NasiGoreng.pl

Birmańskie plusy dodatnie i plusy ujemne

Mały Bagan w Hsipaw 2

Opiewana jako mekka niezależnych podróżników, ostatni nieodkryty raj na ziemi lub druga Kuba ze starymi samochodami na ulicach Birma szybko się zmienia i zaczyna odstawać od tych wszystkich oczekiwań. Poniżej przedstawiam więc swój subiektywny katalog pereł i antypereł Myanmaru, czyli jak to mawiał prezydent Wałęsa, plusów dodatnich i plusów ujemnych.

Antyperły: Hpa An

Wbrew temu co mówili spotkani podróżnicy i przeterminowany przewodnik, Hpa An zdecydowanie nas zawiodło – było za gorące (40°C), zbyt chaotyczne i brudne. Miasto jest otoczone – podobno – szeregiem arcyciekawych atrakcji. U nas na pierwszy rzut poszła góra Zwegabin. Oszałamiające widoki zostały jednak skutecznie zatrute przez wysypisko śmieci, które powstało wzdłuż całego szlaku na szczyt. Gdy wróciliśmy do najobskurniejszego hotelu, jaki mieliśmy w Birmie, przyjęliśmy hipotezę, że zwały śmieci nie są właściwe tylko dla ulic miasta i góry Zwegabin, ale także dla pozostałych atrakcji i postanowiliśmy ewakuować się, także opiewanym w ekstatycznych opowieściach i przeterminowanym przewodniku, rejsem po rzece Thanlyin do miasta Mawlamyine. Rejs był ciekawy… przez pierwsze 7 minut. Kolejne 173 minuty spędziłem skupiony nad o wiele ciekawszym sudoku. Na szczęście ucieczka do Mawlamyine okazała się lepszym pomysłem, choć żałuję, że w ogóle zdecydowaliśmy się południu Myanmaru poświęcić tyle czasu.

Widoki ze szczytu góry Zwegabin

Widoki ze szczytu góry Zwegabin

Wysypisko śmieci po drodze na szczyt góry Zwegabin, bezpośrednio pod znakiem "zachowaj czystość".

Wysypisko śmieci po drodze na szczyt góry Zwegabin, bezpośrednio pod znakiem „zachowaj czystość”.

U podnóży góry Zwegabin - setki pomników Buddy wśród tysięcy śmieci

U podnóży góry Zwegabin – setki pomników Buddy wśród tysięcy śmieci

Urokliwy ściek w Hpa An

Urokliwy ściek w Hpa An

Antyperły: jedzenie

Pisaliśmy już, że w Myanmarze jedzenie nam nie smakowało? No to nam nie smakowało – jest zdecydowanie zbyt oleiste, kiszone i za często skażone (stąd rozstrój żołądka nazwaliśmy chorobą birmańską – nie mylić ze słynną chorobą filipińską).  Na szczęście prawie na każdym rogu czekał na nas „hindus”, więc w Birmie gdy tylko mieliśmy ten wybór, jedliśmy hindusa.

Główne substrakty birmańskiej kuchni - olej, olej i ryż

Główne substrakty birmańskiej kuchni – olej, olej i ryż

A ostatniego dnia w Birmie zdecydowaliśmy się w ogóle nie jeść i zaczekać do przekroczenia granicy z Tajlandią. Nie żałujemy. Jeśli wpadacie na kilka dni, warto zabrać z domu kanapki i kabanosy 😉

Naprawdę pyszny posiłek na pierwszej stacji benzynowej po tajskiej stronie granicy

Naprawdę pyszny posiłek na pierwszej stacji benzynowej po tajskiej stronie granicy

