NasiGoreng.pl

Yangon z zezem i złotymi zębami

 

DSC04124Podróż w nieznane?

Myanmar (zwany wcześniej Birmą) to w ostatnich latach jeden z najpopularniejszych kierunków niezależnych turystów szukających w Azji Południowo-Wschodniej nowych wrażeń, z dala (a przynajmniej obok) Wielkiej Czwórki tego regionu: Tajlandii, Wietnamu, Laosu i Kambodży. Kraj od 2-3 lat coraz bardziej otwiera się na świat, inwestuje w turystykę i demokratyzuje się (choć ta demokratyzacja idzie akurat bardzo wolno). Jak modna to destynacja mieliśmy okazję przekonać się już w Bangkoku, gdy w sekcji konsularnej Ambasady Myanmaru zarówno w trakcie składania wniosku o wizę (co czyni się w godz. 9-12), jak i odbioru paszportu z piękną niebieską pieczęcią wizową (15.30-16.30), walczyliśmy o miejsce w kolejce z setkami podobnych do nas turystów (a tak pragniemy być wyjątkowi…:-)). Trzeba jednak przyznać, że sam proces uzyskiwania wizy jest nieskomplikowany, tani i szybki (wiza tego samego dnia ok. 120 zł, następnego 100 zł, po 2 dniach ok. 80 zł).

Popularność Myanmaru sprawia, że w rozmowach „podróżniczych” trudno uniknąć pytania „Byłeś już w Myanmarze?” (i wstyd odpowiedzieć, że nie), a na blogach i forach podróżniczych pełno różnorodnych informacji i opinii o tym kraju. Jedni twierdzą, że to ich ulubione miejsce w Azji, inni, że największy zawód. Ogólna zgoda panuje jednak co do tego, że mieszkańcy to bardzo mili i przyjaźni ludzie. A z negatywów – najgorsze w Azji Południowo-Wschodniej jedzenie (a przecież dla nas połowa przyjemności z podróżowania to jedzenie) oraz najwyższe ceny hoteli (to też niedobrze, znani z nas centusie – każdy cent się liczy…). Nie ma natomiast zgody, czy obecnie jest dobry moment na odwiedzenie Myanmaru („Za późno, trzeba było jechać 2 lata temu” vs. „Ostatni moment, żeby zobaczyć prawdziwy Myanmar”).

Wiedza pozyskana wiedzą pozyskaną, a przecież musimy wszystko sprawdzić sami. Naszą przygodę z Myanmarem rozpoczęliśmy od największego (4,5 mln mieszkańców) miasta kraju, czyli Yangonu (drzewiej zwanego Rangunem).

Złoty Yangon (z zezem i brudnym paznokciami)

Chciałbym napisać, że Yangon to piękne miasto. Ale że kłamstwem się brzydzę (zazwyczaj), to napiszę, że jest to na pewno miasto interesujące i sympatyczne… Choć wiem, że brzmi to trochę jak rozmowa w stylu: „I co, ładna ta dziewczyna?”, „Eh… no wiesz… Interesująca… I bardzo miła…”. Co w rzeczywistości oznacza, że omawiana koleżanka ma zeza, brudne paznokcie i krzywe zęby (przerażeni moim seksizmem niech w miejsce „ta dziewczyna”, wstawią sobie „ten chłopak”, tudzież „to ono”).

No więc, zostając przy tej niesłychanie wyszukanej metaforze, zez Yangonu przejawia się w tym, że w mieście przeplatają się nowoczesne budynki, pozostałości kolonialne i zwykłe rudery, miejsca bardzo dobrze utrzymane i wysypiska śmieci. I nigdy nie wiesz, na co trafisz za rogiem. Patrzysz na piękny ekskluzywny hotel, ale nozdrza podpowiadają Ci, że coś tu nie gra, podchodzisz bliżej i okazuje się, że centralnie przed wejściem do hotelu przepływa rzeczka ścieków.

