NasiGoreng.pl

Prawie jak w Afganistanie

header2Nie oszukujmy się – Afganistan brzmi seksownie… To znaczy seksownie podróżniczo, bo nie zakładam, że potoczne skojarzenia z tym krajem (wojna, talibowie, porwania) mogą się komuś z seksem kojarzyć (choć podobno są tacy, którym się wszystko kojarzy). I ten wpis będzie o podróży, a nie o seksie (choć seks by się pewnie lepiej sprzedał…). O naszej podróży do Afganistanu. No dobra, prawie do Afganistanu. I obiecuję, że nie padnie w nim już więcej słowo na „s” (to konkretne słowo na „s”, bez innych bym sobie pewnie nie poradził; i nie padnie tylko dlatego, żebym nie został posądzony o jakąś obsesję, a nie ze względu na moją pruderię).

Zakupy na afgańskiej ziemi (prawie)

To nasze kirgisko-tadżyckie podróżnicze życie raczej spokojne jest i rzadko musimy się spieszyć (no chyba, że wiemy iż niedługo zamykają nam riestarana, znaczy stołówkę albo sklep z piwem – wtedy wręcz potrafimy biec. Wtedy nawet Piotrek z jego „nie będę się spieszył, nie jestem niewolnikiem czasu” zapomina o własnej godności i gna co sił. Ale raz na tydzień w Iszkaszim, na południu regionu GBAO (Gorno-Badahszanskaja Awtomnaja Oblast – to moja transkrypcja – rusycyści, wybaczcie ewentualne błędy) odbywa się coś, co sprawiło, że porzuciliśmy wygodne Duszanbe i pędem rzuciliśmy w podróż do tego położonego na tadżycko-afgańskiej granicy miasteczka. Pędem, a raczej prawie pędem, bo podróż trochę trwała – najpierw 15 godzin z Duszanbe do Chorogu, a potem 3 godziny z Chorogu do Iszkaszim…

Szczególnie podróż z Duszanbe do Chorogu była pełna wrażeń, zarówno wizualnych jak i czysto fizjologicznych (góra, dół, góra, dół, w prawo, w lewo, w lewo, w prawo, w dziurę, w jeszcze większą dziurę, w strumień itp. itd.). Na szczęście Tadżycy to twardy naród i żaden z naszych współtowarzyszy podróży nie zafundował nam dodatkowych atrakcji, podobnych do opisanych tu. Atrakcje fundował nam za to nasz kierowca, rozpędzając niemiłosiernie swoją maszinę, gdy było z górki i gwałtownie hamując na zakrętach nad przepaścią. Największy skok adrenaliny zapewnił nam już w samym Chorogu, gdy zjeżdżając z kolejnej górki przed kolejnym zakrętem zaczął nerwowo wciskać pedał hamulca. Tak wciskał, wciskał i nic. Zakrętu nie udało nam się wziąć, na szczęście skończyło się na poboczu (takim bez przepaści, ot, ze zwykłą rzeczką w dole). Kierowca bardziej zszokowany naszą reakcją (drgawki, blade twarze, głowy prawie między kolanami) niż zaistniałą sytuacją z rozbrajającym uśmiechem stwierdził: tarmoz jebut (znaczy „hamulce się popsuły”) . Dobrze, że nie zrobiły jebut kilka godzin wcześniej… Już byśmy nie żyli. A tak to tylko prawie…

Podróż z widokiem na Afganistan

Podróż z widokiem na Afganistan

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

 

Nasza maszina, zanim jej jeszcze hamulce "jebutły"

Nasza maszina, zanim jej jeszcze hamulce „jebutły”

Ale wróćmy do meritum, czyli powodu naszego prawie pędu. Ano chodzi o to, że co sobota, w dzień targowy, 3 km od Iszkaszim, odbywa się rynek (bazar, market, targ, rynek, rinok – niepotrzebne skreślić). No może nie co sobota, tylko prawie co sobota, bo czasem jest odwoływany, gdy sytuacja w regionie jest niespokojna i granica jest zamykana. Bo to rynek nie byle jaki, tylko transgraniczny. Odbywa się na ziemi niczyjej, pomiędzy dwoma budkami granicznymi (tadżycką i afgańską), choć technicznie już po afgańskiej stronie rzeki granicznej Panj (bardziej swojsko, po słowiańsku, wymawianej jako Pjandż). I co najważniejsze – nie trzeba mieć wizy afgańskiej, żeby wziąć w nim udział. Czyli prawie Afganistan. Wystarczy paszport, który wręcza się (z obowiązkowym uśmiechem) pilnującym mostu tadżyckim żołnierzom. Żołnierze paszporty rekwirują na czas pobytu na targowisku (mają przynajmniej jakąś rozrywkę – mogą pooglądać zdjęcia, wizy, pobawić się w wymawianie nazwisk…), a my przekraczamy graniczną rzekę i wkraczamy w to handlowe skrzyżowanie kultur.