Antyperły: hotele

Tu relacje wszystkich podróżników i przewodników są zgodne – w Myanmarze hoteli jest za mało w stosunku do liczby turystów, wiec nawet najgorsze speluny nie muszą martwić się o pełne „zatowarowanie”. Wobec tego birmańskie hotele to po prostu skandal. Zdecydowanie najdroższe w całej Azji Południowo-Wschodniej oferują zdecydowanie najniższy standard. Znacie uczucie, gdy z bezsilności chce się płakać? My już znamy. Zatęchłe nory, prysznice z których woda nie leci w ogóle, albo leci w kolorze bardziej przerażającym niż barwa przepływającego obok hotelu strumyka-ścieku, ręczniki, które wodę wchłaniają tak skutecznie jak folia, dramatycznie poplamiona pościel, ściany grubości papieru i nagromadzony przez lata brud. A to wszystko w cenach, które sprawiają że zęby same zgrzytają. Ale musimy być sprawiedliwi – w Myanmarze trafiliśmy też na bardzo dobre hotele, które do dziś wywołują na naszych twarzach uśmiech. No i na szczęście wszędzie widać dużo powstających nowych hoteli i pensjonatów, więc za jakiś czas niewidzialna ręka rynku wysprząta stare nory i podwyższy ich standard, albo obniży ich ceny.

Antyperły: duże miasta

O Yangonie pisał już Paweł tutaj, ja jedynie dodam od siebie, że te kilka ptaszków których niby się wystraszyłem to była wszędobylska szara masa gruchających brudasów, które obsiadały w swej przerażającej mnogości każde drzewo, latarnię i wszystkie druty w mieście i zaczynały produkcję tego, co w gołębiach przeraża najbardziej. Więc spacery po mieście do przemiłych nie należały. Poza tym upał wysysał dużo energii, a miasto nie oferowało zbyt wiele w zamian. I z perspektywy czasu uważam, że pobyt w Yangonie warto ograniczyć do niezbędnego minimum. My spędziliśmy tam trzy dni – pewnie o dwa za dużo. Z tym doświadczeniem udało nam się na szczęście ominąć drugie największe miasto Myanmaru, czyli Mandalay. I chyba dobrze zrobiliśmy, bo przebywający akurat tam znajomi wysłali mi pocieszającą wiadomość – „jeśli jeszcze nie przyjechaliście do Mandalay, to była to dobra decyzja. Tu jest taka lipa, że siedzimy w hotelu i śpimy”. Podsumowując, w Myanmarze warto unikać dużych miast.

W szyku atakującym, na szczęście większość wciąż na ziemi

W szyku atakującym, na szczęście większość wciąż na ziemi

Fasada jeszcze "jak cię mogę", ale z tyłu to już slums - typowe dla birmańskich miast

Fasada jeszcze „jak cię mogę”, ale z tyłu to już slums – typowe dla birmańskich miast

Perły: Kalaw

Do tego niewielkiego górskiego miasteczka przyjechaliśmy po najcięższej chyba podróży autobusowej w Birmie. Zaczęło się zaskakująco, bo kilka godzin po wyjeździe z Yangonu na – uwaga, uwaga – prawdziwej autostradzie głodni i wymęczeni zatrzymaliśmy się w – uwaga, uwaga – Punkcie Obsługi Pasażera, gdzie skusiliśmy się na szańskie nudle. Szanowie najwyraźniej postanowili się, nie wiedzieć czemu, na nas zemścić i razem z nudlami zaserwowali nam chorobę birmańską. Biorąc pod uwagę fakt, że kolejny przystanek nastąpił zaledwie 6h później, podróż minęła nam wyśmienicie, a wyczekany Kalaw powitaliśmy jak karawana oazę.

Punkt Obsługi Pasażera - były prawdziwe plastikowe palmy, prawdziwe plastikowe króliczki i inne zwierzątka i nawet WiFi było!

Punkt Obsługi Pasażera – były prawdziwe plastikowe palmy, prawdziwe plastikowe króliczki i inne zwierzątka i nawet WiFi było!