„Brudne paznokcie” Yangonu trudne do zinterpretowania nie są – nie jest czysto, dużo śmieci i ścieków, pełno tu też ptaków i ich odchodów (obserwowanie Piotrka z jego gołębiofobią idącego środkiem ulicy wśród pędzących samochodów, bo przecież przy chodniku rosną drzewa, a na drzewach siedzą ptaszki – bezcenne). To chyba pierwsze miejsce, w którym nie mieliśmy ochoty próbować ulicznego jedzenia…

A co do zębów, to może niekoniecznie są krzywe, ale na pewno złote. I dumnie wystają z otworu gębowego miast. O ile to złoto zupełnie nie dziwi i robi dobre wrażenie w przypadku buddyjskich pagód, to złoty (czyli w złotym kolorze, a nie ze złota) pomnik wydał mi się już lekką przesadą. Rekord „ozłocenia” pobiła jednak jedna z restauracji.

Typowa yangońska uliczka

Typowa yangońska uliczka

Widok ze schodów ekskluzywnego centrum handlowego (do którego chodziliśmy skorzystać z toalety...)

Widok ze schodów ekskluzywnego centrum handlowego (do którego chodziliśmy skorzystać z toalety…)

Najbardziej znany zabytek w Myanmarze, czyli Shwedagon Pagoda

Najbardziej znany zabytek w Myanmarze, czyli Shwedagon Pagoda

Statua czegośtam (nie doczytałem, nie dopytałem, nie wiem, co przedstawia) przy Shwedagon Pagoda

Statua czegośtam (nie doczytałem, nie dopytałem, nie wiem, co przedstawia) przy Shwedagon Pagoda

Ociekający złotem pomnik

Ociekający złotem pomnik

Czy to statek? Czy to świątynia? Nie, to zwykła, złota restauracja...

Czy to statek? Czy to świątynia? Nie, to zwykła, złota restauracja…

Pierwsze „obiektywne prawdy” o Myanmarze

Już jazda z lotniska do hotelu pozwoliła nam na poczynienie ciekawych obserwacji (no dobra, poczyniła je za nas jadąca z nami amerykańska emerytka, która w trakcie drogi nonstop komentowała: „Czy zauważyliście, że…?”, „Zobaczcie, jakie ciekawe…”). Po pierwsze – na ulicach nie ma motocykli i skuterów (rzadko spotykane w Azji Południowo-Wschodniej). Jazda nimi została zakazana w Yangonie przez władze, co do powodu to funkcjonują różne „miejskie legendy” na ten temat (że jadący motocyklem pokazał kiedyś brzydki gest ważnemu generałowi, albo że syn jednego z generałów zginął w wypadku motocyklowym, jeszcze inna mówi, że na motocyklach rozprowadzano ulotki opozycyjne). Druga ciekawostka – w Myanmarze jeździ się po prawej stronie drogi, ale samochody mają kierownice też po prawej (podobno jedyny taki kraj na świecie).

Jeżeli chodzi o ceny hoteli, to rzeczywiście są one wyższe niż w innych krajach regionu, a standard dużo niższy (choć w naszej późniejszej podróży po Myanmarze zdarzą nam się również „hotelowe perełki”, czyli w miarę tanio, bez szczurów, ale z oknem). W Yangonie mieszkaliśmy w hotelu Motherland Inn  2 – mały pokoik za 25 usd za dobę (najwyższa cena za pokój, jaką do tej pory zapłaciliśmy).

Nie samym spaniem człowiek żyje… Przydaje się też strawa. I tu się pojawił mały problem – co z tego, że tanio, skoro birmańska kuchnia zupełnie nie przypadła nam do gustu. Myanmar z pewnością nie jest „mniammarem”… Głównym składnikiem wszystkich potraw jest olej. Drugim najpopularniejszym składnikiem też jest olej. Większość potraw jest bardzo ciężka i nie powala wyrafinowanym smakiem. Dlatego też naszą ulubioną jadłodajnią okazała się knajpa indyjska – z restauracjami indyjskimi jest jak z Mcdonald’s – wszędzie otrzymujesz podobno jedzenie o podobnym smaku (już sobie wyobrażam jak po tej uwadze koneserzy kuchni indyjskiej marzą o tym, żeby mnie obrzucić zgniłą soczewicą…).