Dużo towarów się tam się nie krzyżuje, ot rynek pewnie mniejszy od tych odbywających się w miastach powiatowych. A towary to głównie tekstylno-plastikowa chińszczyzna (choć parę lokalnych „perełek” też można znaleźć, np. afgański second-hand po, jak się domyślamy, wojskach koalicji). Najważniejsze jest tam krzyżowanie się ludzi (bez skojarzeń proszę, i to zarówno tych związanych ze słowem na „s” i tych związanych z „Golgota picnic”)… Kulturowe krzyżowanie się mieszkańców Afganistanu i Tadżykistanu, z bardzo niewielką domieszką białych turystycznych buł (no może nie wszystkie buły były białe – podróżowali z nami dwaj Singapurczycy, Andi i Azar – z kronikarskiej uczciwości nadmieniam, że część zdjęć użytych w niniejszym wpisie jest ich autorstwa). I dla obserwowania epatujących mądrością życiową (w niektórych przypadkach „prawie mądrością”) twarzy warto afgański rynek odwiedzić (no i oczywiście również dla „prawie bycia w Afganistanie”).header3

 

Żołnierze strzegący mostu do ziemi niczyjej (czyli ziemi targowej)

Żołnierze strzegący mostu do ziemi niczyjej (czyli ziemi targowej)

targ2xxx targ3xxx targ4xxx targ5xxx targ7xxx

Nasi singapurscy przyjaciele w trakcie skomplikowanego procesu negocjacyjnego (w który zostały zaangażowane nawet władze)

Nasi singapurscy przyjaciele w trakcie skomplikowanego procesu negocjacyjnego (w który zostały zaangażowane nawet władze)

Prawie jak sportsmieny

Piękne graniczne krajobrazy z drogi Duszanbe-Chorog utwierdziły w nas w przekonaniu, że tak łatwo tego prawie Afganistanu nie odpuścimy. Afganistanu, a raczej widoków na niego. Z Iszkaszimu zdecydowaliśmy się ruszyć w głąb dzielonej przez Tadżykistan i Afganistan Doliny Wachanu. Po obu stronach granicznej rzeki biegną drogi, przy czym po stronie bogatszego Tadżykistanu jest to „droga”, na wielu odcinkach wręcz pokryta prawie asfaltem, a po stronie biednego Afganistanu „prawie droga”, czyli polna ścieżka. Nasza „droga” doprowadziła nas do wioski Darszaj, z której mieliśmy zamiar wyruszyć na kilkudniowy trek doliną rzeki Darszaj, w stronę lodowca.

W stronę Darszai...

W stronę Darszai…

aaa

Sympatyczni rolnicy wachańscy, którzy sami poprosili o zrobienie zdjęcia. Jako że do rolnictwa mam sentyment, to nie dałem się długo prosić…

Trek zaplanowaliśmy wspólnie z naszymi sympatycznymi Singapurczykami. To znaczy my planowaliśmy, a oni prawie planowali, czyli kiwali głowami. W pewnym momencie przestali kiwać i stwierdzili, że oni są bardzo wolni i potrzebują osiołka do niesienia plecaków (a w sytuacji skrajnego zmęczenia również niesienia Singapurczyka). A jak osiołka, to może i przewodnik by się przydał…

Jakby ktoś nie wiedział - osioł wygląda następująco:

Jakby ktoś nie wiedział – osioł wygląda następująco:

W tym miejscu powinno się znaleźć zdjęcie miny mojej i Piotrka, gdy to usłyszeliśmy (niestety paparazzi zaspali). Nie po to w Himalajach obywamy się bez tragarzy, żeby w jakimś Pamirze osiołka męczyć! I swą podróżniczą godność kalać! Jakby to na blogu wyglądało, że my z osiołkiem, w góry? I może jeszcze z przewodnikiem?! Nie po to zdobywaliśmy stare radzieckie mapy, żeby zdawać się na przewodnika. Idziemy sami, bez osiołka! Singapurczycy zrezygnowani kiwnęli głową (znaczy głowami, każdy swoją).

