NasiGoreng.pl

Nie tylko ping pong

1 opening_2

Najpierw puśćcie sobie poniższą piosenkę słynnego barda Murray’a Heada i przeczytajcie wpis, słuchając w tle „one night in Bangkok and the world’s your oyster”…

Bangkok to największe miasto, jakie do tej pory odwiedziliśmy w Azji. Mając w pamięci atrakcje, którymi dotychczas ugościły nas azjatyckie metropolie, po Bangkoku spodziewaliśmy się, że od średniej nie będzie odstawał. Byliśmy więc przygotowani na sterty śmieci na każdym rogu, dziurawe chodniki czekające tylko, aż nieuważny przechodzień skąpie się w odsłoniętych przez nie ściekach, totalny paraliż komunikacyjny potęgowany przez mrowie skuterów, szczury polujące na karaluchy wielkości pięści, hordy wygłodniałych psów (które niestety nie reagują na komendę „buda”) polujące z kolei na te szczury itd. itp. A to wszystko okraszone „sodomią i gomorią” dzielnicy czerwonych latarni, a raczej wielobarwnych szyldów i neonów z jedną z trzech fraz: go-go, bum-bum lub ping-pong. Choć wszystkie oznaczają mniej więcej to samo, to ping pong show to coś na tyle wyjątkowego, że co odważniejsi powinni przynajmniej sprawdzić sobie to hasło w wyszukiwarce, tylko na boga, nie w pracy i nie przy dzieciach!!! Nie bez powodu przytoczony wyżej poeta śpiewa: one night in Bangkok makes a hard man humble…(wystarczy jedna noc w Bangkoku, żeby nawet twardziel skruszał).

Ale ponieważ niedawno Polska awansowała na potęgę sportów zimowych, nie ma co pisać o mniej popularnej dyscyplinie sportu jaką jest ping pong. Wróćmy do tkanki miejskiej Bangkoku, bo stolica Tajlandii bardzo pozytywnie nas zaskoczyła. Ale zacznijmy od początku.

Do Bangkoku wjechaliśmy dwupiętrowym autobusem sunąc kilkanaście metrów nad ziemią, nad korkami, nad tłokiem. Bangkok jest bowiem otoczony kilkoma „ringami” obwodnic. A żeby obwodnice nie kolidowały z, i tak nieźle rozwiniętą, siecią zwykłych dróg, zbudowano je na podwyższeniu, a co! I z tego podwyższenia oglądaliśmy Skytrain, czyli kolej miejską na podwyższeniu, Aerolink – pociąg na lotnisko, oczywiście na podwyższeniu, sieć kładek dla pieszych – też na podwyższeniu, dalekobieżne autobusy – koniecznie dwupiętrowe, czy też zwykłe, podziemne tym razem, metro. A to wszystko zbudowane bez funduszy unijnych, i to już jakiś czas temu. Oczywiście oglądaliśmy też szklane domy, które nie dość, że mają po 80 pięter lub więcej, to jeszcze na każdym ich dachu toczy się życie – tutaj klub, tutaj bar, tam ogród, a tam basen. Prorok Żeromski w swojej wizji szklanych domów tego nie przewidział.

skytrain i system kładek doń prowadzących

skytrain i system kładek doń prowadzących

zdjęcie zaczerpnięte z reklamy skytrainu

zdjęcie zaczerpnięte z reklamy skytrainu

znowu skytrain, tym razem dwupiętrowy

znowu skytrain, tym razem dwupiętrowy

przy stacji metra Si Lom

przy stacji metra Si Lom

basen na dachu naszego hotelu. Pokój kosztował 30 zeta :)

basen na dachu naszego hotelu 🙂

Ale przecież obyci jesteśmy, w Warszawie też niedawno oddano do użytku część obwodnicy (nawet się po niej jechało, 2 wiadukty były otwarte, reszta w budowie), więc nowoczesność Bangkoku, mimo że imponująca, to jednak nie mogła nas oszołomić… dopóki nie weszliśmy do metra. Oczywiście metro jako takie jest nowoczesne, są nowe technologie itd., ale dla mnie największym zaskoczeniem byli pasażerowie. Bramki wejściowe otwierają sobie, przykładając do czytnika smartfony (a nie karty warszawiaka!). I jest to chyba jedyny moment, kiedy odlepiają wzrok od swoich smartfonów, bo poza tym wszyscy cały czas są online (najwyraźniej zasięg w metrze ma nie tylko Play). W metrze nie ma w zasadzie nikogo (włączając starców, noworodki i mnichów) bez ajfona dziesiątki albo Samsunga Galaxy S15… chyba że metrem jedziemy my. Nasze wyszarpane rodzimym telekomom smartfończyny wzbudzały w Tajach podobnie pobłażliwy uśmiech, co w Warszawie widok Poloneza taksówki.

