NasiGoreng.pl

Cudowne uzdrowienia irańskie

header3

W ostatnich tygodniach wiele mówiło się i pisało o cudach i cudownych uzdrowieniach. W związku z tym zrozumiem zarzuty, które mogą paść a propos tego wpisu, że próbujemy podłączyć się pod modny temat, że bluźniercy z nas, niegodni dotykania tak świętego tematu. Zrozumiem, ale nie odpuszczam – dzisiaj o cudzie, który dokonał się w trakcie pierwszych dni naszego pobytu w Iranie.

Choroba

Żeby było cudowne wyleczenie najpierw musi być choroba. Ciężka, bolesna, trudna do wyleczenia. I w naszym przypadku zdecydowanie psychiczna.

Przyczyny

Kiedyś, po napisaniu kilku niemiłych zdań na temat pewnej nacji i mieszkańców pewnego miasta (szczegóły tutaj), asekurowałem się twierdząc, że pewnie będę za swoje słowa jeszcze przepraszał. No to na razie na pewno nie przeproszę. Przyczyną choroby, na która zapadliśmy, są Indie, a dokładnie Delhi, a jeszcze dokładniej mieszkańcy Delhi. To że wszyscy są po prostu bezinteresownie niemili, to małe miki. Bo gdy idziesz ulicą, dopada cię horda nieustępliwych naganiaczy, którzy próbują cię, czasem dosłownie, wepchnąć do oszukańczych agencji turystycznych, a gdy się im nie udaje, żegnają cię międzynarodowym zwrotem „fuck you”. Gdy zatrzymujesz się, żeby sprawdzić na mapie, albo o zgrozo na GPSie w komórce, jak iść, dopada cię kolejna horda, tym razem podejrzanych typków o mętnym wzroku, którzy zaczynają mapować gdzie masz portfel i jak wyrwać ci telefon. Gdy przechodzisz na drugą stronę ulicy na zielonym świetle, wszyscy kierowcy próbują cię rozjechać. Na początku myślisz, że tylko tak ci się wydaje, wkrótce już masz pewność, że naprawdę chcą cię rozjechać. Gdy jedziesz metrem, oburzeni faktem, że jakiś białas zabiera nienależną mu przestrzeń pasażerowie metra potrafią cię zdzielić pod żebra, gdy ty nie masz już opcji by się wrócić / odwrócić / zareagować bo możesz jedynie poddać się rzece ludzi, która wypycha cię na peron. Gdy żądasz od właściciela hotelu żeby cię może jednak nie oszukiwał i dał normalny pokój, a nie niesprzątaną od dłuższego czasu norę, ten mówi do ciebie pełnym pogardą głosem „idź stąd” i wskazuje paluchem drzwi. Gdy rozmieniasz w kantorze pieniądze i właściciel chce w trakcie transakcji zmienić kurs, a Ty się oczywiście nie zgadzasz, ten rzuca ci z pogardą w twarz plik rupii i mówi „wynoś się stąd”. Gdy kierowca rikszy wywozi cię w ciemny zaułek żądając dodatkowej zapłaty za dowiezienie cię w pierwotne bezpieczne miejsce…, gdy w restauracji kelner… Mógłbym tak wymieniać długo. W każdym razie wymuszony (bo tylko przez stolicę Indii mogliśmy dostać się do kolejnego kraju) kolejny pobyt w Delhi wywołał u nas chyba najgorszą dla podróżników chorobę – nienawiść i nieufność do całego świata.

Objawy

Wydaje ci się, że jesteś tolerancyjny, otwarty na innych ludzi, poszukujesz nowych doznań? My oczywiście żyliśmy w takim przekonaniu. Ale w Delhi dopadła nas nienawiść w najczystszej postaci i ksenofobia, przy której chłoptasie z Ruchu Narodowego bledną. I to dopadła nas od środka, bo z każdym negatywnym doświadczeniem nakręcaliśmy się coraz bardziej. Z osób używających (i to jedynie od święta) przekleństw w stylu „motyla noga” albo „o Boziu”, przemieniliśmy się osobników, u których przeważało słownictwo a la wczesne filmy Pasikowskiego. Otaczających nas ludzi zaczęliśmy traktować jak wrogów albo w najlepszym razie jak powietrze (zepsute). Nie mieliśmy ochoty wychodzić z hotelu (w którym zresztą też wszyscy nas denerwowali). Stołowaliśmy się w McDonaldzie (!), riksz i taksówek już nie braliśmy tylko wszędzie chodziliśmy na piechotę, metra unikaliśmy, a właściciela kantoru zwyzywaliśmy i wyzywaliśmy za każdym razem, gdy musieliśmy obok niego przejść. Nikomu już nie ufaliśmy. Zamknęliśmy się całkowicie w swoich skorupach, starając się mieć jak najmniejszy kontakt ze złem, które się czaiło wszędzie wokół.