Na pewno sprawdziło się to, że mieszkańcy Myanmaru to bardzo mili ludzie (tym razem „mili” nie ma żadnego związku z zezem, czy też krzywymi zębami). Wszyscy się do nas uśmiechają, pozdrawiają, pomagają, gdy wydajemy się zagubieni. Dlatego Yangon będzie kojarzył się ze spotkaniami z przyjaźnie nastawionymi Birmańczykami, np. Panem Nożyczkami, który za 3,5 zł załatał nam 2 pary spodenek i zaszył jedną koszulę, czy też Panem Piwoszem, który pomagał nam wybrać piwo w stacji piwnej (zamawiał nam najlepsze piwo, co w jego rozumieniu znaczyło najmocniejsze – trudno nie zgodzić się z tą logiką) i toczył z nami długie rozmowy na tematy socjologiczno-polityczne.

 Talerz pusznego jedzenia "od Hindusa" za jedyne 1,80 zł

Talerz pysznego jedzenia „od Hindusa” za jedyne 1,80 zł
Pan Nożyczki i jego pomocnica walczą z dziurami w naszych ubraniach

Pan Nożyczki i jego pomocnica walczą z dziurami w naszych ubraniach

Piwo w beer station (stacji piwnej) - w tle Pan Piwosz

Piwo w beer station (stacji piwnej) – w tle Pan Piwosz

Nasz przepastny pokój w hotelu (zdjęcie przedstawia 95% powierzchni pokoju)

Nasz przepastny pokój w hotelu (zdjęcie przedstawia 95% powierzchni pokoju)

Reżimowy atak na Skype’a

Tak naprawdę mogę się tylko zastanawiać dlaczego. Może nieostrożnie coś powiedziałem w trakcie rozmowy przy piwie, a obok siedział jakiś agent… Może w trakcie któregoś spaceru krzywo spojrzałem na wojskowego… W każdym razie reżim zaatakował…

Internet w Myanmarze niby jest, a jakby go nie było. Nawet jeśli hoteli pisze, że ma wifi, to na 90% nie działa. W pozostałych 10% działa, ale tylko momentami. Dlatego zdarzało nam się korzystać z kafejek internetowych. W jednej z nich zalogowałem się na skajpa, ale ponieważ mieliśmy inne sprawy do załatwienia, spędziliśmy tam tylko kilka minut. Jedyne, co zdążyłem zrobić, to umówić się na kontakt z rodziną – mieli mi dać znać smsem, gdy będą gotowi.

Spokojnie wróciliśmy do hotelu i czekaliśmy na smsa. Czekaliśmy i czekaliśmy… W końcu przypomniało się nam, że przecież żadna z moich kart sim (jedna polska, jedna tajska) nie działa w Myanmarze, trzeba mieć lokalną. Szybko znaleźliśmy kafejkę internetową (inną niż ta poprzednia), zalogowałem się na skajpa i pocztę. A tam Armageddon – kilkanaście wiadomości od rodziny i znajomych w stylu „Co się stało, odezwij się jak najszybciej”, „Mama dostaje zawału”, „Twój telefon nie działa, ktoś do nas wydzwania i chyba chce nam coś ważnego powiedzieć” itp. Okazało się, że ktoś wydzwania od półtorej godziny na skajpie do wszystkich moich znajomych, również na telefony komórkowe, które miałem tam zapisane. Oczywiście mówiąc po birmańsku… Do moich sióstr dzwonił jakiś młodo brzmiący głos, do mojej mamy kobiecy. Ktoś inny słyszał uliczny hałas. Ktoś przejął moje konto na skajpie! Kto? Do głowy przychodzi mi tylko jedno rozwiązanie – reżim birmański. Jakimś sposobem wojskowi dowiedzieli się, że nie mam o nich najlepszego zdania. Oczywiście szybko zmieniłem hasło na skajpie, ale nie mogę zagwarantować, że jeśli mam Wasz numer u siebie na skajpie, któregoś dnia nie zadzwoni ktoś do Was próbując wyciągnąć o mnie jakieś informacje, zastraszać, grozić. Oczywiście po birmańsku…

Piotrek twierdzi, że w pierwszej kafejce internetowej nie wylogowałem się z komputera i jakieś dzieciaki przejęły moje konto. Wolne żarty! Nie wierzę w to – poczułem się opozycjonistą i nikt nie wmówi mi, że jest inaczej (w końcu w Polsce też jakoś strasznie dużo opozycjonistów się narobiło…).

