NasiGoreng.pl

Księżniczka Diyarbakiru a sprawa kurdyjska

header3Po przemierzeniu Iranu, który dostarczył nam wielu emocji, na pytania o kolejny cel naszej podróży zaczęliśmy odpowiadać z lekkim zakłopotaniem… No bo przecież Turcja to już prawie Europa, brzmi prawie jak Hurgada z wyjazdami typu olin (od all inclusive, a nie agenta Olina), a z Turkami można nawiązać relacje nie opuszczając Warszawy (w jednej z wielu kebabiarni). Nawet PJ, kibicujący i recenzujący nasz wyjazd, stwierdził „Eee, Turcja? Nuuuda…”. Sytuację próbowała ratować co prawda moja mama, niezawodnie wyszukująca wszelkich możliwych niebezpieczeństw, ale nawet wysłane przez nią smsy z informacjami o zamieszkach w Stambule i bliżej niezidentyfikowanym trzęsieniu ziemi nie zabrzmiały przekonująco… Czyżby więc PJ miał rację, a przejazd przez Turcję miał się okazać nic nieznaczącym etapem przed wyprawą do Azji Centralnej?

Na szczęście z wielu możliwych tras wiodących od Iranu do Stambułu wybraliśmy tę wiodącą przez turecki Kurdystan. I mimo, że wiedzieliśmy, że nie czekają nas tam widoki porównywalne do Himalajów, ani zaskoczenia podobne do tych, które przeżywaliśmy w Iranie, to czasem brak oczekiwań wychodzi na dobre. I niewiele trzeba, żeby emocje nas nie omijały. Poniżej przewodnik po tym, co można zrobić, żeby zapewnić sobie podróżnicze emocje w tureckim Kurdystanie.

Na pewno warto się obżerać. Ale ponieważ niektórzy twierdzą, że my ciągle o jedzeniu, to tym razem jemy incognito...

Na pewno można (i warto) się obżerać. Ale ponieważ niektórzy twierdzą, że my ciągle o jedzeniu, to tym razem jemy incognito…

Zabrać ze sobą kobietę…

Koniecznie Europejkę. Najlepiej blondynkę… Co prawda w naszym przypadku nie było mowy o „zabieraniu” (no bo zabieranie sugeruje, że ktoś lub coś zabierane jest raczej bierne) – nasza towarzyszka tureckiej podróży, Ewa, zabrała się do nas z Polski sama. Poza tym jest energiczną blondynką i samo to wystarczyło, żeby dynamika naszego podróżowania zmieniła się. Koniec z obijaniem się, leniuchowaniem, zajadaniem brzydkiej pogody…„Nie spać, zwiedzać!” stało się narzuconym nam mottem (ale o tym później).

Obecność kobiety zmienia nastawienie miejscowych. Szczególnie w dość konserwatywnej wschodniej Turcji. Z jednej strony w niektórych hotelach już po kilku sekundach wiedzieliśmy, że nie znajdziemy pokoju 3-osobowego (zgorszony wzrok obsługi wypalał nam na czołach napis „bezwstydnicy”). No bo jak to? Dwóch dorosłych mężczyzn z obcą (w sensie niezamężną z żadnym z nich) kobietą w jednym pokoju?!

Z drugiej strony sami musieliśmy dbać, żeby ukrywać Ewę przed pożądliwym wzrokiem lokalnych mężczyzn (zakrywając ją tzw. szmatą). Gdy pewnego dnia w zatłoczonym parku Ewa odsłoniła (o zgrozo!) łydki (nagie, naprawdę!), podbiegła do nas zatroskana matrona i szybkim ruchem zakryła bijącą po oczach goliznę. Uspokojona, z satysfakcją na twarzy odeszła. Przyzwoitość zwyciężyła. Po chwili podszedł do nas jej syn i za pomocą translatora w telefonie wytłumaczył nam sytuację: „Men, eye, lady” (czyli dosłownie „Panowie, oko, pani”), co miało chyba znaczyć, że zgromadzenie wokół mężczyźni (jakimś cudem usiedliśmy na samym środku zielonego skweru, a wszystkie ławki wokół były zwrócone w naszym kierunku), nie mogą od Ewy oderwać wzroku. Rzeczywiście niespotykany dramat.

Cóż, w Azji Południowo-Wschodniej to my byliśmy gwiazdami, każdy chciał sobie z nami robić zdjęcia, w Turcji zdegradowano nas do roli statystów… Dla nas więc to naprawdę był niespotykany dramat.

