NasiGoreng.pl

Wyśniony Kaszmir

DSC05619_hKaszmir to miejsce, które od dawna kołatało w mojej głowie, na co dzień schowane gdzieś głęboko za innymi ważnymi „lemingowymi” myślami: jak sprawić by koszty usług pocztowych były niższe, jak napisać dobry raport, czy nasi siatkarze wrócą na szczyt albo czy w Lidlu rzucili jakieś fajne wina. Ale Kaszmir gdzieś tam był od dawna i gdy tylko zaczęliśmy układać plan podróży, wiedziałem – musimy tam jechać. Od tej pory nie dawał mi spokoju – dużo o nim myślałem, marzyłem, śniłem.

W końcu stało się – przyszedł czas w naszej podróży, w którym mogliśmy odwiedzić mój wyśniony raj. Dotarcie tam nie było łatwe, niczym u Dantego droga do raju wiodła przez piekło i czyściec. A sam raj? Był jak niesamowity sen. Tylko ciągle nie mogę zdecydować, czy był to najpiękniejszy podróżniczy sen mojego życia, czy też koszmar.

Piekło

W Delhi wylądowaliśmy tylko dlatego, że miasto stanowiło punkt przesiadkowy w drodze do Kaszmiru. Tak naprawdę wiedzieliśmy to od dawna – stolica Indii będzie dramatem. W końcu tytuł jednego z najbardziej znienawidzonych przez podróżników miast świata zobowiązuje. A jednak na początku miasto nas zwiodło – nienajgorsze lotnisko, potem bardzo przyjemne metro do centrum. Zamiast tego od razu na lotnisku i na każdych rogatkach miasta powinny stać wielkie banery: „Porzućcie wszelką nadzieję, wy, którzy tu wchodzicie”. Proszę przygotować się na solidną dawkę niezdrowego szowinizmu antyhinduskiego, oczywiście bazującego jedynie na szczątkowych doświadczeniach i dużej dawce irracjonalności. Przedstawione poniżej poglądy należą wyłącznie do autora i nie należy ich w żaden sposób łączyć z Piotrkiem, który Indie i Hindusów kocha (autorowi też po pewnym czasie prawdopodobnie ta złość na mieszkańców Delhi i całych Indii przejdzie i będzie przepraszał za słowa, które napisał).

Nieswojo zaczęło się robić po wyjściu z metra, tuż koło stacji kolejowej New Delhi. Przytłaczająca liczba ludzi, smród, brud. Zaczęliśmy rozglądać się za najlepszą drogą do hotelu, który miał być niedaleko. Od razu podszedł do nas „wujek dobra rada”, który po standardowych uprzejmościach zakomunikował „Ale przecież nie możecie tutaj tak sobie chodzić. Teraz jest czas wyborów, musicie mieć specjalne pozwolenie. Tu wam zapisuję adres do Ministerstwa Turystyki, wskakujcie w rikszę i załatwcie sobie szybko pozwolenia”. Zignorowaliśmy go, ale za chwilę przypałętał się kolejny jegomość, który potwierdził wersję poprzedniego. Tylko podał nam trochę inny adres. A potem w podobnej sprawie zaczepił nas jeszcze jeden. Coraz mniej pewni, ale dalej szukaliśmy drogi do hotelu z zaklętego terenu dworcowego – w końcu udało nam się znaleźć wyjście i „właściwą” drogę.