Na straganie w dzień targowy…

Moją pierwszą w życiu szkołą główną handlową było targowisko (częściej zwane przeze mnie rynkiem). Do dziś pamiętam jak jeździliśmy z tatą żukiem albo tarpanem (a czasem nawet najprawdziwszym traktorem z przyczepą…) na rynek sprzedawać młode ziemniaki. Moim ulubionym zajęciem było wyliczanie należności (nikt tak szybko nie przemnażał liczby kilogramów przez cenę za kilogram…) i kasowanie należności (z wdziękiem wyręczałem trzęsące się ręce staruszek i wyciągałem za nie odpowiednie banknoty i monety z portmonetek). Sprzedawanie na targu było też szkołą charakteru, gdy dużym wysiłkiem musiałem powstrzymywać się od zrobienia krzywdy potencjalnemu klientowi, który przychodził i marudził „Eee, jakieś małe te kartofle…” (co było rażącą nieprawdą – nasze ziemniaki były zawsze wielkości arbuzów) albo „Co tak drogo?!” (a przecież sprzedawaliśmy i tak znacznie poniżej ich prawdziwej wartości). Na zakończenie targu zazwyczaj zajadaliśmy się ciepłymi jagodziankami, tudzież innymi „rynkowymi” przysmakami. Dlatego też do dnia dzisiejszego mam duży sentyment do wszelkiego rodzaju targowisk, a gdy w Yangonie pojawiła się tylko możliwość odwiedzenia prawdziwego rynku, stwierdziłem „Musimy to zrobić”.

O targowisku dowiedzieliśmy się od wspomnianej już amerykańskiej emerytki, która podróżując wokół Yangonu pociągiem przejeżdżała przez stację kolejową wokół której rozpościerały się setki straganów z płodami rolnymi. Idąc za jej radami następnego dnia udaliśmy się na piękny…, znaczy interesujący dworzec kolejowy. Circle train, bo nim zamierzaliśmy jechać, to takie lokalne WKD, które w ciągu około 3 godzin robi pętle wokół miasta. Turyści nie kupią biletu w zwykłej kasie – muszą udać się na specjalny peron (prawie jak w Harrym Potterze), bodajże numer 7. W specjalnej budce smutni panowie dwaj (dwaj kolejni obserwują) wypisują bilety i kasują za nie oszołamiającą kwotę o równowartości 3 zł. Wydawałoby się, że wystarczy zaczekać na pociąg i do niego wsiąść. Nie, nie, tak łatwo nie jest. Do pociągu turyści eskortowani są przez kolejnego smutnego pana, który wprowadza ich do wagonu. Przez całą podróż czujemy się troszeczkę jak trędowaci, bo lokalni wsiadają do innych wagonów, ewentualnie kilka siedzeń obok (boją się nas, a może wiedzą, że jestem opozycjonistą i niebezpiecznie jest być w jakikolwiek sposób ze mną powiązanym…).

Targowisko znajduje się gdzieś w połowie trasy pociągu. Oczywiście wszyscy turyści (całe 10 osób) jadą dalej – my z pewną miną wysiadamy, tylko po to, żeby od razu zatonąć w mrowiu ludzkim. Stragany w zasadzie rozpoczynają się już na peronie, pełno na nim ludzi handlujących lub czekających na pociągi, panuje harmider i hałas. Im głębiej w targ, tym wrażeń coraz więcej – orgia kolorów świeżych warzyw i owoców, krzyki przekupek i przekupów (jest takie słowo?). No i zapachy. Szczególnie w sekcji rybnej… Nie rozumiałem co wykrzykiwali sprzedawcy ryb, ale jeżeli krzyczeli „Świeeeżeee ryyybyyy!”, to byli największymi kłamcami w Myanmarze. Na targowisku stanowiliśmy swoistą atrakcję – wytykano nas palcami, uśmiechano się do nas (albo śmiano się z nas…). Półtorej godziny do następnego pociągu minęło bardzo szybko. Co prawda potem minęła jeszcze kolejna godzina, bo właściwy pociąg jakoś nie przyjeżdżał, ale w końcu udało się wrócić z powrotem do Yangon (ja zadowolony po ciekawie spędzonym dniu, Piotrek mniej – mieszczuchy nie potrafią docenić uroków prawdziwego targu). A następnego dnia opuszczaliśmy Yangon.