Próby leczenia

Wiedzieliśmy, że tak się nie da podróżować. Zło zatruło nam umysły. Walczyliśmy ze sobą, ba, poszliśmy nawet do indyjskiej restauracji, przeszliśmy się po bazarze, nawet zrobiliśmy zakupy w jakimś sklepiku. Wszystko na nic – nienawidziliśmy świata wokół i nie ufaliśmy już nikomu. Sytuacja wydawała się beznadziejna – wyruszaliśmy do Iranu z przekonaniem, że świat i ludzie są źli. I że źli jesteśmy my nienawidząc świata wokół. I że będzie już przecież tylko gorzej.

Uzdrowienie

Na lotnisku w irańskim mieście Shiraz wylądowaliśmy oczywiście z opóźnieniem. Czuliśmy, że problemy dopiero się zaczną. Co prawda mieliśmy wizy irańskie, ale na mojej były błędy w nazwisku, a na Piotrka pomylony numer paszportu. Podeszliśmy do okienka, a tam, o zgrozo, człowiek z wąsami! Po Indiach, gdzie 105% populacji nosi wąsy, wiedzieliśmy, że nie wróży to nic dobrego… Urzędnik wziął nasze paszporty, przeglądał, przeglądał, patrzył to na paszport, to na nas, to za nas (wezwał już wojsko?). Oczyma wyobraźni widzieliśmy już jak irańscy śledczy biorą nas w krzyżowy ogień pytań, każdego zamkniętego w oddzielnym pokoiku bez okien… A tu nagle urzędnik zamaszystym ruchem przybił pieczątki, uśmiechnął się pod wąsem i powiedział „Welcome to Iran!”.

Hmm, coś tutaj nie gra. Pewnie dopiero teraz zacznie się zabawa, przeszukają nasze bagaże, być może teraz wciągną nas na przesłuchanie do pokoików bez okien. Niepewni idziemy dalej, a tam… koniec hali przylotów. Znaczy to już? No już. Przy wyjściu stoi uśmiechnięty człowiek z kartką papieru z wydrukowanym „Mr. Pawel” i mówi „Welcome to Iran!”. Okazało się, że hotel, w którym mieliśmy zarezerwowany nocleg, wysłał po nas taksówkę. Za którą pewnie przyjdzie nam słono zapłacić… Dojechaliśmy szczęśliwie, a jechaliśmy wielopasmową obwodnicą z pasem kwitnących róż rozdzielającym jezdnie i zaskakującym zupełnym brakiem śmieci w zasięgu wzroku – wiadomo, myśleliśmy, droga z lotniska zrobiona pod publiczkę… Ruch w Iranie nas nie przeraził, mimo że wszyscy przed nim ostrzegali – najwyraźniej musieliśmy mieć szczęście.

Bagh-e-eram, czyli północna brama miasta Shiraz

Dar vazeh Quran, czyli północna brama miasta Shiraz

Zachodzące słońce nad jedną z wielu irańskich autostrad

Zachodzące słońce nad jedną z wielu irańskich autostrad

Kierowca nie chciał przyjąć od nas zapłaty, więc uznaliśmy, że pewnie zapłacimy w recepcji. A w recepcji uśmiechnięta recepcjonistka (z czarną chustą zasłaniającą szczelnie włosy) powitała nas, ucięła sobie z nami pogawędkę, wspominając mimochodem, że transport z lotniska był darmowy. Poczuliśmy, że znaleźliśmy bezpieczną enklawę w otoczeniu pełnym zła.