Około kilometrowy „spacer” był niczym podróż przez kolejne kręgi piekielne. Pierwsze na co zwracasz uwagę to to, że ludzie nie patrzą na ciebie tak jak w innych krajach – z sympatią, zaciekawieniem, czasem z obojętnością. W Delhi uporczywie wpatrują się w ciebie, w ich oczach widzisz wrogość, a w najlepszym razie chytrość („na co by takiego białasa naciągnąć?”). Samochody i riksze całkowicie cię ignorują – nieważne przejście dla pieszych z zielonym światłem. Na chodniku nie jest lepiej – trzeba zachować czujność w nieustannym slalomie między leżącymi nieruchomo (śpią? nie żyją?) psami i ludźmi (i proszę mi nie zarzucać zrównywania psów z ludźmi, to chodnik ich zrównał). A nie, jednak żyją – pies zaczyna na ciebie warczeć, a żebrak wyciąga rękę i łapie za kostkę. Tłok niesamowity, u Hindusów nie ma chyba czegoś takiego jak strefa intymna – ciągle ktoś na ciebie wpada, dotyka cię, przepycha (poczuć na plecach wylewający się z sari gorący brzuch starej Hinduski – bezcenne). Do tego smród, jakiego nie doświadczyłem w życiu – nic dziwnego, oddawanie moczu na chodniku to chyba sport narodowy (niech się krykiet schowa). A żeby wzmocnić nasze poczucie bezpieczeństwa, jedyny naprawdę życzliwy przechodzień, który nas minął, rzucił mimochodem „Schowajcie lepiej komórki”.

Co kilka minut ktoś cię zaczepia. Delhi znane jest z oszustw dokonywanych na turystach. Jednym z najpopularniejszych jest wabienie do rządowych agencji turystycznych. Podchodzi do ciebie kolejny „wujek dobra rada” i mówi „Słuchajcie, bądźcie ostrożni, nikomu nie ufajcie, najlepiej idźcie do rządowej informacji turystycznej, oni wam we wszystkim pomogą”. I rzeczywiście, prowadzi cię do biura z dumnym szyldem „Oficjalna informacja turystyczna Ministerstwa Turystyki”, zajmuje się tobą wygadany, władający świetnym angielskim „urzędnik”, planuje ci cały pobyt w Indiach, przejazdy, hotele. Cały pakiet w rewelacyjnej cenie, niedostępnej dla samodzielnie organizującego wszystko turysty („Mamy specjalne ceny, rządowe. Chodzi przede wszystkim o to, żeby turyści byli zadowoleni”). „Macie już zarezerwowany pociąg i hotel w innym miejscu? Nie szkodzi – wszystko wam anuluję, dostaniecie zwrot”. Kręcisz głową, zastanawiasz się „Patrzcie, tu są referencje od zadowolonych klientów, zresztą możemy do kogoś zadzwonić. O, może do tej Amerykanki”. Rozmawiasz z nią, może akcent trochę dziwny, ale rozmowa przez telefon, więc nie jesteś pewny, za to wypowiada się o ofercie w samych superlatywach.

W takiej agencji spędziliśmy z pół godziny. Na szczęście zdrowy rozsądek zwyciężył i za nic nie zapłaciliśmy. Nic nie straciliśmy – za kolejnym rogiem była kolejna oficjalna agencja, dalej jeszcze kilka. Potem w internecie przeczytaliśmy o setkach naciągniętych naiwniaków, którzy stracili duże pieniądze. I jakoś nikt nie potrafi (albo nie chce) z tym nic zrobić.

W Delhi większość czasu spędziliśmy w hotelu. Z „atrakcji” widzieliśmy jedynie Red Fort – nic szczególnego. Stołowaliśmy się głównie w Mcdonaldzie i Starbucksie – nasza podróżnicza godność została zdeptana. Zdjęć z Delhi w zasadzie nie mamy, bo bałem się wyjmować aparat z plecaka.

Czerwony Fort, czyli jedna z największych atrakcji turystycznych Delhi (największą jest przyjazna lokalna ludność...)

Czerwony Fort, czyli jedna z największych atrakcji turystycznych Delhi (największą jest przyjazna lokalna ludność…)

Czyściec

Aby dotrzeć z Delhi do Kaszmiru, trzeba najpierw trafić do miasta Jammu. Po całonocnej podróży „komfortowym” pociągiem na dworcu autobusowym w Jammu usłyszeliśmy „Dziś do Kaszmiru nie da rady – z powodu ulew droga zamknięta. Może jutro”. Trudno, przemęczymy się jeden dzień.