NasiGoreng.pl - Rewolucje (nasze podróżowanie już nie jest takie samo... co nie znaczy, że jest gorsze). Kobieta, i w dodatku karciara...

NasiGoreng.pl – Rewolucje (nasze podróżowanie już nie jest takie samo… co nie znaczy, że jest gorsze). Kobieta, i w dodatku karciara…

Podróżować z przemytnikami…

Podróżowanie autobusami po Turcji jest przyjemne – wygodne siedzenia, napoje roznoszone przez stewarda w białej koszuli i krawacie, zimna woda w lodówce. Nuda… Chyba że się wsiądzie do odpowiedniego autobusu, z odpowiednimi ludźmi. My na taki trafiliśmy jadąc z Van do miejscowości Batman (której główną, jeśli nie jedyną atrakcją, jest tablica wjazdowa do miasta).

Jedną z cech podróżowania pojazdami w Kurdystanie jest ciągłe trafianie na kontrole drogowe. Ale nie takie przeprowadzane przez zwykłą drogówkę – tutaj kontrolują panowie jeżdżący wozami opancerzonymi, a zamiast „lizaka” mają naładowane karabiny maszynowe. Gdy po raz kolejny zostaliśmy zatrzymani przez taką kontrolę, początkowo z niezmąconym spokojem obserwowaliśmy 8 żandarmów. Tyle że 30 minut później nadal staliśmy na poboczu, a panowie wyraźnie czegoś szukali… Przeszukali wszystkie bagaże… Po kolejnej pół godzinie zaczęli grasować po autobusie ze śrubokrętem, rozkręcając półki, schowki i co tylko się dało rozkręcić… Gdy w końcu zniecierpliwiony uniosłem głowę znad czytnika (reszta pasażerów, włącznie z Ewą i Piotrkiem, opuściła autobus nie mogąc znieść, mięczaki, panującego w nim gorąca), pan policjant spojrzał na mnie łagodnie i zapytał „Smoking?”. Gdy odpowiedziałem „No”, uśmiechnął się i stwierdził „No problem”… Zaintrygowany w końcu opuściłem autobus. Na zewnątrz Ewa z Piotrkiem próbowali znaleźć wspólną przestrzeń językową z innymi pasażerami. Z jednym udało się to na tyle, że dowiedzieliśmy się, że żołnierze znaleźli w naszym autobusie 3000 paczek przemycanych papierosów. Żołnierzom nie zajęło długo zidentyfikowanie właścicieli kontrabandy, którzy nie powrócili już do autobusu – ku uciesze Piotrka, któremu jeden z przemytników, siedzący przed nim, za bardzo rozkładał fotel…). Czasem w bezsenne noce, gdy księżyc oświetla niewinnie wyglądającą twarz Piotrka, zastanawiam się, czy papierosy znalazły się same…

Przed odjazdem dowódca żołnierzy wydał jeszcze jednemu z naszych współpasażerów zwięzłe polecenie. Okazało się, że chodziło o przetłumaczenie nam przeprosin, że kontrola tak długo trwała i życzeń dalszej udanej podróży… Welcome to Turkey.

Uwaga, przemytnik! (ten po lewej)

Uwaga, przemytnik! (ten po lewej)

Zwiedzać, zwiedzać, zwiedzać…

No dobra, pewnie to można wyczytać z poprzednich wpisów, ale napiszę to teraz wyraźnie – nie przepadamy za zwiedzaniem zabytków, świątyń, zamków, muzeów i różnych takich. Ale czasem, gdy się człowiek postara, albo pogoda dopomoże, może to dostarczyć emocji nawet nam.

Zwiedzanie wschodniej Turcji rozpoczęliśmy od leżącego na wyspie Akdamar na jeziorze Van armeńskiego kościółka z 921 roku. Piotrek po maksymalnie 3 minutach przebywania w kościele wybiegł z niego z cierpieniem na twarzy. Dla zachowania kronikarskiej uczciwości – dużo dłużej w kościele nie wytrzymałem. Docenić urodę kościółka i samej wyspy potrafiliśmy dopiero po wdrapaniu się na skały na zachodniej stronie Akdamaru. Widok stamtąd jest naprawdę ładny, potrafiliśmy znieść nawet stada ptaków, które walczyły z nami o miejsce na skałach. Walki z ptakami okazały się jednak dość monotonne, dlatego najpierw, w ramach wywoływania emocji, usunąłem sobie skalp z głowy (czyli zdarłem sobie kilkucentymetrowy pas skóry znad potylicy) atakując z główki schody prowadzące na górny pokład statku, którym wracaliśmy z wyspy, a potem przez godzinę łapaliśmy stopa powrotnego do Van. Zatrzymali się… policjanci 🙂