Pieczołowicie wypisywany bilet na Circle train

Pieczołowicie wypisywany bilet na Circle train

Wagon w Circle train (tak, dobrze widzicie, to już wszyscy pasażerowie jadący tym wagonem)

Wagon w Circle train (tak, dobrze widzicie, to już wszyscy pasażerowie jadący tym wagonem)

Peron w miejscowości z targowiskiem (bez nerwów, ludzie zejdą z torów na 5 sekund przed przyjazdem pociągu)

Peron w miejscowości z targowiskiem (bez nerwów, ludzie zejdą z torów na 5 sekund przed przyjazdem pociągu)

Choć pociąg nie nadjeżdża i trzeba czekać...

Choć pociąg nie nadjeżdża i trzeba czekać…

Czyżby jechał?

Czyżby jechał?

No to trzeba wsiadać (drzwiami, oknem, czym się da)

No to trzeba wsiadać (drzwiami, oknem, czym się da)

Na szczęście pociąg to ne jedyny środek transportu na targowisko

Na szczęście pociąg to ne jedyny środek transportu na targowisko

Sekcja zieleniny

Sekcja zieleniny

Sekcja pomidorowa

Sekcja pomidorowa

Sekcja cytrynowo-limonkowa

Sekcja cytrynowo-limonkowa

Świat przypraw

Świat przypraw

Zielone chili - nech kolor nie myli (piękny rym), są równie ostre jak te czerwone

Zielone chili – nech kolor nie myli (piękny rym), są równie ostre jak te czerwone

"Świeże" ryby (tak, tak, te czarne kropki na zdjęciu to muchy)

„Świeże” ryby (tak, tak, te czarne kropki na zdjęciu to muchy)

Sprzedawanie jajek to trudny biznes...

Sprzedawanie jajek to trudny biznes…

PS1 Przypomniałem sobie, że jednak pierwsze doświadczenia handlowe miałem wcześniej – jako 6 latek sprzedawałem w monopolowym znajomej rodziców, jeszcze w czasach, gdy alkohol sprzedawano od 13 (wiem, nie wyglądam na takiego, który mógłby pamiętać te czasy…)

PS2 Próbowanie myanmarskiego jedzenia w przyulicznej restauracyjce zemściło się. Nie wdając się w szczegóły – zemsta była okrutna, tym bardziej, że przypadła na kilkunastogodzinną podróż autobusem. Cały czas zastanawiam się, czy nie otruto mnie celowo…

(1142)

8 odpowiedzi do artykułu “Yangon z zezem i złotymi zębami

  1. dziumba

    stosunek opowiesci o … biegunkach do opowiesci o przygodach zamieszczony tutaj jest odwrotnie proporcjonalny do relacji mniej publicznych … czemu?

  2. Amma

    zaprawony w boju handlowcu i opozycjonisto chyba zapomiałeś że zawsze miałeś delikatniutki żolądeczek, ale najbardziej zmartwilo mnie uczulenie Piotrka na ptaki bo u nas to tylko drzewa i zakaz strzelania do ptaszków jest.Dobrze że czytałam wieczorem bo ze śmiechu makijaż by mi się rozmazał.

  3. xhoklas

    te muchy to może były składnikiem jakiegoś dania / wytrawy a Wy pewnie się nie znacie:-) musieliście wreszcie jakieś prawdziwe azjatyckie klimaty spróbować:-)

  4. Kata

    Jedno jest pewne – po tej podróży Piotrek na pewno zostanie rodzinnym mistrzem opowiadania historii z cyklu „nie przy jedzeniu” 🙂

  5. wierząca

    Jednak jesteśmy w tyle za Birmą – u nas nie sprzedaje się jeszcze skorupek od jajek na targowiskach

  6. Pingback: Azja Południowo-Wschodnia – bardzo subiektywny ranking | NasiGoreng.pl

  7. Pingback: Birmańskie plusy dodatnie i plusy ujemne | NasiGoreng.pl