Hotel Niayesh w Shiraz

Hotel Niayesh w Shiraz

Tak wyglądają nasze śniadania (przy czym talerz napełniany jest kilkakrotnie)

Tak wyglądają nasze śniadania (przy czym talerz napełniany jest kilkakrotnie)

No dobrze, pewnie ludzie pracujący w biznesie turystycznym w Iranie są mili i pomocni, bo na tym między innymi polega ich praca (czego nikt indyjskiej branży turystycznej niestety nie wytłumaczył). Czas było stawić czoła zwykłym ludziom z ulicy. Z zaciśniętymi zębami i wzrokiem w stylu „wcale was nie widzę, nie interesujecie mnie, nie oszukacie mnie” wyruszyliśmy w miasto… Od razu podbiegły do nas uśmiechnięte dzieci wykrzykujące „hello!”. Czekaliśmy chwilę, aż rzucą „give me candy” („daj mi cukierka”), ale nie. Po chwili odeszły, zadowolone, że odpowiedzieliśmy im swojskim „salam”. Kilka minut później zaczęli do nas podchodzić dorośli, nieśmiało dopytując się skąd jesteśmy (dumnie odpowiadaliśmy, że z „Lechistanu”), czy nam się podoba Shiraz („Shiraz very, very beautiful”, odpowiadaliśmy), prosząc o wspólne zdjęcie i zawsze żegnając się słowami „Welcome to Iran!”. Nasze zmysły wariowały… Dlaczego oni są tacy mili? Pewnie to przez t’aarof – rodzaj swoistej etykiety irańskiej, która odnosi się również do zasad gościnności (i wymaga oferowania gościom, czego tylko mogą zapragnąć; goście oczywiście powinni odmówić…). Ale gdy wielokrotnie odmówiliśmy przyjęcia od piekarza świeżego, pachnącego chleba, wcisnął nam go w dłonie i łagodnie, acz stanowczo odgonił od piekarni, więc nie chodziło o t’aarof (chyba że jego naprawdę wysublimowaną formę). Nasze oblodzone serca zaczęły topnieć…

"Rodzinne" zdjęcie przed Arg of Karim Khan w Shiraz

„Rodzinne” zdjęcie przed Arg-e Karim Khan w Shiraz

Powoli otwierały się też nasze umysły – gdzie indziej moglibyśmy dyskutować z taksówkarzem o europejskich i irańskich filozofach, gdzie indziej ludzie przypadkowo spotkani w autobusie, parku, na ulicy zaczepiliby nas pytaniami „Czy mógłbyś mi w skrócie opowiedzieć historię twojego kraju?” albo „Jaka według Ciebie jest przyszłość narodu irańskiego?” „Masz tytuł magistra, czy jedynie licencjat”? Godzina po godzinie, dzień po dniu zaczęło wracać zaufanie do ludzi. Płacąc za zakupy, zamiast walczyć z odnalezieniem właściwych banknotów, zaczęliśmy dawać portfel sprzedawcy – niech sam sobie odliczy należność. Taksówkarze nie naciągali (no może odrobinkę), hotele i hostele były czyste, serwowały śniadanie „all you can eat („zjedz, ile możesz”) – a jak wiadomo zjeść możemy wiele (szczególnie jeden z nas…), miały klimatyczne dziedzińce wypełnione tapczanami i poduchami, kuszącymi perspektywą błogiego lenistwa… Nagle przestaliśmy przeklinać, zamiast swojskiego „k…a” w miejsce przecinka wróciła pauza. „Zły irański lud” to najmilsi ludzie, jakich do tej pory spotkaliśmy w trakcie naszej podróży (biją na głowę nawet przemiłych Birmańczyków). Cud dokonywał się na naszych oczach (a raczej w sercach i umysłach).

Tradycyjny hotel Kohan w Yazd (i jego superwygodne leżanki z poduchami)

Tradycyjny hotel Kohan w Yazd (i jego superwygodne leżanki z poduchami)

Ale cud nie był kompletny, gdyż wciąż baliśmy się jeść „z ulicy”. Nie daliśmy się zwieść pysznym i bezpiecznym hotelowym śniadaniom, jedzenie na mieście rozpoczęliśmy od lokalnych fast foodów, gdzie królują pizze, kanapki, hamburgery. Zjedliśmy. I przeżyliśmy. No dobrze – pewnie pułapki kryją się w tradycyjnym jedzeniu… Stopniowo, ostrożnie zaczęliśmy próbować lokalnych past i sałatek. Były pyszne, więc posunęliśmy się krok dalej – już mniej ostrożnie rzuciliśmy się na miejscowe kebaby (a wiedzieć trzeba, że wbrew „polskiej tradycji” kebaby na Bliskim Wschodzie to po prostu szaszłyki ), serwowane z gorącym chlebem, grillowanymi pomidorami i świeżą cebulą. No i się zakochaliśmy – nasze żołądki zostały kupione (wegetarianie i weganie uwierzcie – tracicie). W naszej ulubionej „kebabiarni” spróbowaliśmy chyba wszystkich rodzajów mięs (włącznie z wątróbkami, sercami i nerkami wołowymi i baranimi) i popijaliśmy je pysznym słonawym jogurtem albo irańską kolą.