I oazą Kalaw się okazało. Trafiliśmy tam na nasz najlepszy hotel w Birmie i pierwszy raz od wyjazdu z Polski zobaczyliśmy wannę, a do tego była tak czysta, że nie można było sobie odmówić kąpieli. Kalaw było też zdecydowanie chłodniejsze niż Yangon, co też nas cieszyło, bo dni mijały nam na meandrowaniu po lokalnym targu i zajadaniu się kupionymi tam zielonymi pomarańczami albo nasłodszymi pomidorami.

targ w Kalaw

Kalaw by night - jedyny jasny punkt, to oczywiście świątynia

Kalaw by night – jedyny jasny punkt, to oczywiście świątynia

nasz ulubiony środek transportu w Birmie - pick up. Wiecheć w zderzaku to tamtejszy odpowiednik "świętego Krzysztofa"

nasz ulubiony środek transportu w Birmie – pick up. Wiecheć w zderzaku to tamtejszy odpowiednik „świętego Krzysztofa”

Chętnie też zajadaliśmy się nepalskim przysmakiem dhal baht. W Kalaw w zasadzie nic nie ma, ale to jest w nim chyba najfajniejsze. Miły przystanek na oddech po upale południowego Myanmaru.

Dhal Baht i przystawki, wśród których trochę za bardzo dominowała fasola i soczewica w różnych postaciach

Dhal Baht i przystawki, wśród których trochę za bardzo dominowała fasola i soczewica w różnych postaciach

Perły: Pyin Oo Lwin

Do Pyin Oo Lwin w zasadzie nie zamierzaliśmy trafić. Gdy pociągiem relacji Hsipaw-Mandalay wtoczyliśmy się z 3h opóźnieniem na stację w Pyin Oo Lwin ze zgrozą odkryliśmy, że planowany postój pociągu wynosi tu kolejne 1,5h. Niewiele myśląc, chwyciliśmy plecaki i postanowiliśmy przynajmniej chwilę rozejrzeć się po miasteczku. Po 30 minutach wiedzieliśmy, że zostaniemy tam dłużej. Na peronie powitały nas bowiem sprzedawczynie dorodnych truskawek, na widok których Pawła oczy w zasadzie w truskawki się zamieniły. Przez cały pobyt w, jak się okazało, truskawkowej stolicy Myanmaru zajadaliśmy się tym czerwonym złotem w każdej postaci.

Ale na peronie powitali nas też taksówkarze oswojonym i znanym także z Okęcia „Mister, taxi?”. Jak zwykle odmówiliśmy, ale trochę pożałowaliśmy gdy zobaczyliśmy postój taksówek, a raczej karet. W Pyin Oo Lwinie taksówki wyglądają po prostu tak:

centrum Pyin Oo Lwin 2

centrum Pyin Oo Lwin

No i powitała nas też wyjątkowa architektura – Pyin Oo Lwin było przez lata dla brytyjskich kolonizatorów tym czym Davos dla europejskich utracjuszy. Gdzie nie spojrzeć tam willa, big ben albo anglikańska katedra, czyli widok w Myanmarze niecodzienny i na pewno niespodziewany.

Katedra anglikańska w Pyin Oo Lwin

Katedra anglikańska w Pyin Oo Lwin

Wkrótce też powitał nas Koko – właściciel rodzinnego pensjonatu Royal Flower Guesthouse, w którym się zatrzymaliśmy i który będziemy długo wspominać. Nareszcie Birmańczyk (choć o wyglądzie Hindusa), z którym można było rozmawiać po angielsku bez większego cierpienia (zarówno z naszej jak i Birmańczyka strony). Koko okazał się świetnym ambasadorem Pyin Oo Lwinu. Świetnie doradzał nam co, kiedy i jak zwiedzić, a do tego częstował nas naprawdę pyszną pizzą, w której pomidory podmienił na truskawki (!)

u Koko - widok z dachu pensjonatu Royal Flower

u Koko – widok z dachu pensjonatu Royal Flower

Powitała nas też „mandalayka”, czyli odpowiednik naszej „warszawki”. Pyin Oo Lwin w weekendy jest nawiedzany przez birmańską klasę średnią, głównie z Mandalay. A ta klasa średnia bardziej przypomina już niestety postaci z japońskiej mangi (dziewczęta ubrane w białe podkolanówki, króciutkie spódniczki, różowe torebusie i błyszczące bluzki Hello Kitty) lub Justina Biebera sprzed dwóch lat (chłopcy noszą kuse marynarki z podwiniętymi rękawami i białe spodnie rurki). Część młodzieży swoimi wielkimi smartfonami robiła sobie z nami samojebki „selfies”, które pewnie w czasie rzeczywistym trafiały na feja albo na instagram…

My i "Mandalayka". Brakuje tylko posła Kurskiego.

