NasiGoreng.pl

Wstęgą szos

Autobus Laos

Pamiętacie scenę z filmu „W chmurach”, w której George Clooney pokazuje początkującej pasażerce, jak szybko i sprawnie przejść przez wszystkie kontrole i bramki na lotnisku?

My potrafimy już w podobnie machinalny sposób radzić sobie z dalekobieżnymi autobusami. Z wyrozumiałością patrzymy na wystraszonych i zagubionych „pierwszaków”, którzy pewnie nigdy jeszcze nie wsiadali do „nocniaka” w Azji. A tu nie ma wielkiej filozofii.

Aktorzy

Kierownik autobusu, kierowca, lokalsi i białe buły.

Tak naprawdę nas interesuje tylko kierownik autobusu. On jest tutaj szefem, decydentem, policjantem i sądem. Ma władzę absolutną. Kierowca się nie wtrąca, tylko jedzie. Lokalni zawsze rozłożą siedzenie przed tobą, a jeśli siedzą za tobą to położą ci stopy na głowie. Białe buły albo są oburzone na skandaliczne warunki jazdy, albo są wiecznie wszystkim podekscytowane… To wszystko trzeba nauczyć się tolerować lub ignorować.

Scenografia

My zawsze mamy ze sobą następujące gadżety:

z tekstyliów:

  • worek ochronny na duży plecak (ten, który oddasz do luku bagażowego / na dach), bo do luków bagażowych zawsze wlewa się woda, wlatuje kurz i od czasu do czasu Twój plecak ląduje w kałuży smaru (na dachu w zasadzie zdarza się to samo);
  • bluzę, bo na pewno w nocy zrobi się zimno, nawet jeśli na zewnątrz jest 40 stopni;
  • tzw. „szmatę”, czyli np. własne prześcieradło, bo koce, które dostajemy do okrycia, z reguły są tak brudne, że aż żal patrzeć, a bluzę przez przypadek zostawiliśmy w dużym plecaku, który leży na dnie luku bagażowego w kałuży smaru;
  • dmuchaną poduszkę podróżną, bo spanie bez poduszki w autobusach przynajmniej w moim przypadku kończy się poważnym bólem szyi.

z czaso-zabijaczy:

  • naładowany laptop z serialem (i koniecznie słuchawki);
  • naładowany czytnik ebooków.

ze spożywki:

  • własny prowiant, chyba że lubisz doświadczać problemów żołądkowych w trakcie jazdy po zjedzeniu pysznych nudelków w przydrożnym „zajeździe”. Zjesz pewnie i tak tylko 3 wafelki, ale zawsze warto coś niedużego mieć do przegryzienia;
  • dużą butelkę wody – całej nie wypijesz, ale jej ciężar się przyda (o czym za chwilę).

z rozmaitości:

  • stopery do uszu, chyba że lubisz lokalną odmianę disco polo;
  • naładowany smartfon z GPSem, jeśli tak jak ja chcesz zawsze znać odpowiedź na pytanie „Daleko jeszcze?”, ale wstydzisz się pytać kierownika co 30 minut. Przyda się też, jeśli chcesz się szybko odnaleźć w punkcie docelowym i dzięki temu nie brać taksówki do hotelu oddalonego o 100m.

Akcja

My już automatycznie wykonujemy następujące czynności:

  1. duże plecaki ładujemy w ochronne worki (przy sprawnej współpracy udaje nam się to zrobić w 10 sekund) i oddajemy kierownikowi, który nimi odpowiednio zarządzi;
  2. siadamy na z reguły ponumerowanych miejscach. Jeśli mamy wybór, zawsze zamawiamy miejsca w pierwszym rzędzie – nikt nam wtedy nie rozłoży siedzeń przed nami, a w dodatku tam mamy zawsze najwięcej miejsca na nogi (choć po Nepalu nie jest już to wcale nasze ulubione miejsce, o czym za chwilę);
  3. dmuchamy poduszkę, zasłonkę zarzucamy na półkę nad głową przyciskając ją dużą butelką wody tak, żeby nie spadła. Po co? Żeby zasłonić dysze klimatyzacji, które znajdują się centralnie nad głową. Są zepsute, nie da się zmniejszyć nawiewu ani zmienić kierunku „wiania”, więc przez najbliższe 12h będą tłoczyć lodowate powietrze prosto na ciebie;
  4. następnie zabijamy czas, czyli póki jest jasno na zewnątrz czytamy ebooki, jak się zrobi ciemno otwieramy laptopa i oglądamy jeden-dwa odcinki ulubionego serialu;
  5. przy dobrych wiatrach jest już 21:00, jest pierwszy dłuższy postój, wszyscy wychodzą do „zajazdu”. Czekamy, niech spokojnie wyjdą, przepuszczamy wszystkich. Jak już wszyscy wyjdą, składamy pasażerowi przed nami siedzenie do pozycji wyjściowej (jak wróci to pewnie zapomni, że je sobie wcześniej rozłożył – naprawdę działa w 90% przypadków) i wychodzimy coś zjeść. Najbezpieczniej jeść swoje „wafelki” albo kupić tzw. zupkę chińską (w Azji są naprawdę smaczne) licząc na to, że zajazd zaleje ją przegotowaną wodą. Ale bez przesady, wprawne oko szybko oceni stan sanitarny i czasem naprawdę można spokojnie zjeść w przydrożnych zajazdach;
  6. wracamy do autobusu i zakładamy bluzy. Jeśli rozdawane koce nie były opakowane w folię / nie pachną „kolą i morelami”, to najpierw trzeba okryć się własnym prześcieradłem, a dopiero potem brudnym kocem. Aha, i nie ma się co łudzić – jeśli koce są dostępne, to znaczy, że w nocy na pewno zrobi się tak zimno, że będziesz chciał się nimi okryć bez względu na stopień ich (nie)czystości;
  7. kończy się ostatni odcinek serialu, jest 22:00, w tym czasie kierownik wyłącza już karaoke i można błogo spać;
  8. rano wysiadamy wyspani i odbieramy plecak. Nagabujących taksówkarzy, którzy otoczyli autobus, pytamy o cenę i odpowiadamy zawsze „nie dziękuję”. Zaraz potem sprawdzam na GPSie jak daleko jest hotel. Do 3km można spokojnie przejść pieszo, przy dłuższych dystansach można rozważyć taksówkę/busa. Oddalamy się od nagabujących i pytamy o cenę nienagabujących taksówkarzy (najlepiej już poza terenem dworca). I jedziemy z nimi taniej.
Drugie życie Daewoo Tico, czyli dworcowa taksówka gdzieś w Kambodży

Drugie życie Daewoo Tico, czyli dworcowa taksówka gdzieś w Kambodży

Król auobusów i cesarz autobusów w Laosie

Król autobusów i cesarz autobusów, czyli VIP Sleepery

VIP Sleeper w środku

VIP Sleeper w środku

A tu skromny Sleeper non-VIP

A tu skromny Sleeper non-VIP

Sleeper non VIP z perspektywy parteru

Sleeper non VIP z perspektywy parteru

moje przytulne gniazdko w Sleeperze non-VIP. Przynajmniej wiedziałem, że mi już nic nie doładują...

Moje przytulne gniazdko w Sleeperze non-VIP. Przynajmniej wiedziałem, że mi już nic nie doładują… Trzeba pamiętać, że w całej Azji wszystkie autobusy obsługują „przesyłki konduktorskie”. Paczki często są traktowane bardziej priorytetowo niż pasażerowie

przerwa na toaletę. Wyglądała bardzo podobnie w klasie VIP i non-VIP

Przerwa na toaletę. Wyglądała bardzo podobnie w klasie VIP i non-VIP

Ale trzeba wiedzieć, że kwintesencją jazdy dalekobieżnym busem w Azji jest telewizor ulokowany z przodu i jeśli mamy pecha to także w połowie autobusu prosto nad naszą głową… A że będzie włączony jest tak pewne, jak to że nie dojedziemy na czas.