Widok z łodzi płynącej na wyspę Akmadar (uwaga na głowę, można sobie uszkodzić)

Widok z łodzi płynącej na wyspę Akdamar (uwaga na głowę, można sobie uszkodzić)

Kościólek na wyspie Akdamar (niektórzy wybiegają z niego z krzykiem "Nienawidzę takich miejsc")

Kościólek na wyspie Akdamar (niektórzy wybiegają z niego z krzykiem „Nienawidzę takich miejsc”)

.. ale freski w nim są naprawdę niebrzydkie

.. ale freski w nim są naprawdę niebrzydkie

Widok ze skał na jezioro Van i stada ptaków

Widok ze skał na jezioro Van i stada ptaków

Koty (brrr) - symbol miasta Van (i całego regionu). Te są jakieś specjalne, bo mają podobno wadę geneteczną i każde oko w innym kolorze... Brrr... Fuj...

Koty (brrr) – symbol miasta Van (i całego regionu). Te są jakieś specjalne, bo mają podobno wadę geneteczną i każde oko w innym kolorze… Brrr… Fuj…

Aby zwiedzanie było bardziej ekstremalne (wiem, cóż to za ekstremum… ale gdy się nie ma co się lubi…), można to robić w środku dnia, w prawie 40-stopniowym upale. Emocje gwarantowane. W takich okolicznościach przyrody eksplorowaliśmy inne kurdyjskie miasta: Mardin (z ciekawą starówką), Diyarbakir (epicentrum kurdyjskości) i Sanliurfę, znaną też Urfą, chyba najładniejsze z miast tureckich, które do tej pory widzieliśmy (niektórzy twierdzą, że to już nie Kurdystan i dlatego takie ładne – dopływ tureckich pieniędzy robi swoje). Ewie taka pogoda bardzo odpowiadała, gdyż wspomagała jej przemianę z białej buły w pięknie opaloną podróżniczkę (choć z fazą a la czerwony prosiaczek – mimo, że Ewa utrzymuje iż taka faza nie wystąpiła…).

Starówka (a raczej jej kawałek) w Mardin

Starówka (a raczej jej kawałek) w Mardin

Widok na półpustynny Kurdystan w czterdziestostopniowym upale

Widok na półpustynny Kurdystan w czterdziestostopniowym upale

DSC08126

Chłopiec z latawcem. Próba puszczenia latawca numer 51 (przy numerze 53 latawiec niestety się rozpadł)

Chłopiec z latawcem. Próba puszczenia latawca numer 51 (przy próbie nr 53 latawiec niestety się rozpadł)

 

Zamek z Van - można wejść oficjalną bramą albo przez... cmentarz

Zamek z Van – można wejść oficjalną bramą albo przez… cmentarz

Widok ze wzgórza zamkowego w Van... Z jednej strony...

Widok ze wzgórza zamkowego w Van… Z jednej strony…

... i z drugiej strony.

… i z drugiej strony (gdzieś w dole po lewej dziura w płocie i cmentarz)

Wieżą, która nie chce się zawalić (nawet pod naszym ciężarem)

Wieżą, która nie chce się zawalić (choć się staraliśmy)

Jak można wykonać wyrok śmierci na wiosce, ba, całej dolinie? Można ją na przykład zalać… Taki los czeka kurdyjską wioskę Hasankeyf leżącą w malowniczej dolinie rzeki Tygrys. A że pełno ciekawych tam ciekawych zabytków (nawet jeśli zabytków nie lubimy), wokół pełno skalnych domów, a okolica jest pełna stanowisk archeologicznych, to trochę szkoda. Tym bardziej szkoda ze względu na mieszkańców, którzy zainwestowali w infrastrukturę turystyczną (skromną, ale jednak) i wiodą sobie spokojne życie w swych domkach. A za jakiś czas (za rok? cztery lata? Słyszeliśmy różne wersje) będą musieli przeprowadzić się do zbudowanych powyżej wioski blokowisk.

Kurdyjscy wyznawcy teorii spisku twierdzą, że rząd Erdogana specjalnie wybrał na zbiornik kurdyjski „Biskupin”, żeby jeszcze bardziej pognębić pognębiony i tak naród.