Nocleg przed rozpoczęciem treku spędzaliśmy w wiosce Darszai, w prawie gospodarstwie turystycznym prowadzonym przez nauczyciela historii Kubeika, jego żonę i ojca.

Kubeik: A osła wam nie nada? Haroszewa donkeja? (następny z osłem wyskakuje)

My: No nie nada…

Kubeik: A wy szto, sportsmieny?

My: No niet, ale nie nada…

Kubeik: A gida toże nie nada?

My: Niet, my chotim sami…

Kubeik: Oj, riebiata, zajebioszsja…

Pełni energii, natchnieni dobrym słowem od Kubeika, następnego ranka wyruszyliśmy na trek. Nocleg zaplanowaliśmy w opuszczonej jurcie, która miała znajdować się 6-7 godzin marszu od wioski, z której wyruszaliśmy. No i znajdowała się… prawie. Bo zanim tam dotarliśmy to:

– jeden z naszych sympatycznych kolegów Singapurczyków nie czuł się zbyt pewnie na jednym z odcinków trasy, więc musiał się posiłkować pomocną dłonią Piotrka…,

– plecak Singapurczyków okazał się bardzo ciężki, w związku z czym potrzebne były pomocne plecy Piotrka…,

– ścieżka na zboczu góry nagle zaczęła nam się usuwać spod nóg, w związku z czym trzeba ją było na nowo budować (i żeby nie było – moje pomocne ręce i nogi też tu się przydały, a i jeden z Singapurczyków pomagał)…,

– nasi przyjaciele rzeczywiście okazali się woooolni…,

– słońce paliło niemiłosiernie…

W związku z powyższym do opuszczonej jutry dotarliśmy po 11 godzinach, gdy słońce chyliło się już ku zachodowi. A chyliło się dość wcześnie, bo znajdowaliśmy się w wąwozie zamkniętym od wschodu i od zachodu górami.

Pomocna dłoń Piotrka

Pomocna dłoń Piotrka

A tak właśnie wyglądał trek

A tak właśnie wyglądał trek

trek1xxx trek2xxx trek3xxx OLYMPUS DIGITAL CAMERA OLYMPUS DIGITAL CAMERA OLYMPUS DIGITAL CAMERA OLYMPUS DIGITAL CAMERA OLYMPUS DIGITAL CAMERA OLYMPUS DIGITAL CAMERA OLYMPUS DIGITAL CAMERA OLYMPUS DIGITAL CAMERA

W prawie opuszczonej jurcie

W jurcie było prawie czysto, była przestronna i co najważniejsze – znajdowało się w niej palenisko (idealne, żeby zagotować wodę na kolację i się ogrzać – bo po tym jak się słońce ostatecznie schyliło ku temu zachodowi, upał zmienił się w prawie upał, czyli 7 stopni Celsjusza). Nazbierałem drewna, Piotrek bez problemu wzniecił ogień pokrzykując „Jestem królem ognia, jestem królem ognia” (historia Króla Ognia tutaj). Ja jego skłonność do palenia wszystkiego nazwałbym raczej piromanią, ale niech mu będzie…

Szczęśliwi, że zaraz będziemy mogli się wziąć za przygotowywanie kolacji, zaczęliśmy rozglądać się za wodą. Nagle do naszej jurty wparowała 3-osobowa rodzinka: mały chłopiec z ciemną twarzą – od brudu, a nie od karnacji (no dobra, sami za czyści nie byliśmy…), bezzębna kobieta (ok, przyznaję się, sam mam ubytek) i mężczyzna o pucułowatej twarzy (o nie, pucułowatej twarzy nie dam sobie wmówić! Prawda, że nie mam pucułowatej twarzy?).

Mężczyzna, jako przewodnik stada oznajmił, że są pasterzami, kilkaset metrów stąd jest jego prawdziwe stado (czterysta owiec), a oni przychodzą tutaj sobie gotować. I że teraz będą gotować kolację… No i przez następną godzinę gotowali… Korzystając nie tylko z wznieconego przez nas ognia, ale także zużywając zebrane przez nas drewno. Trzeba im przyznać, że poza tym byli bardzo mili, zarzucali nas pytaniami i opowieściami. I zarzucali, i zarzucali… A my marzyliśmy o tym, żeby sobie poszli i pozwolili nam przygotować sobie kolację i pójść spać. W końcu, prawie wypychani, wyszli, przedtem wskazując nam źródło (w sensie rzeczkę), z której mogliśmy wziąć czystszą niż w głównej rzece wodę.