To na tym „ołtarzu” rozgrywają się lokalne bachanalia i to dzięki niemu dowiemy się, w jakim kraju akurat jesteśmy.

Typowy dla azjatyckich autobusów telewizyjny ołtarzyk

Typowy dla azjatyckich autobusów telewizyjny ołtarzyk

W (muzułmańskiej) Indonezji puszczają dramatycznie kiczowate i nieprofesjonalne teledyski „disco indo” zawsze w wersji karaoke, w których okryta chustą ona i chciałaby i boi się, a aspirujący na macho on też by chciał ale też się boi, choć trochę mniej niż ona. Ale zdarzają się też perełki o rockowym zabarwieniu:

Wietnamie puszczają zaskakująco profesjonalne teledyski pop, które nawet da się oglądać, choć tylko przez kilka minut, bo wartość artystyczną mają na granicy „Milionów Monet” i słynnego „Rolowania”:

Laosie puszczają do pierwszej w nocy filmy walki klasy C i gdy masz już nadzieję, że to nareszcie koniec, włączają czwartą część.

Kambodży, no coż – myśleliśmy, że kierowca puszcza kasetę ze swojego wesela sprzed 15 lat, okazało się jednak że to były lokalne teledyski:

Tajlandii w autobusach widziałem chyba dużo za dużo i jestem w stanie to skwitować jednym słowem: „yyyyyyyyyyyyyy !?”. Zresztą wystarczy obejrzeć Killer Karaoke (ciekawie robi się od drugiej minuty). Nas raczono teleturniejami o podobnej estetyce przy każdym przejeździe.

Birmie spodziewaliśmy się estetyki podobnej do Kambodży, szczególnie że na „dworcu” autobusowym (czyli w budzie garażowej) powitał nas sprzedawca pistoletów robiących bańki mydlane oraz sprzedawca plakatów z nagimi noworodkami, a obsługa autobusu przyozdabiała nasz pojazd totemami chroniącymi od wypadków, czyli wiechami zielska wkładanymi za lusterka. Jakim zaskoczeniem dla nas było jednak to, co puszczali nam w birmańskich autobusach, czyli covery największych przebojów Bruce’a Springsteena, Bon Joviego albo Scorpionsów:

Ale nie było cały czas tak kolorowo, tak naprawdę to tak kolorowo było tylko dwa razy. Pozostałe przeprawy po Birmie to powrót do estetyki kambodżańsko-indonezyjskiej, gdzie biedny on udawał przed bogatą nią, że też jest bogaty. A że oboje i chcieliby i boją się, to ona prawdy dowiadywała się z reguły 10 sekund przed końcem teledysku, z reguły z powodu knowań swojego bogatego ojca o lodowatym sercu, który chciał rozdzielić kochanków. Bezskutecznie, bo w ostatniej sekundzie jednak bogata ona zakochana okazywała się na tyle, że uciekała z biednym nim, by wspólnie paść kozy w jego rodzinnej wiosce… Niestety te wyrafinowane teledyski puszczano wyjątkowo głośno do północy, a nawet dłużej (ku uciesze wszystkich lokalnych pasażerów), więc wypracowane schematy zachowania brały w łeb, szczególnie gdy po zakończonym pasmie teledysków nadchodziły komedie, w których głównym gagiem było to, że facet usiadł na krześle, a krzesło się złamało. Cały autobus ryczał – lokalni ze śmiechu, my z bezsilności…