Koobideh z chlebem i pieczonymi pomidorami (gdzieś powinna być też świeża cebula)

Koobideh z chlebem i pieczonymi pomidorami (gdzieś powinna być też świeża cebula)

Irańska kola

Irańska kola

Ale zdecydowanie najczęściej spożywanym przez nas daniem okazały się… lody. Kręcone (czyli tzw. włoskie), gałkowe, z galaretką, jakie tylko sobie człowiek wymarzy (choć na patyku nie widzieliśmy). Irańczycy są zakochani w lodach, w takim Yazd lodziarni jest znacznie więcej niż jakichkolwiek innych punktów gastronomicznych. Lody jemy co najmniej 3 razy dziennie, zasmakowaliśmy zwłaszcza w smaku szafranowym (Iran to w końcu „stolica” szafranu). Iran to pierwszy kraj w trakcie naszej podróży, w którym kupujemy lody bez chwili zawahania i czarnych wizji zatrucia salmonellą.

Nasze pierwsze lody w Iranie - biała maź orzechowa (po lewej) i oraz białe makaroniki w mrożonym soku cytrynowym (po lewej) - specjalność Shirazu

Nasze pierwsze lody w Iranie – biała maź orzechowa (po lewej) i oraz białe makaroniki w mrożonym soku cytrynowym (po lewej) – specjalność Shirazu

Moje ulubione irańskie lody - kręcone, z polewą czekoladowe (w tle tradycyjne kobiece stroje irańskie wraz z właścicielkami)

Moje ulubione irańskie lody – kręcone, z polewą czekoladowe (w tle tradycyjne kobiece stroje irańskie wraz z właścicielkami)

Desery lodowe z galaretką w naszej ulubionej lodziarni w Yazd (na szczycie pucharu kulki lodów szafranowych)

Desery lodowe z galaretką w naszej ulubionej lodziarni w Yazd (na szczycie pucharu kulki lodów szafranowych)

Pięknie jest znowu iść ulicą i móc jeść wszystko na co ma się ochotę…

Na taki przysmak się (jeszcze) nie zdecydowaliśmy...

Na taki przysmak się (jeszcze) nie zdecydowaliśmy…

... choć gdyby odpowiednio przyprawić...

… choć gdyby odpowiednio przyprawić…

Spać mamy gdzie, czujemy się bezpiecznie, żołądki pełne, w związku z tym, poruszając się w górę piramidy Maslowa, możemy z czystym sumieniem realizować wyższe potrzeby i zadbać o rozrywki dla ducha (choć pałaszowanie koobideha, czyli mielonego mięsa z patyka jest doznaniem iście mistycznym) . A w Iranie kultura (i sztuka też) dosłownie wychodzi na czyste jak łza ulicę. Na murach pełno murali, w wielu miejscach widać pomniki poetów (Iran to kraj zakochany w poezji).

Trzepanie dywanu na jednym z murów w Shiraz

Trzepanie dywanu na jednym z murów w Shiraz

Budynkowe malowidło w Shiraz

Budynkowe malowidło w Shiraz

"Zwykły" magazyn w Shiraz...

„Zwykły” magazyn w Shiraz…

Murki w Yazd

Murki w Yazd

Shiraz też ma swojego Wielkiego Ptaka

Shiraz też ma swojego Wielkiego Ptaka

W Shiraz urzekły nas ogrody. Odwiedziliśmy kilka. Zaskakują nie tylko tym, jak są precyzyjnie rozplanowane i zadbane, ale przede wszystkim tym, że są miejscem odpoczynku dla mieszkańców, co stwarza kolejne okazje do interesujących rozmów.