My i „Mandalayka”. Brakuje tylko posła Kurskiego.

Ale powitali nas też serdecznie bardziej tradycyjni Birmańczycy (ci żujący betel, noszący longyi i ozdabiający twarze tanaką), bo w Pyin Oo Lwin o dziwo turystów jak na lekarstwo, więc wszyscy machają do białych buł i je (jeszcze) serdecznie pozdrawiają.

No i powitał nas też niesamowity wodospad w miejscowości Anisakan bijący na głowę to, co widzieliśmy np. w północnym Laosie, a jednak o dziwo wciąż przez turystów nieodkryty. Warto się spieszyć, by mieć go tylko dla siebie.

Wodospad w Anisakan

Wodospad w Anisakan

Paweł prosił, żebym napisał, że skakał z saaamej góry. No to piszę. Paweł nie skakał z tego kamyczka tuż za nim

Paweł prosił, żebym napisał, że skakał z saaamej góry. No to piszę. Paweł nie skakał z tego kamyczka tuż za nim

Więcej zdjęć z Pyin Oo Lwin dodaliśmy do zakładki Zdjęcia.

Perły: Ludzie

Jakoś się tak złożyło, że to w Myanmarze poznaliśmy naszych największych jak do tej pory podróżniczych „przyjaciół”. Była Merrilee ze Stanów Zjednoczonych – wielbicielka architektury kolonialnej, która podłączyła się do nas pierwszego dnia zaraz po wylądowaniu w Myanmarze. A żeby cykl się pięknie zamknął wpadliśmy na nią przypadkiem na końcu naszego pobytu w Myanmarze, gdy zwiedzała kolonialny Pyin Oo Lwin. Była też Moethilde w Niemiec, z którą od razu znalazłem wspólny język, bo jej ulubioną potrawą było piwo, więc nie raz ucztowałem z nią do późna w lokalnych stacjach piwnych ku irytacji niepijącego akurat Pawła, który musiał wysłuchiwać naszych bełkotliwych wynurzeń o wyższości płynnego złota nad ryżem lub kluchami. Byli też Francuzi – Mohamed i Mathilde, z którymi odkryliśmy wodospad w Anisakan i z którymi kłóciliśmy się przyjaźnie nad przepysznymi sajgonkami i koktajlami truskawkowymi o polskich hydraulików we Francji, którzy NIE zabierają miejsc pracy Francuzom. Dziwne tylko, że wszystkie te przyjaźnie miały siwe włosy i na oko więcej lat od moich rodziców. Tłumaczymy to sobie tak, że mądrość nam najwyraźniej z oczy patrzy i od razu rozpoznawano w nas świetnych kompanów podróży lub partnerów do głębokich dyskusji nad sensem istnienia. Przecież nie może chodzić o to, że Francuzi sami bali się pojechać motorkami nad wodospad, Merrilee chciała tanio dostać się z lotniska do miasta, a Moethilde po prostu szukała towarzystwa do kolejnego, przedostatniego już, kufelka.

Nasza przyjaciółka Merrilee

Nasza przyjaciółka Merrilee

Nasi przyjaciele Francuzi

Nasi przyjaciele Francuzi

Ulubiona przeze mnie i Moethildę restauracja

Ulubiona przeze mnie i Moethildę restauracja

Ale abstrahując od zawartych „przyjaźni”, trzeba przyznać, że Myanmar odwiedzają nadal prawdziwi „backpackerzy” – podróżnicy, którzy naprawdę chcą poznać kraj i mieszkających w nim ludzi i którzy chętnie sobie nawzajem pomagają. Niezwykle miła odmiana po tzw. „backpackerach z Pattayi” czekających w Tajlandii na kolejne Full Moon Party lub w Kambodży na Booze Cruise po to tylko, by znów zanurzyć głowy w wiadrach wypełnionych whisky i z tej perspektywy chłonąć kulturę kraju, do którego tym razem ich rzuciło.