Najłatwiej dojechać do Hasankeyf z Batmana. Sama wioska ma niesamowity klimat, a świadomość tego, że za jakiś czas zniknie pod wodą zgromadzoną przez budowaną właśnie tamę, dodaje miejscu dodatkowej atmosfery (jakby okrutnie to nie brzmiało…).

Panorama Hasankeyf. Czysta...

Panorama Hasankeyf. Czysta…

...i z ludźmi.

…i z ludźmi.

Niech moc będzie z tobą. Wołowy Jedi!

Niech moc będzie z tobą. Wołowy Jedi!

Nie byłbym sobą, gdybym nie zrobił kiczowatego zdjęcia z zachodem słońca...

Nie byłbym sobą, gdybym nie zrobił kiczowatego zdjęcia z zachodem słońca…

Nasiąkać kurdyjskością

Kurdowie to największy (albo jeden z największych, bo pełnej zgodności co do ich liczebności nie ma) narodów świata bez własnego państwa. O ich losie zdecydowały przede wszystkim decyzje możnych tego świata po kolejnych wojnach światowych. Dlatego żyją teraz w „obcych” państwach (przede wszystkim w Turcji, Iraku, Iranie, i Syrii, a także na emigracji w Europie) snując niezmiennie marzenia o własnym państwie (a od czasu do czasu próbując nawet zbrojnie o niego zawalczyć). Tureccy Kurdowie (a raczej Kurdowie mieszkający w Turcji) mają bardzo dużo żalu do rządu w Ankarze – o nierespektowanie ich praw jako mniejszości, niedoinwestowanie regionów, w których mieszkają, o dyskryminację. Starsi Kurdowie twierdzą, że ta celowa ich zdaniem polityka rządu już przynosi skutki, bo młodzi przestają kultywować tradycję i wyjeżdżają za pracą do zachodniej Turcji. Pewnie to prawda, choć my spotkaliśmy wielu młodych Kurdów, którzy przedstawiając się, od razu po podaniu swojego imieniu z dumą ogłaszali – „jestem Kurdem”.

Próbowaliśmy tę kurdyjskość poczuć odwiedzając miejsca, w których spotykali się Kurdowie – herbaciarnie, place, parki, próbując lokalnych napojów i potraw (choć cały czas nie potrafimy wskazać różnicy pomiędzy „kurdyjską herbatą”, a „turecką herbatą”). W zadymionych chłodnych herbaciarniach można siedzieć jak turysta – na uboczu, z zazdrością oglądając Kurdów rżnących w karty albo grających w „płytki z liczbami” i zapijających kolejnego papierosa kolejną szklanką herbaty. Ale tak naprawdę klucz do „kurdyjskości” kryje się w przebywaniu i rozmowach z Kurdami. I o jednym z takich spotkań chciałbym Wam opowiedzieć.

Najlepszy patent na upały - odkryty w Turcji sok brzoskwiniowy.

Nasz ulubiony deser w Turcji, czyli nektar brzoskwiniowy. Zawsze schłodzony, gęsty, z miąższem, smakuje prawdziwymi dojrzałymi brzoskwiniami z babcinego ogrodu. Prawdziwy Turkish Delight. Baklawy się chowały.

Kurdyjska herbatka...

Kurdyjska herbatka…

Opowieść o Mehmecie i Księżniczce Diyarbakiru

Najlepszym sposobem na poznawanie ludzi, sprawdzanym już przez nas wielokrotnie, jest gra w karty w miejscu publicznym. Zazwyczaj nie mija więcej niż kilka minut, a pojawiają się pierwsi ciekawscy. Tak też poznaliśmy również Mehmeta – przystojnego, inteligentnego Kurda w sile wieku (60 lat? 70 lat?). Podszedł do nas, gdy właśnie kończyliśmy partię kanasty. Bez ogródek stwierdził, że zna podobną grę, tylko na 4 osoby… Ewa, Paweł, Piotrek… Aha, i Mehmet!

My (zgodnym chórem odpowiadając na propozycję): Fajnie, ucz nas w takim razie!

