NasiGoreng.pl

Azja Południowo-Wschodnia – bardzo subiektywny ranking

pods_seaSkończył się kwartał i nagle korporacyjne nawyki wypełzły z najdalszych zakamarków naszych, wydawałoby się, wolnych i podróżnicznych umysłów, krzycząc do ucha (od środka): „trzeba rozliczyć, zrekonsyliować, sprawdzić wykonanie budżetu, czy targety dowiezione, zaraportować, zaprezentować…”. Energiczne machanie głową ani powtarzane po stokroć „zgiń, przepadnij zmoro nieczysta!” nie pomagało. Zapić tego też się nie dało. Ciągle w głowie: „No zaraportuj, już czas”. W końcu poddaliśmy się – dla oczyszczenia głowy przed kolejnym etapem podróży przedstawiamy nasz rachunek sumienia – listę „naj” z naszego podróżowania po Azji Południowo-Wschodniej (czyli w naszym przypadku Wietnamu, Laosu, Kambodży, Tajlandii i Myanmaru).

Najpiękniejsze momenty:

Paweł:

  • Odzyskanie zaginionego plecaka – mam się (między innymi) za człowieka: rozważnego, inteligentnego, przewidującego (i oczywiście również skromnego…). Wszystkie te cechy brutalnie zweryfikowała historia, która zdarzyła się w Tajlandii. W jednej chwili jedziesz jak rasowy podróżnik, triumfując na pace złapanego nie bez trudu stopa, po kilkudziesięciu minutach stoisz przy ulicy jak największa ofiara losu, bez najważniejszych dokumentów, pieniędzy, aparatu. Gdyby nie pomoc „ludzi dobrej woli” pewnie wciąż siedziałbym tam na krawężniku, powtarzając jak mantrę „oj głupi ty, głupi ty”
    Cała historia zaginionego plecaka w tym wpisie.

    My i jedna z naszych wybawicielek (wszyscy, jak widać, wzruszeni)

    My i jedna z naszych wybawicielek (wszyscy, jak widać, wzruszeni)

  • Zachód słońca w szańskiej wiosce w okolicach Kyaukme w Myanmarze – 4 godziny na motocyklu po górskich wertepach, potem ponad 3 godziny pieszo pod górę, na koniec kwadrans wspinaczki na wzgórze z monastyrem… A potem kilkanaście minut podziwiania w ciszy zachodzącego słońca (przerywanego jedynie czkawką spowodowaną konsumpcją kiszonki, którą nakarmiła nas „sołtysowa” jednej z wiosek). Więcej o zdobywaniu (nogami) szańskich i nie tylko wiosek tutaj
    Koniec dnia widziany z górującego nad wioską klasztoru

    Koniec dnia widziany z górującego nad wioską klasztoru

  • Wśród protestujących w parku Lumphini w Bangkoku – o tym, że marzę, żeby zostać opozycjonistą, już wiadomo (można to sprawdzić tutaj). Dlatego, gdy tylko dowiedzieliśmy się, że w Bangkoku trwają protesty opozycji, wiedzieliśmy, że nie może nas tam zabraknąć. Atmosfera walki o coś ważnego, poczucie wspólnoty i pozytywne emocje aż wibrowały w powietrzu, więc nie dziw, że porwały za sobą tłumy (choć postulaty już tak czarno-białe nie były). Złośliwi twierdzą, że podobało mi się tam tak dlatego, że rozdawano darmowe jedzenie, ale to oczywiście wierutne kłamstwo. O tym jak wyglądały protesty przeczytacie tu.
    "Flagowy" protestów w parku Lumpini

    „Flagowy” protestów w parku Lumpini

 Piotrek:

  • Zdobycie szczytu nad wioską w Laosie – nienawidzę gór, szczególnie gdy temperatura wynosi 45 stopni, wodę wypijam po 15 minutach i zostaję w tyle średnio około kilometr za radośnie podskakującym Pawłem. Po wejściu na szczyt koło wioski Nong Khiaw w Laosie cała ta nienawiść mi jednak minęła, bo widok był rozbrajający, a na szczycie czekała na nas bambusowa altanka i nawet zrobiło się śmiesznie, gdy Paweł zaczął robić para-jaskółkę. Więcej o atrakcjach północnego Laosu pod tym linkiem.
    Paweł a la jaskółka (bocian?) na jednej z gór wokół Nong Khiaw