No i sami Birmańczycy są niezwykle mili, uprzejmi i serdeczni, o czym napisano już wiele, więc my tylko dodamy, że po przekroczeniu granicy z, wydawałoby się nad wyraz gościnną, Tajlandią dziwnie się czuliśmy, gdy uśmiechaliśmy się do każdego i witaliśmy się ze wszystkimi w lokalnym języku, na co reagowano dziwnym spojrzeniem i odrzucanym bez nuty sympatii „heloł”. Pod tym względem do Myanmaru zdecydowanie tęsknimy (a najbardziej chyba boli nas to, że nikt już nie chciał sobie w Tajlandii robić z nami zdjęć).

Oficjalny nakaz rządu. Nam jednak wydaje się, że serdeczność Birmańczyków płynie prosto z serca, a nie z paragrafów

Oficjalny nakaz rządu. Nam jednak wydaje się, że serdeczność Birmańczyków płynie prosto z serca, a nie z paragrafów

Hsipaw

Hsipaw to miasteczko na pograniczu perły i antyperły, w którym utknęliśmy ze względu na długo utrzymującą się chorobę birmańską (tak, wiem – piszę już o niej trzeci raz, co mam nadzieję pokazuje trudy podróży po Myanmarze) okraszoną koniecznością opracowania alternatywnego planu na resztę pobytu przy pomocy niedziałającego z reguły internetu. Na pewno nie jest to już wychwalane przez Lonely Planet „autentyczne miasteczko, do którego trafia zaledwie garstka turystów”, ale swój urok ma z tzw. „Małym Baganem” i ciekawą historią szańskich książąt.

Mały Bagan w Hsipaw o zmierzchu

Mały Bagan w Hsipaw o zmierzchu

i znowu Mały Bagan oświetlany ostatnimi promieniami zachodzącego słońca

i znowu Mały Bagan oświetlany ostatnimi promieniami zachodzącego słońca

Po pobycie na tajskich wyspach zaczęliśmy nazywać spotkanych miejscowych na podstawie ich profesji, i tak pani, która robiła pyszną zupę została przez nas nazwana Panią Zupą, pani od naleśników Panią Naleśnik itd. Mieszkańcy Hsipaw wpadli na ten sam pomysł, ale poszli o krok dalej, gdyż go zinstytucjonalizowali. I tak pan sprzedający książki i mający ogromną wiedzę o Hsipaw i okolicach nazwał się Panem Książką (Mr Book), Chińczyk prowadzący jedną z popularniejszych knajp jest Panem Jedzeniem (Mr Food), a jeden z bardziej znanych przewodników, także wycieczek rowerowych, nazywa się Panem Rowerem (Mr Bike). Tak się przedstawiają, takie imiona pojawiają się na ich szyldach i wizytówkach. Nas najbardziej urzekła Pani Prażona Kukurydza (Mrs Popcorn), która prowadzi zdecydowanie najmilszą knajpę w Hsipaw, choć bardziej przypomina to babciny ogród niż knajpę. Raczyliśmy się tam pysznymi szejkami, owocami i wegetariańskim jedzeniem, a wszystko co jedliśmy, wyrosło na ziemi Pani Kukurydzy. A do tego urocza Pani Kukurydza co i rusz donosiła nam cukierki z tzw. palmy cukrowej, kukurydziane czipsy lub świeżo zerwaną papaję – w gratisie.

u Pani Popcorn - były pomidorki, sałatka fasolowa i coś co pokrzepiło nas najbardziej - babka ziemniaczana!

u Pani Popcorn – były pomidorki, sałatka fasolowa i coś co pokrzepiło nas najbardziej – babka ziemniaczana!