Jeśli tak jak Paweł, który w metrze zawsze ma „swoje miejsce”, nie wsiadacie do metra jeśli „Wasze miejsce” jest już zajęte lub jeśli wkurzacie się, że trzeba ustępować miejsca starcom i kobietom w ciąży, to nie jedźcie do Bangkoku. Tutaj do panteonu uprzywilejowanych dołączyli też mnisi (którzy mają nawet oddzielne sektory w poczekalniach!)

8 infra1_1
Tak jak nasze smartfony to Polonezy, tak samo warszawskie centra handlowe to przy tych z Bangkoku jak pasztetowa przy szynce parmeńskiej, jak Gamatex przy Armanim lub Władysławowo przy Saint Tropez. Centra handlowe w Bangkoku to blichtr, bogactwo, festiwal szkła i marmuru, to sztuka wykończenia wnętrz, wreszcie oszałamiający wybór… ale dla nas to głównie bardzo wydajna klimatyzacja, darmowe wifi i cudownie czyste toalety – czyli nasi najwięksi sprzymierzeńcy w odkrywaniu Bangkoku. Zakupy robiliśmy w nich sporadycznie, bo oryginalną bieliznę najlepszych projektantów kupiliśmy kilka dni wcześniej na bazarze w Kambodży, a modne okulary przeciwsłoneczne przywieźliśmy z Polski.

zaraz po wejściu do galerii Paragon padliśmy na ziemię w obawie, że stratuje nas tabun czerwonych koni. Na szczęście okazało się, że to tylko dekoracja :P

zaraz po wejściu do galerii Paragon padliśmy na ziemię w obawie, że stratuje nas tabun czerwonych koni. Na szczęście okazało się, że to tylko dekoracja 😛

i jeszcze raz słynny Paragon

gdybyś do nowych ciuchów chciał dobrać Maserati, to oczywiście nie ma problemu

Bangkok to bardzo zielone miasto, co widać zarówno na zwykłych ulicach, jak i w licznych świetnie utrzymanych parkach.

u nas "kwiotki" stawia się na klatkach, w Bangkoku na ulicy

u nas „kwiotki” stawia się na klatkach, w Bangkoku na ulicy

kanał w okolicy Hua Lumpong

kanał w okolicy Hua Lumpong

My pierwszy park odwiedziliśmy nad ranem po przyjeździe sypialnym autobusem do Bangkoku. Bezpośrednio przy dworcu autobusowym jest duży park. Dla nas jednak wcale nie tak bezpośrednio, bo dotarcie na niego zajęło nam godzinę. Jakoś nie umieliśmy przejść przez trzypiętrową ulicę i okazało się, że bramki na płatnej obwodnicy obsługują tylko samochody, a nie pieszych. Bocznym wejściem przez dziurę w płocie udało nam się w końcu przedzierzgnąć do parku. No i okazało się, że parki w Bangkoku zaczynają żyć o 5 rano (jeszcze przed wschodem słońca), gdy wypełniają się biegaczami i rowerzystami liczącymi na ostatnie tego dnia chwile bez niemiłosiernego słońca (Bangkok to jedno z najgorętszych miast na Ziemi). W parkach są oczywiście wytyczone trasy spacerowe, joggingowe, ścieżki rowerowe (i my oczywiście – stali bywalcy parków – spacerowaliśmy ścieżką rowerową, dopóki nas stanowczo nie obdzwoniono), są siłownie na wolnym powietrzu, są stawiki z łabądkami – rowerkami wodnymi, są egzotyczne ptaki, jest też słynny aerobik otwarty dla wszystkich chętnych, zresztą zobaczcie sami.

No i jest jeszcze jedna wyjątkowa rzecz. Codziennie o 8:00 i 18:00 cały Bangkok staje, żeby wysłuchać hymnu narodowego. My mieliśmy pecha szczęście słuchać go m.in. w środku protestu z trybunem ludowym w roli solisty:

Bangkok nazywany jest, przynajmniej przeze mnie, Wenecją Wschodu. Nie jestem fanem takich porównań (bo prowadzą do tego, że Szczecin jest Paryżem Wschodu, a Polacy to Włosi Północy…) ale przy Bangkoku jest ono usprawiedliwione . Jest poprzecinany siecią kanałów (brudnych i tych brudniejszych), a biegnąca przez Bangkok rzeka (też brudna) to prawdziwa arteria miasta – tramwaje wodne nie są powolną atrakcją dla turystów, tylko równorzędnym do metra i skytrainu środkiem komunikacji miejskiej. Rzekę co i rusz przecinają też ogromne barki, statki wycieczkowe i normalne mniejsze i większe łodzie, a nad samym brzegiem ulokowane są hotele, biurowce, centra handlowe, targowiska (również pływające), restauracje, baseny itd.