Z powrotem rzuciliśmy się w wir pracy, na nowo zbieranie drewna (z latarką), gotowanie wody… No właśnie, woda… Woda okazała się prawie czysta. To znaczy kolor miała odbiegający od przezroczystości, w dodatku pływały w niej różnego rodzaju (wolę nie wiedzieć jakiego) drobiny. Niewiele pomogło filtrowanie jej przez ręcznik (kilkakrotne). Zdesperowani uznaliśmy, że trudno, woda jaka jest każdy widzi, zagotuje się ze dwa razy i do zupki chińskiej będzie jak znalazł. No więc rozpoczęliśmy gotowanie. Woda gotowała się, gotowała i jeszcze trochę gotowała, ale upragnionych bąbelków oznaczających wrzątek nie było. Ba, nawet prawie bąbelków nie było… Prawie płacząc (prawie…!) podjęliśmy heroiczną decyzję – zupek chińskich i czaja dziś nie będzie – zadowolimy się prawie świeżym chlebem i prawie smacznym tuńczykiem z puszki. W poczuciu klęski poszliśmy spać (nie umywszy nawet zębów po tuńczyku… Ale niby w czym mieliśmy umyć?).

Nasza prawie 5-gwiazdkowa jurta...

Nasza prawie 5-gwiazdkowa jurta…

Prawie zagotowana woda...

Prawie zagotowana woda…

Droga Mleczna nad prawie naszą jurtą

Droga Mleczna nad prawie naszą jurtą

Ranek powitał nas pięknym słońcem i jeszcze piękniejszymi widokami. Ożywieni zapytaliśmy Singapurczyków, czy idziemy dalej na lodowiec. Na szczęście odpowiedzieli „Nie ma mowy, nie mamy sił” i mogliśmy z czystym sumieniem wracać do Darszai (oczywiście my bardzo chcieliśmy iść, ale jak tu zostawić przyjaciół w potrzebie, przecież nie daliby rady sami wrócić).

Tak więc do lodowca doszliśmy prawie. Gdyby ktoś miał ochotę przejść podobną trasę, to poniżej kilka mapek. A gdyby udało się dojść do lodowca, dajcie proszę znać, jak było.

Copyright: Armia Czerwona

Copyright: Armia Czerwona. Darszai jest przy prawej krawędzi mapy w siódmym kwadraciku od dołu. Wzięliśmy i wydrukowaliśmy w Chorogu w formacie A3. Pomogło.

Start: za mostem przy tablicy informacyjnej (36°47’56.3”N 71°59’54.3”E). Początek może być trudny. Na pierwszym rozdrożu idziemy w prawo. Potem już będzie łatwiej. Idziemy cały czas po prawej stronie rzeki (szlak trudno zgubić). Po dwóch godzinach dochodzimy go groźnie wyglądających półek skalnych, a godzinę później do mostu. W tym miejscu szlak przechodzi na drugą stronę rzeki. Po pewnym czasie przecinamy kilka strumieni i dochodzimy do skalnych fundamentów. Mniej więcej od tego miejsca można rozbijać obóz. Ok 2h dalej znajduje się jurta (3417mnpm) 36°53’42.3”N 71°54’24.2”E

Droga powrotna okazała się przyjemniejsza niż ta z dnia poprzedniego – żadne ścieżki nam się spod nóg nie usuwały, znaleźliśmy źródełko z naprawdę czystą wodą, wzięliśmy kąpiel w lodowatej rzece – sielanka. I nawet widoki na horyzoncie nam sprzyjały – w oddali majaczyły szczyty Hindukuszu. Nazwa tego pasma górskiego oznacza „zabójca Hindusów” – o mojej sympatii do Hindusów już pisałem tu i tu (nie to, żebym komuś życzył śmierci, ale jakoś przyjemniej się robiło patrząc…).

I pomyśleć, że w tej prawie ciepłej wodzie kąpaliśmy się, żeby zmyć z siebie brud dnia poprzedniego

I pomyśleć, że w tej prawie ciepłej wodzie kąpaliśmy się, żeby zmyć z siebie brud dnia poprzedniego

Prawie robi różnicę?