W Hsipaw nie mieliśmy za to szczęścia do hoteli. Z pierwszego uciekliśmy, a drugi wolał zarezerwowany przez nas pokój jednak oddać komuś innemu. Gdy wróciliśmy skrajnie wyczerpani i wymęczeni po dwudniowym trekkingu marząc jedynie o prysznicu i czystej pościeli na miękkim materacu, pani z hotelu powitała nas słowami „sori, sori mister, mamy dla was specjalny pokój”, po czym otworzyła drzwi do pakamery za recepcją, w której jeszcze dzień wcześniej mieściła się graciarnia i magazynek papieru toaletowego, a tego dnia zmieściły się dwa materace i nic więcej, bo nie było już miejsca. Do wyboru mieliśmy bieganie z plecakami po nocy w poszukiwaniu kolejnego okropnego hotelu lub zgodę na ten jawny zamach na naszą godność białych buł. Jako prawdziwi Polacy wybraliśmy oczywiście opcję zamachu. Pani jeszcze trzy razy budziła nas w nocy, bo komuś skończył się papier toaletowy, a jego pokłady były oczywiście składowane w naszym „pokoju”. Rano była oburzona, gdy zobaczyła, że po trzeciej wizycie wystawiliśmy paletę tego papieru na korytarz. Żeby nie było nam za dobrze, po przebudzeniu znalazłem na swoim materacu 10 kulek na mole i brudną szczotę od mopa, która wypadła ze schowka. Za karę postanowiliśmy hotel „objeść” na śniadanie (wliczone w cenę pokoju – standard w Myanmarze), ale za karę od kary hotel najwyraźniej postanowił nas tym śniadaniem zatruć… Więc gdy myślę o Hsipaw, wspomnienia Małego Baganu i Pani Popcorn ustępują tym bardziej negatywnym.

Tak sobie myślę, że Hsipaw jest po prostu kwintesencją Myanmaru. Trzeba się namęczyć, żeby tam dojechać, trzeba zawsze mieć dopracowany plan B na wypadek gdyby plan A okazał się niemożliwy, nie ma co liczyć na działający internet, o zatrucie pokarmowe nietrudno, o dobry hotel trudno i nic już nie wygląda tak jak w przewodniku. Lepiej więc czytać najnowsze blogi, a przede wszystkim dużo rozmawiać z ludźmi, co akurat będzie należało do przyjemności, bo na pewno w Myanmarze spotka się uroczych ludzi – zarówno miejscowych jak i innych podróżników.

"Piękna" Syrenka w parku w Hsipaw

„Piękna” Syrenka w parku w Hsipaw

(1542)

10 odpowiedzi do artykułu “Birmańskie plusy dodatnie i plusy ujemne

  1. Kata

    A u nas właśnie wiosna i gołębie wyjątkowo wyraźnie zaznaczają swoje panowanie 🙂

  2. justyna

    świetny artykuł:) niestety z żadnej podróży nie wraca się w pełni zadowolonym:) zawsze są jakieś „ale”. Co nie zmienia faktu, że podróż zapadnie nam w pamięci na zawsze:)

  3. xhoklas

    tak się zastanawiam, czy jak traficie do bardziej cywilizowanego kraju (czytaj lepsze jedzenie, hotele, plan A się udaje i Paweł nie znajdzie wodospadu do skakania – z najwyższego kamienia, się wie:-)) to czy posty nadal będą tak zabawne….. nie mniej uważam, że Piotrek zdecydowanie z czasem nabiera kunsztu pisania:-)

    1. Piotrek Autor

      Jokli, dziekuje za komplement. Jak tak dalej pojdzie to dostaniesz dwa wianuszki sztucznych pereł 🙂 a o bardziej cywilizowany kraj bym sie nie martwil, bo przewidzielismy go na wrzesien 🙂

  4. Pingback: Azja Południowo-Wschodnia – bardzo subiektywny ranking | Nasi goreng

  5. Iwona

    Swietny artykul. Czytam z rozrzewnieniem, bo w zeszlym roku tez bylismy w Birmie i przezylismy podobne przygody. Wreszcie rzetelna relacja z podrozy a nie opowiesc w samych superlatywach, bo jest moda na Birme i wypada sie zachwycac.

    1. Piotrek Autor

      Iwona, ciesze sie ze doceniasz 🙂 musze przyznac ze z Myanmaru wyjezdzalem z wielka ulga cieszac sie, ze juz koniec. Ale patrzac z perspektywy czasu chetnie bym juz tam wrocil, bo podobnie jak u Was przyszlo rozrzewnienie…