    Paweł a la jaskółka (bocian?) na jednej z gór wokół Nong Khiaw

  • lotnisko w Yangonie – tu pierwszy raz poczułem się jak prawdziwy backpacker. Wnosząc najwyraźniej po doświadczeniu malującym się na naszych twarzach, dwie podróżniczki Marina i Marrilee, zdecydowały się szukać w nas oparcia w pierwszych dniach pobytu w Myanmarze. „Co to jest to białe na twarzach wszystkich kobiet?”, „Gdzie wymienić pieniądze i po jakim kursie?”, „Jak się dostać z lotniska do miasta?”, „Dlaczego panowie chodzą w sukienkach?” – to tylko część pytań, które od nich usłyszeliśmy i na które oczywiście znaliśmy odpowiedź. Później, żeby było po równo, to my korzystaliśmy z ich doświadczenia i wspólnie poznawaliśmy Birmę, wpadając na siebie od czasu do czasu jeszcze kilkakrotnie. Więcej o Yangonie tu, a o naszych przyjaciołach z podróży tu.
    Z naszą przyjaciółką Merrilee

    Z naszą przyjaciółką Merrilee

  • wjechanie z Birmy do Tajlandii – choć nigdy tego nie doświadczyłem, dziś już chyba rozumiem, jakiego szoku kulturowego mogli doznawać Polacy na przełomie lat osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych, gdy z szaroburej rzeczywistości wjeżdżali do RFNu. Birma szarobura na pewno nie jest, ale gdy wjeżdża się z niej do Tajlandii łzy szczęścia same cisną się do oczu na widok równych i czystych dróg, straganów z bezpieczną żywnością, nowoczesnych autobusów, niezaplutych na czerwono chodników i lśniących toalet pachnących czystością, a nie… (nie wchodźmy w szczegóły).
Najgorsze momenty:

Paweł:

  • rozstrój żołądka w Hsipaw w Birmie – 2 dni i 2 noce siedzenia i leżenia, leżenia i siedzenia (dla pobudzenia wyobraźni podpowiem, że siedzenie odbywało się w innym pomieszczeniu niż leżenie), a wszystko dzięki cudownym, oczyszczającym właściwościom birmańskiego jedzenia,
  • kurtyzany z Pakse – przybywasz w środku nocy do zupełnie nieznanego miasta, lądujesz w najbrudniejszym motelu w miasteczku, a do drzwi przez pół nocy dobija się alfons, krzykami próbujący cię zachęcić do skorzystania z usług jego kilkunastoletnich podopiecznych. Nie masz innego wyjścia, jak tylko czuwać całą noc (a raczej pozostałe pół), trzymając w dłoni zaciśnięty scyzoryk albo z racji braku scyzoryka – długopis. Szczegóły tutaj.
  • zakup biletu do Hoi An w Wietnamie – turysta jest od tego, żeby zdzierać z niego – żadna nowość. Ale czasem bezczelność chcących zarobić nieuczciwie na nas, biedakach, przekraczała granice przyzwoitości i nawet mnie, oazę spokoju, wyprowadzała z równowagi. Tak było między innymi w Hue w Wietnamie, gdy kierowca autobusu, zamiast wskazać nam z oficjalnego cennika cenę za dojazd do konkretnej miejscowości, kazał nam płacić sumę wszystkich pozycji, które miał w cenniku. I to przy wsparciu miejscowych pasażerów, którzy próbowali nam udowodnić, że też tyle płacą. Oaza spokoju na chwilę zmieniła się w wulkan ognia, po kilku minutach krzyków i przekleństw (każdy w swoim języku, a była też z nami Włoszka, więc gestykulacji było dużo) osiągnęliśmy kompromis. Ale smutne poczucie, że „lokalny turyście wilkiem” towarzyszyło nam przez kilka kolejnych dni.

Piotrek:

  • moment, gdy się dowiedzieliśmy, że birmańskie miasteczko Namhsan jest zamknięte dla turystów, a jechaliśmy przecież tam przez pół kraju jakimś okrutnie powolnym autobusem, bo to tam zacząć mieliśmy naszą największą birmańską przygodę. Do tego okazało się, że Paweł przeżywa moment opisany trzy podpunkty powyżej. O tym, jak sobie poradziliśmy, przeczytasz tutaj.
  • rozstrój żołądka w nocnym autobusie w Birmie – co tu dużo mówić… jak pisała poetka: „Tyle wiemy o sobie, ile nas sprawdzono”. Ja po tej nocy w niezatrzymującym się autobusie marki „Made in China 20 lat temu”, wiem o sobie już chyba wszystko.
  • Lot z Bangkoku do Chennai w Indiach – to moment kiedy zrozumiałem, że coś bezpowrotnie minęło – przyjaźni ludzie i wielość zachodnich turystów, a co za tym wszystkim idzie – stosunkowa łatwość podróżowania. W samolocie bowiem na około 200 pasażerów były tylko 2 blade twarze (my) i 2 twarze bez wąsów (my). Reszta to wąsaci Hindusi, którzy nasz uśmiech odwzajemniali spojrzeniem spode łba tak wrogim, że robiło nam się naprawdę nieswojo. A zanim jeszcze samolot wylądował, wszyscy mieli już włączone komórki i tratowali się nawzajem w drodze do wyjść. Podobnie jak przerażone tajskie stewardessy i my przełknęliśmy głośno ślinę, co było symbolicznym końcem naszej przygody w Azji Południowo-Wschodniej.
Najchętniej wrócę do:

Paweł:

  • Północnego Laosu – bo chcę dotrzeć „jeszcze dalej niż na północ”, gdzie lasy jeszcze bardziej gęste, a rzeki bardziej dzikie. Tym razem zabrakło czasu (i chyba trochę odwagi).
    Nong Khiaw

    Nong Khiaw

  • Wysp Trang w Tajlandii – spodziewałem się komercji i tłumów, a znalazłem ładne plaże, przywoity snorkeling i cudownych lokalnych mieszkańców, z którymi można nawet pograć w siatkówkę. Chcesz dowiedzieć się o mojej kompromitacji (albo sobie ją przypomnieć i się nią delektować) – kliknij tutaj.
    Wody, po których przyszło nam plywać w Tajlandii

    Wody, po których przyszło nam plywać w Tajlandii

  • Chinatown w Bangkoku – żeby nadrobić stracone przez 3 miesiące 7 kg wagi (Piotrek ma do „nadrobienia” jeszcze więcej). A gdzie, jak gdzie, ale tam można naprawdę dobrze (i tanio) zjeść – do wyboru robaki, zupy z ptasich gniazd, płetwy rekinów, ale także sajgonki, pierożki w rozmaitych postaciach, kulki mięsne, kulki rybne, jeszcze żywe owoce morza, szaszłyczki, kiełbaski, pad thaje, owoce, świeżo wyciskane soki i czego dusza, a raczej żołądek, zapragnie.
    pierożki w Chinatown w Bangkoku

    pierożki w Chinatown w Bangkoku

Piotrek:

  • Północngo Laosu – bo im bardziej na północ Laosu jechaliśmy, tym bardziej nam się podobało, a gdy myśleliśmy, że dojechaliśmy już najdalej na północ, okazało się, że mozna jeszcze dalej, ale my nie mamy już czasu (ja tam odwagę oczywiście miałem, nie wiem jak Paweł).
    W górę rzeki Nam Ou

    W górę rzeki Nam Ou

    • na tajskie wyspy – bo wyspy w ogóle rzadko kiedy zawodzą, tajskie bardzo mile mnie zaskoczyły (spodziewałem się kolejnych Obrzydłówków), a bardzo chciałbym powtórzyć przygodę z bezludnej wyspy z Indonezji, o której możecie przeczytać tutaj.
      Wyspa Kradang

      Wyspa Kradan

  • Bangkok – bo byłem tam 4 razy, za każdym razem podobało mi się jeszcze bardziej a czuję, że odkryłem, przy pomyślnych wiatrach, co najwyżej jedną dziesiątą miasta. O ping pongu i innych atrakcjach Bangkoku przeczytacie tutaj.
    kanał w okolicy Hua Lumpong

    kanał w okolicy Hua Lumpong

 

Największe niespodzianki:

Paweł:

  • Wodospad koło Pyin Oo Lwin – dać mi brytfannę wody  – będę miał zabawę na kilka godzin (przynajmniej kiedyś tak było), dać prawdziwy wodospad, u podnóża którego można popływać – będę najszczęśliwszym człowiekiem na ziemi. „Odkryty” razem z parą Francuzów wodospad koło Pyin Oo Lwin okazał się dla mnie jedną z największych atrakcji Birmy.
    Ja i nasi przyjaciele Francuzi

    Ja i nasi przyjaciele Francuzi

  • Angkor – że niby turystyczny, przereklamowany, że dzikie tłumy, że gorąco, że Piotrek cały dzień narzeka – nic to. Sam byłem zaskoczony – ale mi Angkor się podobał (więcej tutaj).
    Angkor Wat

    Angkor Wat

  • Rafa koralowa koło Koh Mook – po Indonezji każda rafa wydaje mi się szara i brzydka. Dlatego pod wodę koło wyspy Koh Mook schodziłem ze zmarszczonym ze zdegustowania nosem i wzrokiem mówiącym „z czym do ludzi?”. A tu nispodzianka – pod wodą było naprawdę kolorowo i różnorodnie. Więcej o wyspie Mook tutaj.
    Jedna z nadmorskich (przymorskich?) grót - niestety próby wpłynięcia do niej zakończyły się niepowodzeniem