Piotrek na swoim komfortowym łożu w wagonie klasy 3AC Indyjskich Kolei

Piotrek na swoim komfortowym łożu w wagonie klasy 3AC Indyjskich Kolei

Jedna z uliczek handlowych w Jammu. Miasto okazało się zaskakująco ciekawe, więc przymusowy przystanek nie był wcale taki niepożądany

Jedna z uliczek handlowych w Jammu. Miasto okazało się zaskakująco ciekawe, więc przymusowy przystanek nie był wcale taki niepożądany

Następnego dnia, mimo deszczu, udało się wyruszyć. Do Srinagaru, czyli stolicy leżącego w indyjskich Himalajach Kaszmiru, jechaliśmy cały dzień mroczną górską drogą podziwiając zamglone i/lub ośnieżone szczyty oraz, z racji zbliżającej się wiosny, wezbrane rzeki i liczne wodospady, przy których rodzima Siklawa to jedynie ich skromna kuzynka. Podróż nie należała do najprzyjemniejszych, na kolejnych serpentynach rzucało nami od lewej do prawej (a raczej od pakunków ze słodyczami do toreb współtowarzyszy podróży – dostaliśmy „najlepsze miejsca”, bo w bagażniku). Z trudem, niczym na kolejne tarasy czyśćcowe, wspinaliśmy się na kolejne przełęcze. Kierowca zajęty był wypatrywaniem osuwisk skalnych, a jak już je wypatrzył to skupiał się na ich wymijaniu. Niektórzy nie byli wystarczająco skupieni i zarówno samochód przed nami, jak i ten za nami, oberwały sporym głazem. Ale najwyraźniej to normalne w tym rejonie, bo wszyscy jechali dalej, jak gdyby nigdy nic.

Nasi współtowarzysze podróży, dwaj kaszmirscy studenci farmacji, bardzo chcieli się z nami zaprzyjaźnić, dlatego w trakcie jednego z przystanków zaprosili nas wspólny posiłek w przydrożnej „oberży”. Jadło się na lokalną modłę, czyli rękami. Higiena higieną, a prawdziwi podróżnicy muszą odnaleźć się w każdej sytuacji. Po kilku godzinach wiedziałem. To jest mój czyściec – jedzenie wywołało całkowite przeczyszczenie organizmu.

My i nasi "przyjaciele" farmaceuci Imran i Amin (choć prawdziwego przyjaciela farmaceutę mamy tylko jednego)

My i nasi „przyjaciele” farmaceuci Imran i Amin (choć prawdziwego przyjaciela farmaceutę mamy tylko jednego)

Korek na jedynej drodze z Jammu do Srinagaru

Korek na jedynej drodze z Jammu do Srinagaru

1-0 dla głazów z osuwiska skalnego przy drodze

1-0 dla głazów z osuwiska skalnego przy drodze

Krystalicznie przejrzyste wody rzeki Jhelum

Krystalicznie przejrzyste wody rzeki Jhelum

Okazało się, że chwyt mamy nieprofesjonalny, więc wszystko leciało nam z rąk (i ust). Cała oberża patrzyła na nas z politowaniem.

Okazało się, że chwyt mamy nieprofesjonalny, więc wszystko leciało nam z rąk (i ust). Cała oberża patrzyła na nas z politowaniem.

Raj?

Choroba towarzyszyła mi przez większość pobytu w Kaszmirze. Przez kolejne dni nic nie jadłem. Na szczęście zadziałał telemost z „moim farmaceutą” z Apteki Przyjaznej na warszawskim Ursusie, który na bieżąco profesjonalnie rozpisywał mi dawkowanie leków w zależności od stadium choroby (dziękuję PJ; choć nie zapomnę, gdy pytając po dwóch dniach kuracji, czy mogę zjeść batonika, usłyszałem „Jaki k…a batonik?!; no to głodowałem dalej). Piotrek z wdziękiem siostry Basen z „Daleko od noszy” (jego ulubiony serial) aplikował mi kolejne garści tabletek, więc jakoś przeżyłem. Chorobie towarzyszyła jednak wysoka gorączka, która być może miała wpływ na to jak odebrałem Kaszmir.