Mehmet: O nie, nie tutaj. Zaprowadzę Was do miejsca, gdzie można grać, a nie jakiegoś tam placyku (graliśy na placu przed… meczetem)

Następnie zabrał nas do lokalu, w którym przy każdym z kilkunastu stolików siedziało po 4 ludzi (a dokładniej: mężczyzn), każdy z nich miał przed sobą podstawkę z podobnymi do domina płytkami (tyle że z liczbami), które co chwila przekładali zmieniając konfigurację. Tam przy kolejnych szklaneczkach herbaty poznaliśmy zasady gry w okey. Gra się w parach, los (ślepy?) sprawił, że Mehmet grał w parze z Ewą…

Gra w okey...

Gra w okey…

Na początku gra była bardzo wyrównana, ale w miarę upływu czasu zaczęliśmy zdobywać z Piotrkiem przewagę. Co prawda Ewa dzielnie walczyła, ale Mehmet zdecydowanie tracił koncentrację, tonąc coraz bardziej w oczach Ewy:

Mehmet (z rozmarzeniem w głosie): Ewo, nie mogę zdecydować się jaki kolor mają Twe piękne oczy… Zielony? Niebieski?

Cmoknięcie w dłoń ponad stołem…

Ewa (ucinając): Żółty!

Mehmet: No tak, masz bardzo szlachetne oczy. Jak księżniczka. Księżniczka Diyarbakiru! (bo w tym mieście odbywało się spotkanie)

Kolejne cmoknięcie w dłoń…

Niestety (dla nas stety) Księżniczka Diyarbakiru i jej absztyfikant grę ostatecznie przegrali. Dochodziła 22, my nie jedliśmy kolacji, więc zdecydowaliśmy się pożegnać naszego przyjaciela.

Mehmet: O nie, nie, przyjaciele. Chcecie, to zabiorę Was na prawdziwe kurdyjskie jedzenie!

My (nie będąc pewnymi, czy chcemy): Już jest dość późno, na pewno wszystko już pozamykane. Zgarniemy sobie po kebabie z jakiejś budy i pójdziemy spać.

Mehmet: Nie, nie, przyjaciele. Już dzwonię do mojego przyjaciela, otworzy swoją restaurację specjalnie dla nas!

Kolejne cmoknięcie w dłoń…

Zaliczeni, po raz kolejny, w poczet licznych przyjaciół Mehmeta, nie potrafiliśmy odmówić. Ciemnymi uliczkami zaprowadził nas pod drewniane rzeźbione drzwi. Co prawda były zamknięte, ale po kilku minutach przyszło dwóch mężczyzn i wprowadziło nas do przepięknej (i pustej) sali. Zajęliśmy miejsca (oczywiście Mehmet obok swej Księżniczki, zapytawszy wcześniej grzecznie, czy może nam towarzyszyć w kolacji). Mehmet zamówił za nas – wielką michę mięsa baraniego z warzywami. Dużo rozmawialiśmy o Kurdystanie, jego sytuacji, ale co jakiś czas Mehmet wracał do swojego ulubionego wątku:

Mehmet: Ewo, ja jestem człowiekiem obytym w świecie, pracowałem w Holandii, ba, nawet w Kalifornii byłem. Zresztą mam nawet holenderską emeryturę…

Kolejne cmoknięcie w dłoń…

Księżniczka Diyarbakiru (niewzruszona): Aha…

Mehmet: Powiedz mi jakieś swoje życzenie, od razu je spełnię…

Kolejne cmoknięcie w dłoń…

„Wybierz pieniądze”, chciałem rzucić…

Księżniczka Diyarbakiru (nie w ciemię bita w końcu): W takim razie chciałabym, żeby na świecie panowały pokój i wolność…

Mehmet (niezbity w tropu…): Nie jestem cudotwórcą! Ale wiem – ugotuję dla Ciebie obiad, moja Księżniczko…

Paweł: Hmm, Ewa nie może sama na obiady z obcym mężczyzną…

Mehmet: No dobra, Was też zaproszę…

Księżniczka Diyarbakiru (zwana też w kraju nad Wisłą Ewą) oraz Mehmet

Księżniczka Diyarbakiru (zwana też w kraju nad Wisłą Ewą) oraz szczęśliwy Mehmet

Przepyszna kolacja (niestety nie u Mehmeta, a w kurdyjskiej restauracji)

Przepyszna kolacja (niestety nie u Mehmeta, a w kurdyjskiej restauracji)

Rozstawaliśmy się z perspektywą darmowego obiadu następnego dnia. Dlatego dużo łatwiej było nam przełknąć to, że rachunek za kolację okazał się najwyższym, jaki do tej pory zapłaciliśmy, a Książę Diyarbakiru (znaczy Mehmet) jakoś nie wpadł na to żeby dorzucić się do rachunku ze swej holenderskiej emerytury… Wzięliśmy od Mehmeta wizytówki („Twój przewodnik w meandrach kurdyjskiego biznesu”) i pożegnaliśmy się. Ewa przyjęła ostatnie cmoknięcie w dłoń.