Bagh-e-eram, czyli najpopularniejszy ogród w Shiraz

Bagh-e-eram, czyli najpopularniejszy ogród w Shiraz

"Zakochaj się w Shiraz" - sadzawka w kształcie serca w jednym z parków

„Zakochaj się w Shiraz” – sadzawka w kształcie serca w jednym z parków

Shirazka wiosna w pełni (miałem ochotę wytarzać się w tych kwiatach, ale Piotrek mnie powstrzymał)

Shirazka wiosna w pełni

Zachwyciły starożytne grobowce oraz ruiny perskiego miasta Persepolis, gdzie rzeczywiście „mówią wieki”, tyle tylko że tych wieków jest dwadzieścia kilka, a ruiny pamiętają trzęsącego ówczesnym światem Xerxesa. Ogromne wrażenie w irańskich miastach robią też bazary i omozaikowane meczety.

Mówią wieki... (choć nie jesteśmy pewni, czy rozumiemy, co mówią)

Mówią wieki… (choć nie jesteśmy pewni, czy rozumiemy, co mówią)

Takht-e-Jamshid, czyli Persepolis

Takht-e-Jamshid, czyli Persepolis

Za czym kolejka ta stoi...?

Za czym kolejka ta stoi…?

Mozaika w jednym z meczetów (ktorego nazwy oczywiście nie pamiętamy i, oczywiście, bardzo nam z tego powodu wstyd)

Mozaika w jednym z meczetów (ktorego nazwy oczywiście nie pamiętamy i, oczywiście, bardzo nam z tego powodu wstyd)

DSC06915

Kolejne, bezimienne (dla nas) zabytki Shiraz

Kolejne, bezimienne (dla nas) zabytki Shiraz

Jeżeli chodzi o inne starocie to urzeka też „ulepione z gliny i błota” stare miasto w Yazd. Można po nim błądzić godzinami, chroniąc się przed słońcem w zacienionych podwórkach, ciemnych piwnicach, cieniu tzw. wież wiatrowych lub krużganków meczetów albo podziwiając miasto „z góry” z dachów budynków.

Starówka w Yazd

Starówka w Yazd

DSC06941

Amir Chakmagh w Yazd (a w środku najlepsze kebabiarnie w mieście)

Amir Chakmagh w Yazd (a w środku najlepsze kebabiarnie w mieście)

Rzeźba w Yazd, o której walory artystyczne toczymi z Piotrkiem niekończące się dyskusje (nie myślcie, że dyskutujemy tylko o tym, co zjeść na obiad...)

Rzeźba w Yazd, o której walory artystyczne toczymi z Piotrkiem niekończące się dyskusje (nie myślcie, że dyskutujemy tylko o tym, co zjeść na obiad…)

W Yazd można odwiedzić też zoroastriańskie Wieże Milczenia – leżące na południowych obrzeżach miasta na skalnych wzgórzach budowle, w których do lat 60. XX w. składano ciała zmarłych, tak aby sępy mogły oczyścić kości z mięsa… ot taki zoroastriański zwyczaj.

Zoroastriański symbol

Zoroastriański symbol

DSC07090

Jedna z Wież Milczenia

Panorama Yazd ze szczytów na południe od miasta

Panorama Yazd ze szczytów na południe od miasta

DSC07129 DSC07161

A skoro już o kulturze szeroko pojętej, to wspomnieć należy o tej fizycznej. Którymś leniwym popołudniem w Yazd, zagryzając szafranowymi lodami cebulę, którą wcześniej zagryzaliśmy pyszne kebaby, trafiliśmy do „sport clubu” opatrzonego tym oto sympatycznym szyldem:DSC06994

Ze środka dochodziły dziwne pokrzykiwania, ale ponieważ odwaga nie jest nam obca, przekroczyliśmy nieśmiało próg, a angielski napis „open to public” dodał nam jedynie troszeczkę otuchy. Więcej otuchy dodał nam sympatyczny zakapior, który gdy tylko nas zobaczył z uśmiechem wskazał nam ręką wielkości mojej nogi napis „ticket 40 000 rial” i od razu podał nam po filiżance herbaty, po czym skinieniem palca usadził nas potulnych na wskazanych miejscach wokół ringu treningowego.DSC07000