***

Budzę się o 4.30 nad ranem. Jest ciemno, a moje ciało nie może się zdecydować, czy jest mu bardzo gorąco (leżę na kocu elektrycznym i pod trzema wełnianymi kocami „100% z Kaszmiru”), czy przeraźliwie zimno (wiosna tego roku spóźniła się do Kaszmiru i w nocy temperatura wciąż spada do 1-2 stopni). Ciszę od czasu do czasu przerywa skrzypienie drewna (nocujmy na drewnianej barce, czyli houseboat’cie zacumowanym przy jednym z krańców jeziora Dal Lake) oraz krzyki orłów, któruch setki majestatycznie krążą nad całą Doliną Kaszmiru. Nagle słyszę nosowy śpiew. Po chwili dołączają do niego kolejne głosy (choć trudno mówić o dołączeniu – dobiegają z różnych kierunków, każdy wykonuje swoją pieśń). To muezini wzywający wiernych na poranną modlitwę – Kaszmir jest prawie w całości muzułmański. W szczytowym momencie to prawdziwa kakofonia dźwięków – hipnotycznych, uwodzących ale i przerażających. To nie pierwsze muzułmańskie miejsce, w którym jestem, ale nigdzie śpiew muezinów nie był tak intensywny (zresztą posłuchajcie sami – zalecane zgaszenie światła przed odtworzeniem). Mam ciarki na plecach, tej nocy już nie zasnę.

Widok z "kulawej naszej barki"

Widok z „kulawej naszej barki”

DSC05450

A tak wyglądała panorama z houseboatu

A tak wyglądała panorama z houseboatu

Jeden z wielu szybujących nad kaszmirskim niebem orłów

Jeden z wielu szybujących na kaszmirskim niebie orłów

***

W Kaszmirze masz czuć się bezpiecznie i zapomnieć, że w bardzo nieodległej przeszłości często wybuchały tu zamieszki, ginęły tysiące ludzi, walczący o autonomię Kaszmirczycy przeprowadzali zamachy. Na każdym rogu stoją hinduscy żołnierze na ufortyfikowanych posterunkach. Kontrolują samochody i przechodniów.

Masz czuć się bezpiecznie, bo goszczący cię Kaszmirczyk (w naszym przypadku właściciel houseboatu, Firdous) zadba o twoje bezpieczeństwo.

”Możesz nas zawieźć na starówkę?” (ponieważ jesteśmy na jeziorze jedynym sposobem dotarcia na ląd jest skorzystanie z wodnej taksówki – shikary). „Dzisiaj nie, dzisiaj jest piątek, więc ludzie po modlitwie rzucają kamieniami i można porządnie oberwać. Jutro musimy popłynąć, bo w niedzielę znowu rzucają kamieniami”.

„Uważajcie na stragany z bananami przy drodze. Czasem je wysadzają”. „Kto?!”. „Młodzież – opłacają ich Pakistańczycy i Amerykanie”.

„Nie idźcie z nieznajomymi w góry. Jakiś czas temu porwali turystkę, chyba Dunkę. Nigdy jej nie znaleziono. I jakbyście chcieli się przenieść na inny houseboat, to najlepiej ja wam polecę. Trzeba uważać. Na jednym z nich zamordowano Tajkę.”

W Kaszmirze czuję się bezpiecznie. Jestem bezpiecznym więźniem nie mogącym samodzielnie się nigdzie poruszać.

Nasz opiekun, Firdous ("Jak wy będziecie szczęśliwi, to i ja będę szczęśliwy")

Nasz opiekun, Firdous („Jak wy będziecie szczęśliwi, to i ja będę szczęśliwy”)

Twierdza nad Srinagarem, obecnie przejęta przez indyjskie siły porządkowe

Twierdza nad Srinagarem, obecnie przejęta przez indyjskie siły porządkowe

***

Spacer po Srinagarze robi ogromne wrażenie. Ludzie wyglądają jak z relacji telewizyjnych z Afganistanu. I patrzą na ciebie. Nie z wrogością, czasem się nawet uśmiechają. A jednak jest w ich wzroku coś dziwnego, coś co sprawia, że czujesz się nieswojo. I w sumie jest to w porządku – jesteś tu obcy, to ich ziemia, a oni dają ci prawo na niej przebywać.