Paweł: To co jutro obiadzik u Mehmeta?

Ewa: Nigdy w życiu! Jutro stąd wyjeżdżamy z samego rana…!

I tak Ewa straciła szansę na zostanie Księżniczka Diyarbakiru na dłużej niż tylko jeden wieczór… (czego do tej pory nie jestem w stanie zrozumieć…, ale w końcu to nie ja byłem całowany po rączkach…)

***

Książe Diyarbakiru może za dużo nam nie dał, ale dał nam jedną rzecz bezcenną – płynność w okeya. Odtąd już nigdy nie wchodziliśmy do herbaciarni, nieśmiało siadając na uboczu i licząc na atencję obsługi. Od tej pory wchodziliśmy tam z podniesioną głową i na równych zasadach. Kilka gestów wystarczało, by na stole lądował zestaw do okeya, trzy herbaty – dla Pawła jak zwykle z trzema kostkami cukru, dla Ewy z jedną, a dla mnie bez. Przysiadał się czwarty Kurd do kompletu i graliśmy, współtworząc gwar kurdyjskich herbaciarni wypełnionych dźwiękami okeya, jak w tle poniższego pokazu zdjęć:

Sprawdziła się stara zasada – nie ma sensu biegać za emocjami i szukać ich na siłę, bo w dobrym towarzystwie i ciekawym otoczeniu dobre rzeczy dzieją się same. A dla nas podróżowanie po południowo-wschodniej Turcji to dobry sposób na ładowanie baterii przez Azją Centralną.

(1364)

11 odpowiedzi do artykułu “Księżniczka Diyarbakiru a sprawa kurdyjska

  1. Mariusz

    Jestem troche zly bo przed chwilą coś się sypneło, wiec napisze co myślałem wczesniej a potem co pomyślę póżniej : 😛
    a) W kurdystanie moze nie czekaja was zamieszki, czekalu kontrole. Czy cos wiecej utrudnialo zycie?
    B) jedznie jako zle info na blogu podrozniczym? gdzie? co? jak? kiedy:? ja takich info potrzebuje. bez tego nie jadlbym surowego miesa wolowego w lizbonie ani ostryg w bostonie

  2. Mariusz

    C) bez obrazy dla kolezanki – ale bylem w turcji i wiem ze blondynka to przepis na sukces – trzeba bylo z niej zrobic brunetke, nie byloby hurgady
    d) poprawily sie wam zdjecia – to juz nie telefon czy co?

  3. Mariusz

    e) jak sie makirdyjska gra cukru do herbaty nie zrozumialem…

    1. Piotrek

      Mariusz, dziekujemy za przenikliwe pytania. Ponizej odp:
      a. kontrole wcale zycia jakos wyjatkowo nie utrudnialy. Meczyl 40st upal. Poza tym Turcja to nie jest tani kraj (ceny more less jak w Polsce) – nasze chude portfele na tym cierpią
      b. jedzenie bardziej wyrafinowane zaczyna sie od 20zl w gore wiec my zadowalalismy sie najprostszymi kebabami popijanymi ajranem. Zasmakowal nam turecki ser typu feta zagryzany niewydrylowanymi oliwkami, zwykłą jasnozieloną papryką i pysznym tureckim chlebem
      c. alez my sie doskonale bawimy z blondynką
      d. dziekujemy za komplement i jednoczesne potepienie dotychczasowych dokonan. Sprzet jest caly czas ten sam 🙂
      e. albo nie rozumiem pytania albo rozumiem i odp brzmi: nijak 🙂

    1. Pawel Autor

      Oni tak mocnej herbaty jak Ty nie piją, więc nie wiem, czy by Ci smakowała…

  4. Asia

    Mam pytanko do Pawła: czy oszukujesz w karty tak samo jak w domu?

    1. Pawel Autor

      Punkt 743 regulaminu publikowania komentarzy na NasiGoreng.pl: zabrania się zamieszczania komentarzy, które w jakikolwiek sposób rzucają negatywne światło na Pawła.

      Do tej pory nie możesz przeżyć, że przegrywałaś?:)

  5. Pingback: Turcja bez olinu | NasiGoreng.pl