Tym samym weszliśmy na trening perskiej dyscypliny sportu zwanej po prostu „sportem herosów”. 2 tysiące lat przed tym, gdy Tele Mango wprowadziło do oferty Gazelę Freestyle i magiczny pas Abgymnic, a żądni wyzwań i znudzeni zwykłą siłką pracownicy korporacji w obcisłych legginsach i koszulkach z dryfitu zaczęli masowo zapisywać się na CrossFit za 2 tysie miesięcznie, Persowie wymyślili perfekcyjny miks tych wszystkich nowoczesnych aerobików, zumb, spinningów i treningów siłowych zwany Varzesh-e Pahlavani lub Zurkhaneh. Targają drewniane bańki, wyciskają drzwi od stodoły, machają łańcuchami, kręcą szaleńcze piruety i pompują bez przerwy przez 20 minut. A to wszystko do akompaniamentu starych perskich (a może nie tak starych, bo muzułmańskich) śpiewów i dudnienia bębnów dochodzących na żywo z ulokowanej tuż za ringiem budki trenera. Trening to prawdziwy spektakl, na który – nie ma się co dziwić – walą tłumy turystów. Nam udało się wejść na rozgrzewkę (gdy białych buł jeszcze nie było) i zostać tak długo, że białe buły już wyszły (obiecując sobie pewnie, że jednak muszą znaleźć swoje legginsy do zumby po powrocie do kraju) i cieszyliśmy się z oglądania treningu bez show dla białych buł. Zresztą obejrzyjcie i Wy, najpierw rozgrzewkę, a potem trening w pełnej krasie.


***

Iran nas odmienił, cudownie ozdrowił po delhijskim koszmarze. Przywrócił wiarę w ludzi i w sens podróżowania. Co prawda odwiedziliśmy dopiero dwa miasta i na pewno spotka nas w najbliższych tygodniach również kilka niemiłych niespodzianek, ale jesteśmy na nie gotowi i przyjmiemy je z pokorą. Wiemy, że politycznie Iran na pewno święty nie jest, ale jako ciekawa destynacja dla podróżników nasze błogosławieństwo prawdopodobnie otrzyma. Dla pewności zapytalibyśmy premiera Tuska „Czy wierzy pan w cud irański?”, ale pewnie wykręciłby się od odpowiedzi…

Irańscy "starsi panowie dwaj"

Irańscy „starsi panowie dwaj”

(2212)

11 odpowiedzi do artykułu “Cudowne uzdrowienia irańskie

  1. xhoklas

    niesamowicie czysty ten Iran, ale porządek:-) pięknie, na prawdę:-)
    co do tych kopyt – jeśli to cielęce może robią z ich wywaru zupę (po mojemu paczę), która jest b. pożywna i u mnie jest przysmakiem, ja nie przepadam, ale mój ojciec owszem.
    a na zdjęciu z przyprawami – czy spróbowaliście to co jest w tym zielonym worku, 2gi worek od prawej na samym dole? jeśli to co myślę, czyli owoce „ide” są pyszne, nie wiedziałam, że rosną w tamtej części świata, uwielbiam je a w Polsce ich nie ma, więc spróbujcie koniecznie pozdrowionka:-)

    1. Pawel Autor

      Hmm, bazujac na mojej bogatej wiedzy zoologiczbej i duzym doswiadczeniu w hodowli zwierzat, obstawialbym, ze nozki rzeczywiscie sa cielece (albo krowiece)…. Zawartosci zielonego worka nie probowalismy, ale postaramy sie to zrobic przy najblizszej sposobnosci. Rowniez pozdrawiamy:)

    1. Pawel Autor

      Kopytka na razie poszly w zapomnienie – obecnie polujemy na smazony mozdzek owczy…

  2. Amma

    widzę że dobrze wspominasz owce oprócz mózdżku Adam zawsze jadał smażone jądra podobno pycha tylko babcia potem zawsze wyrzucała patelnie.

    1. Piotrek

      Dobrze wiedziec, ze ‚ostrzegamy’ skutecznie. Jestem pewien, ze Indie sa pelne magicznych miejsc i dobrych ludzi i ze nasze negatywne doswiadczenia dotycza glownie Delhi… ale jakos nie mam ochoty dawac tym lepszym Indiom szansy w przewidywalnej przyszlosci 🙂 Pozdrawiam

    1. Piotrek

      Bardzo dziękujemy, nasza próżność została mile połechtana. Będziemy się starać utrzymać poziom :)))

  3. Pingback: Praktyczny przewodnik po Iranie | NasiGoreng.pl

  4. Pingback: Prawie jak w Afganistanie | NasiGoreng.pl