Do Afganistanu właściwego nie wjechaliśmy. Żeby to zrobić, trzeba było 3 rzeczy: odwagi (nawet jeśli w afgańskim Korytarzu Wachańskim jest bezpiecznie, to bardziej chodzi o przełamanie psychologicznej bariery), pieniędzy (wiza afgańska i transport na miejscu są bardzo drogie) i czasu (no bo jak już się zainwestuje, to szkoda byłoby jechać tylko na kilka dni). Odwaga była, pieniędzy trochę szkoda, tym bardziej, że po Tadżykistanie chcieliśmy jeszcze pobyć trochę na kirgiskiej wsi. Decydujące było jednak to, że z naszego „prawie Afganistanu” (czyli tadżyckiej strony Doliny Wachanu) byliśmy bardzo zadowoleni. I obstajemy przy tym, że tym razem trawa była bardziej zielona po naszej stronie płota!

***

Kuibek: I kak sportsmieny, do liednika daszli?

My: No prawie, daszli do jurty. 11 czasow szli…

Kubeik: Oj riebiata, Wy nie sportsmieny, Wy spiritsmieny…

I na stole pojawiła się ciepła wódka…

(2111)

17 odpowiedzi do artykułu “Prawie jak w Afganistanie

  1. PJ

    najbardziej mi się podoba zdjęcie sześcionożnego osła… a może to powstaje ośla stonoga??

  2. PJ

    z drugiej strony może ta kamienna lawina, jakże niebezpiecznie wyglądająca, jest ciekawsza od osiołka… gratuluję odwagi kamerzyście, ręka nie drgnęła mimo niebezpieczeństwa!

  3. AmmA

    Zdjęcie, na którym widać Was wędrujących po ścieżce z patyków, jest zarówno piękne jak i przerażające… Zostanie oprawione w ramki.

  4. vlade

    Wiadomo, że wam się woda nie zagotowała. Przecie się te fajerki zdejmuje 🙂

  5. Pawel B

    Czyli Kubeik wykrakał: zajebioszslitsja (czy jakoś tak;))

    Co do Twojej pucołowatej twarzy Paweł – to temat na zupełnie inną rozmowę;)

    1. Pawel Autor

      Zaimponowałeś mi znajomością koncówek rosyjskich (choć tak naprawdę to podejrzewam, że blefujesz) – ja mówię po polsku zaciągając i zakładam, że to już po rosyjsku…

      1. Pawel B

        oj tam, zaraz blefuje…każdy z nas, jak wiesz, ma w sobie coś z homo sovieticus;)

  6. księżniczka

    mnie nrawitsa! ale góry nie musieliście psuć psuje jedne 🙂

    1. Pawel Autor

      To góry chciały zepsuć nas, my się tylko broniliśmy…

  7. Pawel Autor

    Wpadliśmy na to (późno, bo późno, ale wpadliśmy). A woda i tak stawiała opór i nie chciała się zagotować…

  8. Milosz

    Hej,
    ostatnio czytałem z ciekawością wasz wpis na fly4free o Laosie, jako że sam byłem i odświeżałem sobie pamieć, a dziś o Tadżykistanie do którego się wybieram w połowie lipca. Tzn planuję zacząć od Kazachstanu potem Kirgistan, Tadżykistan, Korytarz Wachański, Duszanbe i pewnie Uzbekistan. Możecie dać jakichś parę wskazówek co do przemieszczania się i noclegów?
    Planuję zabrać tylko śpiwór, bez namiotu bo w górach raczej i tak nie miałbym gdzie spać, a zakładam że deszczu nie powinno być (dużo). Jedzenia na 3-4 dni zawsze kupię na zapas i będę sobie gotował w drodze.
    Ale jak tam się sensownie i niedrogo przemieszczać? Gdzie co jakiś czas się odświeżaliście i ładowaliście jakieś baterie?
    Każda rada będzie cenna.
    Pozdrawiam,
    Miłosz