    Jedna z nadmorskich (przymorskich?) grót – niestety próby wpłynięcia do niej zakończyły się niepowodzeniem

Piotrek:

  • WIFI w Wietnamie – po przyjeździe do Wietnamu z Polski, kraju, w którym wifi w knajpach jest wciąż ewenementem, Wietnam zdecydowanie mnie zaskoczył, bo „łajfaj” znajdowaliśmy wszędzie, nawet u pani robiącej nudle na ulicy z budy na kółkach. Do tego hasło dostępu do każdej sieci to 123456789. Może dlatego, gdy nie działało wifi, nie wiedzieliśmy jaka jest pogoda… za oknem.
  • Pyin Oo Lwin – bo gdy już myślałem, że Birma będzie mi się kojarzyła tylko z rozstrojem żołądka, brudem i zakurzonymi miastami, przypadkowo trafiliśmy do Pyin Oo Lwin, w którym od razu się zakochałem i z perspektywy czasu żałuję, że nie zostaliśmy tam dłużej. O Pyin Oo Lwin więcej przeczytacie tutaj.centrum Pyin Oo Lwin
  • Rekiny wielorybie na Koh Mook – ileż to razy było się na rejsach (my chyba dwa razy), na których przy odrobinie szczęścia miało się złowić rybę większą od nogi albo zobaczyć ławicę delfinów robiącą salta tuż nad łodzią. Z ogromną rezerwą popłynęliśmy więc w Tajlandii na Koh Kradan, gdzie przy odrobinie szczęścia mieliśmy zobaczyć rekina wielorybiego. I zobaczyliśmy… dwa majestatyczne giganty kręcące ósemki przy naszej łodzi.
Największe rozczarowanie:

Paweł:

  • Jedzenie w Birmie – za chorobę birmańską (i tylko tyle w tym temacie),
  • Phnom Penh w Kambodży – jedno z najbardziej przygnębiających miejsc, w jakich byłem – i to ze względu na to, jak teraz wygląda i pachnie, a także z powodu tego, jaką ma historię. więcej o historii Phnom Penh tutaj.
    Śmieci przy drodze w Phnom Penh

    Śmieci przy drodze w Phnom Penh

  • Wybrzeże w południowym Wietnamie – bo zimno, brudno i padało. Więcej o południowym i centralnym Wietnamie tutaj i tutaj.
    plaża w Vung Tau

    plaża w Vung Tau

Piotrek:

  • Hotele w Birmie – za najwyższe ceny i najniższą jakość i za to, że zdecydowanie zbyt często niszczyły pierwsze wrażenie z odwiedzanych miejsc.
  • Obrzydłówki – Mui Ne w Wietnamie i Sihanoukville w Kambodży – to odpowiedniki naszego „Władka”. Wszystkie te trzy „resorty” zaskakująco podobne – morze koloru kawy z mlekiem; plaża może i ładna, gdy świeci słońce, ale zaśmiecona, a turyści w sumie podobni. W Mui Ne niewybredni Rosjanie pałaszujący pielmieni w rytm popsy, a w Sihanoukville niewybredna młodzież z tzw. krajów wysokorozwiniętych zajadająca się szczęśliwą pizzą (z dodatkiem marijuany) w rytm jakiejkolwiek muzyki, bo przecież picie wiader whisky nie wymaga szczególnego akompaniamentu.
    Masaż na plaży w Mui Ne

    Rosjanka „z rezortu” rozkoszująca się masażem na plaży w Mui Ne

  • Angkor – chyba nie da się bardziej rozbuchać oczekiwań. Wszystkie przewodniki zgodnie obiecywały ekstatyczne przeżycie, pierwszy cud świata bijący na głowę wszystkie pozostałe razem wzięte. Podobno nie można umrzeć spełnionym, nie widząc wsześniej Angkoru. No to moim zdaniem zdecydowanie można. Świątynie aż takiego wrażenia nie robią i są zdecydowanie zbyt skomercjalizowane i zadeptane, co naprawdę odbiera jakąkolwiek radość z ich eksplorowania, choć przyznaję, że niektóre zobaczyć warto. Jednak przeżycie bardziej intymne zagwarantują tzw. małe Angory rozsiane po całym kraju.
    Tłumy turystów czekające na wschód słońca nad Angkor Wat

    Tłumy turystów czekające na wschód słońca nad Angkor Wat

Najlepsze potrawy:

Paweł:

  • kanapki z awokado w Luang Prabang w Laosie
    Buła z awokado

    Buła z awokado

  • Pad thai u Big Mamy na Koh Mook
    Tajska klasyka na talerzu, czyli pad thai

    Tajska klasyka na talerzu, czyli pad thai

  • Spring Rolls i koktajle ze świeżych truskawek w Seezar Bistro
    Spring rolls (koktajl truskawkowy zdążyłem już wypić)

    Spring rolls (koktajl truskawkowy zdążyłem już wypić)

  • Zupa pho z jednego z wietnamskich straganów
    Pho w pełnej krasie

    Pho w pełnej krasie

Piotrek:

  • Własnoręcznie zawijane sajgonki w Hoi An w Wietnamie
    Łączenie substraktów przy tworzeniu sajgonki

    Łączenie substraktów przy tworzeniu sajgonki

  • Grillowanie w Luang Prabang w Laosie
    Prawdziwa uczta w Laosie, w górze grillowaliśmy mięso i tofu (!) w dole robiła się nasza własna zupa pho

    Prawdziwa uczta w Laosie, w górze grillowaliśmy mięso i tofu (!) w dole robiła się nasza własna zupa pho

  • Zupa pho w Wietnamie
    Pho na śniadanie, z pyszną kawą w tle.

    Pho na śniadanie, z pyszną kawą w tle.

 

Tyle podsumowania. Podsumowanie nie znaczy, że wracamy do domu – już wkrótce nowe wpisy, tym razem z Indii i Nepalu.

(2665)

11 odpowiedzi do artykułu “Azja Południowo-Wschodnia – bardzo subiektywny ranking

  1. eem

    A jednak trzeba byc ostrożnym i nie opowiadać o sobie zbyt wiele. Dziś ukazał się artykuł o Tobie Piotrze na całą stronę skierniewickiego ITS-u. Kto Cię zdradził: może wuj Klemens, który gładząc Cię po rękach, chciał wydobyć jak najwięcej informacji, czy Gapoń z zemsty za przezwisko, a może pani Mei dorabia jako paparazzi. A Merrilee? Może tylko udawała słabo zorientowaną turystkę?

    1. Kacper

      A artykuł o Pawle jest w Gazecie Nidzickiej oraz na stronie gazety w internecie.

    1. Kata

      W „Klasyku” już pewnie zacierają ręce i szykują rzutnik przeźroczy… na pewno dostaniesz zaproszenie, żeby zrobić odczyt dla młodzieży 🙂

  2. p.w.

    Z Nepalu domagam sie zdjecia z yeti (dla mnie bez różnicy który go zastąpi)

  3. Amma

    Paweł Twoje zdjecie na którym robisz jaskółke i te z gazety będą Twoim znakiem firmowym, ale miałam jednak nadzieję że to podsumowanie jednak znaczylo co innego.

    1. Piotrek

      Słusznie, już poprawione! Bardzo dziękujemy i pozdrawiamy.

  4. Kinga Bielejec

    Świetny blog! Nie wiem czemu dopiero teraz na niego trafiłam 🙂 Ranking bardzo się nam przyda, bo jesteśmy właśnie z chłopakiem w trakcie półrocznej podróż po podobnych krajach Azji co Wy 😉 Niebawem ruszamy z Don Det do Kambodży, ciekawe czy Angkor nas rozczaruje jak Piotrka czy miło zaskoczy jak Pawła!

    1. Piotrek

      Kinga, bardzo dziękujemy za miłe słowa. Jeśli będziemy możemy w jakikolwiek sposób pomóc, to dawajcie znać. My obecnie jesteśmy na Filipinach, w grudniu pojawimy się w Bangkoku, więc jeśli będziecie w pobliżu, też się odezwijcie. Pozdrawiamy serdecznie.

  5. ssandrass

    No to coś nas łączy, gdy my podróżowaliśmy po Azji (Laos, Birma, Wietnam, Tajlandia, Kambodża) mieliśmy sporo podobnych odczuć!
    Łączy nas miłość do północnego Laosu, zupy Pho, Pad Thaia, naleśników z Hoi An i rozstrojenie żołądka w autobusie w górach Laosu.

    Ale inne odczucia mamy co do samej Birmy: jedzenie było wyśmienite! A podróż (akurat w drugą stronę) Tajlandia – Birma pełna była wrażeń! Jak wyjechaliśmy z Birmy przez Most Przyjaźni to od razu zakochaliśmy się w twarzach pokrytych thanaką i mężczyznach w lungi 🙂

    Fajne zestawienie! 🙂