Odkryliśmy też, że na zachód od Tajlandii (czyli zgodnie z naszymi doświadczeniami: Birma, Indie i Nepal) zmienia się też kultura wymiotowania w autobusach. Bo wiedzieć trzeba, że w zasadzie w każdym autobusie znajdzie się jeden (jeśli mamy szczęście) lub więcej pasażerów, którzy najwyraźniej zapomnieli zażyć aviomarin. A że owi pasażerowie siedzieć będą akurat obok nas (co jest już w zasadzie pewne), wspomniana kultura wymiotowania staje się szalenie ważna. Otóż z reguły w każdym autobusie w Wietnamie, Laosie, Kambodży i Tajlandii (nawet najtańszym) rozdawane były specjalne woreczki na wszelki wypadek, a „chory” skrupulatnie wypełniał najpierw swój, potem sąsiada, a potem te ofiarowane przez pełnych współczucia dalszych współpasażerów. Po zapełnieniu każdego z nich kulturalnie wyrzucał je przez okno i wszyscy byli szczęśliwi. Gdy przyjechaliśmy do Birmy zinterpretowaliśmy brak woreczków jako sygnał, że problem tu nie występuje. Myliliśmy się bardzo. Problem tam zdecydowanie występował, z reguły zaznaczając swoje istnienie na podłodze lub na innych pasażerach. I o dziwo nikt (poza nami) nie był ani oburzony, ani zdegustowany, a „chory” w żadnym wypadku nie był zawstydzony. Po prostu wszyscy w Birmie, Indiach i Nepalu przechodzą nad tym (czasem dosłownie) do porządku dziennego niczym nad kichnięciem.

Gdy po Birmie już naprawdę myśleliśmy, że w autobusach widzieliśmy i przeżyliśmy wszystko, wsiedliśmy do kilkunastoletniej Taty w Nepalu.

Typowe nepalskie autobusy (produkcji oczywiście hinduskiej)

Typowe nepalskie autobusy (produkcji oczywiście hinduskiej)

Po fakcie doczytaliśmy się, że w nepalskich autobusach są dwa bezpieczne miejsca – na dachu, bo w razie wypadku / staczania się w przepaść zawsze można (?) zeskoczyć. Z negatywów – na dachu łatwo oberwać gałęzią lub powiesić się na nisko zawieszonej linii elektrycznej. Inna teoria głosi, że stosunkowo bezpiecznie jest też w samym środku, bo w razie zderzeń lub stoczenia się w przepaść pasażerowie przed i za nami działają jak swoista poduszka powietrzna… Natomiast zdecydowanie odradza się miejsca z przodu, bo to w zasadzie pewna śmierć w razie wypadku. A my do autobusu przedzierającego się przez Himalaje wsiedliśmy bez tej wiedzy, za to z teorią, że z przodu jest przecież najwięcej miejsca na nogi. Otóż akurat w Nepalu okazało się to nieprawdą. Poza tym nie puszczano żadnej muzyki w telewizorze, bo telewizora żadnego w tym „żuku” nie było, zresztą nawet gdyby był to i tak słychać byłoby tylko to, co nasze uszy cieszyło całą drogę przez skąpane w nocnych ciemnościach Himalaje:

Obiecaliśmy sobie, że w Nepalu już nigdy więcej do autobusu nie wsiądziemy i oczywiście musieliśmy dość szybko z tej obietnicy się wycofać. Na szczęście przed nami jeszcze tylko jeden autobus w Nepalu, a potem jeszcze autobusy irańskie, kirgiskie, tadżyckie… Aż chce się zanucić za Urszulą Sipińską:

(2223)

5 odpowiedzi do artykułu “Wstęgą szos

  1. Dorota Klucznik

    Cudne, prawdziwe, wesołe, tak sobie wyobrażam podróżowanie w tych ekstremalnych warunkach, bo przecież nie każdy może sobie pozwolić na przemieszczanie się nad Himalajami helikopterem. Powoli zyskujesz wierną czytelniczkę:-)

  2. Amma

    Znając Pawła to czapka z głowy że jeszcze nie wrócił po tych wszystkich atrakcjach podrózniczych.Czytałam że inni podróżnicy najbardziej tęsknili za polską ciszą nocną o 22.

  3. xhoklas

    filmik z Kambodży cudo:-) najbardziej mi się podobał, ale o co chodziło w tym teleturnieju w Tajlandzie? poza wężami co to były te brązowawe zwierzątka? ohyda:-( a za moich czasów w moim kraju niestety się wymiotowało z okna autobusu… Wy w Polsce tak rozpieszczeni:-)

  4. Pingback: Przez miasta i wsie Nepalu | Nasi goreng

  5. Pingback: Praktyczny przewodnik po Iranie | NasiGoreng.pl