Jedna z uliczek Srinagaru

Jedna z uliczek Srinagaru

DSC05460Wnętrze meczetu

Wnętrze meczetu

***

Stare miasto w Srinagarze. Wąskie uliczki o średniowiecznym uroku, dużo pięknych meczetów, drewnianych i kamiennych domów, sklepów, sklepików i rzemieślników, którzy wydawałoby się gdzie indziej już nie istnieją (krawcy, szewcy, złotnicy, garncarze, czy też rzeźnicy zarzynający kurczaki na twoich oczach). W dole przepływają brązowe wody rzeki Jhelum. Jesteśmy w centrum „zła” – tu zaczynały się wszystkie zamieszki, śmigały kamienie i kule. Choć teraz jest spokój. I gdy widzisz co jakiś czas grupki burzliwie obradujących mężczyzn, to wcale nie myślisz, że coś się szykuje. Ot, pewnie po prostu zwykły handel. Od czasu do czasu podchodzi jakiś człowiek i pyta, czy nie chciałbyś zapalić czegoś mocniejszego.

Idziemy dalej i w końcu odnajdujemy to, czego szukaliśmy. Grób człowieka nazywającego się Yuza Asaf. U nas lepiej znanego jako Jezus Chrystus. Podobno przebywał tu od 13 do 30 roku życia (ten okres Nowy Testament zupełnie pomija) i rzekomo powrócił po wydarzeniach w 33 roku życia wraz z matką i częścią zwolenników. Założył rodzinę, spłodził potomstwo. Zmarł w wieku 80 lat. Biblia mówi, że Jezus wstąpił do nieba. Kaszmir jest nazywany „niebem na ziemi”.

Największy drewniany meczet w Kaszmirze

Największy drewniany meczet w Kaszmirze

Drewniany meczet, ujęcie 2

Drewniany meczet, ujęcie 2

Cmentarz i mauzoleum

Cmentarz i mauzoleum

Widok z mostu nad rzeką Jhelum

Widok z mostu nad rzeką Jhelum

***

Ma Kaszmir swoje rajskie ogrody. Perskie Mughal Gardens są pełne niezrozumiałej dla nas symboliki. I nie tak kolorowe, jak się spodziewaliśmy, w końcu wiosna nie przyszła w tym roku do Kaszmiru o czasie. Położone wokół jeziora Dal nierozerwalnie związane są z wodą – pełno w nich fontann i kanałów. Ale najważniejsze jest to, co w tle. To, przy czym wszystko inne, co w Kaszmirze, traci znaczenie.

Nishat Garden, jeden ze sławnych Moghul Gardens w Kaszmirze

Nishat Garden, jeden ze sławnych Moghul Gardens w Kaszmirze

DSC05537

Chłopcy grający w piłkę w Nishat Garden

Chłopcy grający w piłkę w Nishat Garden

Houseboaty na jeziorze Dal

Houseboaty na jeziorze Dal

Shikara (wodna taksówka) na jeziorze Dal

Shikara (wodna taksówka) na jeziorze Dal

***

Góry. Z jednej strony Wielkie Himalaje, z drugie pasmo Pir Panjal. Pomiędzy nimi wciśnięta Dolina Kaszmiru. Widok gór w Kaszmirze oszałamia i przytłacza, sprawia, że zapominasz o całym świecie. Dla mnie to najpiękniejsze góry, jakie widziałem do tej pory, mimo że warunki pogodowe nie pozwoliły ich zeksplorować.

