” prowadzonej przez Czerwonych Kmerów dowodzonych przez byłego nauczyciela historii i geografii – Pol Pota (brata numer jeden). Wprowadzona przez nich reforma agrarna przeobraziła naród w jednoklasowe społeczeństwo rolne, w którym wszyscy obywatele musieli pracować jako rolnicy w specjalnych obozach. Zlikwidowano szkoły, banki i pieniądze, wszelkie przedsiębiorstwa i instytucje. Terror objął wszystkich podejrzanych o odstępstwa od obrazu idealnego obywatela, czyli niewykształconego chłopa. Aby trafić do więzienia wystarczyło znać język obcy, nosić okulary, czy też zostać przyłapanym na zbieraniu owoców w lesie (co było traktowane jak prywatna przedsiębiorczość). Cała populacja stolicy, Phnom Penh, została wypędzona z miasta i osadzona w obozach pracy. Prawie całkowicie zlikwidowano elity intelektualne kraju. W ciągu 5 lat, na skutek głodu, tortur, masowych mordów zmarło około 20% populacji kraju (choć nie udało się ustalić dokładnej liczby ofiar).

Historia dyktatury Czerwonych Kmerów wstrząsa, choć nam jako turystom wcale nie było łatwo ją poznać i choć trochę zrozumieć. Z historią ludobójstwa można zapoznać się w zasadzie w dwóch miejscach. Pierwsze z nich to Muzeum Tuol Sleng (zwane jako S-21) – dawna szkoła zamieniona przez Czerwonych Khmerów w więzienie i miejsce tortur, drugie to Pola Śmierci. Oba znajdują się w Phnom Penh. W obu tych miejscach mieliśmy wrażenie, że o całej historii nie opowiada się tam otwarcie, a raczej niechętnie, bez myśli przewodniej, z zawstydzeniem i bardziej w celu zarobku niż rzeczywistego edukowania zwiedzających. Oba muzea mogą pomarzyć o infrastrukturze, która wspiera Angkor. Dostępne ekspozycje i materiały powstały przede wszystkim dzięki wsparciu organizacji pozarządowych, a nie oficjalnych instytucji. Czuło się, że to miejsca bardziej dla turystów, a nie świątynie pamięci, mające duże emocjonalne znaczenie dla (wprost za ogrodzeniem Pól Śmierci ustawiono kiosk z napojami, jeden ze strażników bez skrępowania oddawał mocz w miejscu, gdzie cały czas znajdowane są kości pomordowanych itp.).

S-21 - szkoła, którą zamienioną w więzienie i miejsce tortur

S-21 – szkoła, którą zamienioną w więzienie i miejsce tortur

Drzewo Śmierci, pod którym mordowano dzieci

Magiczne drzewo – drzewo było wykorzystywane do zawieszania na nim głośników, z których emitowano dźwięki mające zagłuszyć odgłosy mordowanych

Drzewo, pod którym mordowano dzieci

Drzewo, pod którym mordowano dzieci

Jeden z masowych grobów na Polach Śmierci

Jeden z masowych grobów na Polach Śmierci

Czaszki zebrane w świątyni na Polach Śmierci

Czaszki zebrane w świątyni na Polach Śmierci

Kambodża nie potrafi rozliczyć się ze swoją najnowszą historią. Duża część narodu cierpi na stres pourazowy. Wielu ludzi, zarówno rodzin zamordowanych, ofiar tortur jak i katów (w tej chwili nie da się tego nawet rozróżnić – kaci często stawali się ofiarami, gdyż wśród Czerwonych Kmerów wszechobecna była podejrzliwość, wewnętrzny terror i czystki) żyje wciąż w traumie. Z drugiej strony młode pokolenie niewiele wie o historii – o czasach Czerwonych Kmerów rzadko uczy się w szkołach (nie jest to w programie obowiązkowym). Kraj ma problem z osądzeniem głównych przywódców Czerwonych Kmerów, a szeregowych funkcjonariuszy reżimu postanowiono w ogóle nie sądzić, tylko „zintegrować ze społeczeństwem”. Co prawda Pol Pot nie żyje i nie da się już go osądzić, ale od 8 lat, przy wsparciu międzynarodowym, prowadzonych jest kilka procesów sądowych pozostałych przywódców. Ich skutki są mizerne – osądzono i skazano jedynie jednego z oskarżonych, dowódcę więzienia S-21, za to koszty ogromne (do tej pory około 200 milionów dolarów). Dawni komendanci mogą czuć się bezkarni – Czerwoni Kmerzy obecni są w polityce, w gospodarce, na północy kraju stworzyli groźną organizację mafijną. Ofiary wciąż czekają na sprawiedliwość, ale nic nie wskazuje na to, żeby na najbliższych latach miała ona nadejść. Kambodża nie potrafiła rozliczyć się ze swoją przeszłością.

(1048)

4 odpowiedzi do artykułu “Dwie historie Kambodży

  1. PJ

    trzeba było pod zdjęciem z ludźmi robiącymi zdjęcia wschodowi napisać, że to lokalni przyszli Was oglądać i robią fotki, bo tak wygląda:P
    Co do historii zdanie moje znacie ze skajpeja:)

  2. i AmmA

    zdjęcia w kartotece z Toba w roli glownej lepiej nie będę sobie wyobrazać.Zdjecia swiątyn fajne nawet ja chętnie bym obejrzala super że nie kojarzą się modlitewnie.

  3. Asia

    Czytając Twój wpis nawet historia staje się interesująca, powinieneś zostać nauczycielem 🙂

  4. Pingback: Azja Południowo-Wschodnia – bardzo subiektywny ranking | Nasi goreng