13 rzeka1_2 
14 rzeka3_1

i znowu kameralne okolice Hua Lumpong

i znowu kameralne okolice Hua Lumpong

No ale w tak dużym mieście nie można tylko spacerować i pływać w basenie na dachu swojego hotelu. Trzeba też (na szczęście) jeść i pić. Powiem krótko, nigdzie nie piłem smaczniejszej, zimniejszej i tak idealnie dosłodzonej kawy mrożonej. Duże (naprawdę) Ice Americano kosztuje w Bangkoku 4 złocisze, a Ice Latte 4,5, choć udało nam się znaleźć także tańsze przy metrze Suttisan, trzeba przejść przez budowę, przeciąć śmierdzący kanał, minąć pralnię i odważyć się wejść w obskurne podwórko i oto widać przemiłą panią parzącą pyszną kawę mrożoną za 2 zeta i to bez sensacji żołądkowych w gratisie! Kawę mrożoną w upalnym Bangkoku można, a nawet trzeba pić pięć razy dziennie i ani się nie nudzi, ani nie szkodzi, za to zawsze idealnie gasi pragnienie.

ice latte czy ice americano?

ice latte czy ice americano?

typowy kawowy kiosk w Bangkoku

typowy kawowy kiosk w Bangkoku

A jeśli chodzi o jedzenie, to ja upodobałem sobie grillowane kiełbaski po zeta za sztukę dostępne naprawdę na każdym rogu. Zajadaliśmy się też przepyszną sałatką z papai (mimo że widzieliśmy ją w całej Azji Poludniowo-Wschodniej to doceniliśmy ją tak naprawdę dopiero w Bangkoku).

to są kiełbaski

to są kiełbaski

a to jest saładka z papai

a to jest sałatka z papai

A najlepsze pad thai robi „pani kierowniczka” z China Town. Strach jej z oczu patrzy, rozkazuje nieśmiałym klientom gdzie należy usiąść, gdy ma się pytania to patrzy na klientów tak, że z tych pytań się rezygnuje… Chcieliśmy nagrać jak smaży swój specjał, ale się baliśmy, bo drugi raz kazała nam już usiąść. Podobno trzeciego ostrzeżenia nie ma! Za to kierowniczka pad thai robi na naszych oczach w ogromnym woku, nie szczędzi orzeszków ziemnych, którym te, wydawałoby się, zwykłe nudle zawdzięczają swój wyjątkowy smak. Kierowniczka w swej dobroci pozwala przynieść sobie kolę/piwo z sąsiedniego Seven Eleven i na koniec, inkasując należne 3,5zł, gdy widzi, że talerze wymiecione są do ostatniego nudelka, mruga porozumiewawczo i mówi „good boys”. Jeździliśmy do niej codziennie przez całe miasto.

Do Bangkoku wracaliśmy i będziemy wracać kilkakrotnie, więc nie jest to ostatnia odsłona naszych obserwacji z tego miasta. Póki co dorzucamy jeszcze kilka zdjęć „z ulicy”.

Paweł upiera się, że to instalacja artystyczna, ja twierdzę, że to porzucony złom. Pewnie każdy w nas ma rację...

Paweł upiera się, że to instalacja artystyczna, ja twierdzę, że to porzucony złom. Pewnie każdy w nas ma rację…

różowy Bangkok

różowy Bangkok

okolice China Town

okolice China Town

Khao San - obrzydliwie komercyjna ulica "backpackerów"

Khao San – obrzydliwie komercyjna ulica „backpackerów”

(1489)

9 odpowiedzi do artykułu “Nie tylko ping pong

  1. Kacper

    To jak już poprawiliście, to mam do ciebie pytanie Piotrek: co to jest ten ping pong show, bo to tak sportowo brzmi.

    1. Piotrek Autor

      Kacper, to jest takie przedstawienie na którym ludzie robia z pileczkami pingpongowymi takie cuda, ktorych nie byliby w stanie wykonac nawet najlepsi sportowcy. W razie czego dopytaj jeszcze mamy, trudno tak na odleglosc wytlumaczyc 😉

  2. Asia

    Ja też mam pytanie: czy widzieliście ten show na żywo?
    A poza tym interesuje mnie jeszcze czy jedliście smażone tarantule lub skorpiony, bo w programie o Bangkoku tak smacznie wyglądały.

    1. Piotrek Autor

      Dwa razy nie. Pierwszego sie balismy bo podobno nikt nie pozostaje wobec tego obojetny, a drugiego mimo szczerych checi nie znalezlismy choc pawel sie zarzeka ze by zjadl bez problemu.

  3. Pawel B

    dałbym wiele za filmik z Waszym udziałem w porannym aerobiku;) haj, haj, haj!!!

    1. Piotrek Autor

      to sie super sklada, bo my chetnie przyjmiemy gotowke. w celu nawiazania wspolpracy sponsorskiej uzyj formularza w zakladce kontakt. tylko przemyslane propozycje

  4. Kacper

    Piękne kolorowe miasto przynajmniej na zdjeciach a aerobik mozna sobie oglądać i ćwiczyć przed komputerem.

  5. Pingback: Azja Południowo-Wschodnia – bardzo subiektywny ranking | Nasi goreng