Góry wokół Doliny Kaszmiru - widok z ziemi

Góry wokół Doliny Kaszmiru – widok z ziemi

DSC05597Góry wokół Doliny Kaszmiru - widok z powietrza

Góry wokół Doliny Kaszmiru – widok z powietrza

DSC05628 DSC05633Kaszmir to miejsce surowe, ale magiczne. Nie wiem, czy to magia dobra, czy zła. I czy rzeczywiście tak wygląda mój wyśniony raj. W każdym razie jest to raj utracony – ze względu na warunki pogodowe i moją chorobę musieliśmy opuścić dolinę wcześniej niż planowaliśmy. Jednak wiem dwie rzeczy:

  • Do Kaszmiru wrócę na pewno. Może za miesiąc, może za rok, a może za 30 lat. Ale wrócę na pewno.
  • Każdy ma taki raj na jaki zasłużył. Ja na swój muszę widocznie jeszcze popracować.

(2148)

13 odpowiedzi do artykułu “Wyśniony Kaszmir

  1. Asia

    Po pierwsze: to jeden z najciekawszych postów, jaki ostatnio czytałam 🙂 , po drugie: największe wrażenie zrobiła na mnie mina Piotrka w komfortowym wagonie w pociągu, po trzecie: zauważyłam,że masz Paweł wiernego towarzysza wędrówki – chorobę podróżną i po czwarte coraz częściej sen z powiek spędzają mi coraz to „bezpieczniejsze miejsca”, które odwiedzacie.

    1. Pawel Autor

      Dziękujemy.
      Mam nadzieję, że ten towarzysz nie taki wierny i już się nie spotkamy:-)

  2. xhoklas

    Ciekawy ten Kaszmir, kompletnie nie pasuje do innych części Indii…….
    widocznie, za mało bakterii żołądkowo-jelitowo przyjmowałeś przed wyjazdem:-), życzę zdrowia po to abyś mógł bardziej się nacieszyć podróżą, nie wiadomo kiedy znowu pojawicie się w Kaszmirze.
    Zauważyłam, że garderoba już miejscowa (co oznacza napis na bluzce Piotrka:-)?
    najlepiej na te dolegliwości jeść tylko rozgotowany ryż i jajko na twardo, prosić o podanie ze skorupką, wtedy wiadomo, że nikt wcześniej nie dotykał……….

    1. Pawel Autor

      Z moim zdrowiem już wszystko w najlepszym porządku.
      Napis na bluzie Piotrka znaczy: LAOS
      Ja jak choruję to mam ochotę tylko i wyłącznie na batoniki, a tego wtedy mi nie wolno – naczelny farmaceuta podróży zakazuje (a wiem, że w razie czego Piotrek mu doniesie):-)

  3. Pawel B

    Wybaczcie obcesowosc, ale mozna chyba smialo powiedziec (w miejsce jakze zgrabnych eufemizmow), ze w niektorych miejscach bylo po prostu przesr…ne;)

    1. Pawel Autor

      Na taką śmiałość nie potrafiłem się zdobyć (odwagi wystarczyło tylko na brnięcie w eufemizmy). Ale rzeczywiście – Birma i Indie dały mi w kość (tu też jedynie eufemizm – na napisanie, że dały w co innego, śmiałości brak)

  4. Małga

    Bardzo interesujący wpis, najbardziej przykuwa uwagę zdjęcie Piotrka, w jakże proporcjonalnym do wzrostu łóżku 🙂

    P.S. Od wczoraj pojawiają się problemy z wyświetlaniem i przeglądaniem Waszej strony (stwierdzone u trzech osób)

  5. Amma

    Juz jest dobrze przeczytałam i obejrzałam wszystko. Panoramy gór powalajace, ale mam nadzieję że zyczenia o powrocie spełnią się za 30 lat.

    1. Pawel Autor

      Dziękuję, życzenia zadziałały, bo już wszystko ok:-)

  6. Pingback: Cudowne uzdrowienia irańskie | NasiGoreng.pl

  7. Pingback: Prawie jak w Afganistanie | NasiGoreng.pl