    1. Piotrek

      Miłosz, dzieki za pytanie. Już się dzielimy:
      – transport publiczny w postaci marszrutek w kirgistanie jeszcze jako tako istnieje, choć np. na trasie biszkek-osz (2 najwieksze miasta) nie istnieje. Podobnie nie istnieje w tadzykistanie. Rozwiazaniem sa ‚szerowane taksowki’ albo autostop (chińskie tiry). Nastepny wpis bedzie wlasnie o tym jak pokonalismy trasę biszkek > osz > dushanbe > chorog > murgab > osz. juz się pisze 😉
      – spalismy z reguly w homestayach. W calym tadzykistanie jest dobrze zorganizowana siec homestayow. Listę ma PECTA w chorogu albo informacja turystyczna w murgabie. Listę mamy i my. daj znac czy Ci podeslac mailem. W homestayach w chorogu i okolicy nie ma problemu z pradem, natomiast juz w murgabie komorka laduje sie cala noc, a to i tak czesto nie do konca. niektore homestaye maja generatory / solary ktore wspomagaja ‚miejską siec’. Biszkek, duszanbe i osz maja sensowne hostele. Co do namiotu to w kirgistanie jest to zdecydowanie dobry pomysl, natomiast spanie pod golym niebiem np. w wachanie moze byc wyzwaniem – temperatura w nocy spada do ok 5 stopni. Pasterskie jurty moga btc wtedy sensowna opcja.
      – z jedzenia prawie wszedzie dostaniesz samsy / samosy za grosze, lepioszkę (chleb) tez za grosze i ‚hotdogi’. zaskakujaco prawie wszedzie są tez snickersy (nawet niedrogie). W Tadzykistanie przygotuj sie na rozstroj zoladka 🙂

      mamy nadzieje ze pomoglismy. wiecej info praktycznych w kolejnym wpisie 🙂

  9. Milosz

    Dzięki za odpowiedź. 🙂
    Najbardziej mnie właśnie ciekawi sposób pokonania trasy Osz – Murghab – Chorog – Duszanbe, bo wiem że nic tam nie kursuje w formie regularnej komunikacji. Albo będę więc szukał kogoś z kim mogę sensownie podzielić koszt albo nastawię się na łapanie stopa.
    Jakie ceny były tych kwater prywatnych mniej więcej? Zaraz wam podeślę wiadomość na priv z mailem i prośbą o listę.
    Namiotu chyba targać jednak nie będę, wezmę taki śpiwór w którym przy ok 5C może dam radę wytrzymać. 😀 Tym bardziej jeśli to tylko kilka nocy by było. W jakim miesiącu byliście? Może lipiec-sierpień będą wyjątkowo ciepłe.
    W jurtach pasterskich można na jakich warunkach przenocować?
    Jeszcze pytanie co do wiz, czy wyrabialiście na miejscu? Jeśli tak to gdzie i ile musieliście czekać?
    Ja w Almaty planuję wyrobić już do Tadżykistanu, w Tadżykistanie spróbuję dostać uzbecką, a w Uzbekistanie może mi się uda załatwić tranzyt przez Turkmenistan i wizę irańską. Tylko jeśli oczekiwanie będzie bliskie 10 dniu to też średnia sprawa.

    1. Pawel Autor

      7 osobowy samochod murgb-osz kosztuje ok 200-250$. To najtrudniejszy kawalek jesli chodzi o chetnych. Potem nie ma problemu z zapelnieniem samochodu. Najlepiej juz dzis napisac na jakichs forach ogloszenia.
      Wize tadzycka wyrobilismy w biszkeku w 15 minut. Wiekszym problemem jest gbao permit. Gdy my wyrabialismy byl z nim problem, teraz sytuacja chyba sie normuje. Najlepiej sledzic fora na caravanistan.com albo horizon unlimited. Co do innych wiz to sie nie wypowiadamy bo nie wyrabialismy. Noclegi w hs kosztuja ok 10 usd za noc (bez wyzywienia, ktore mozna dokupic za 2$ sniadanie i 4$ kolacja). A jurty jesli wolne, zajmujesz i rano zwalniasz byle tylko zgodnie z zasada ‚leave no trail’ a jesli zajete to sie usmiechasz i prosisz o nocleg 🙂

  10. Milosz

    Jest zatem wg. was sens korzystać w takich odludnych miejscach z homestay skoro ani telefonu nie naładuję a i pewnie z ciepłym prysznicem jest różnie?
    Robiliście jakieś mniejsze lub większe trekkingi gdzieś w Pamirze?

    1. Piotrek

      Miłosz, telefon naladujesz, tylko zajmie to duzo czasu. Prysznica pewnie nie wezmiesz, ale ciepłą banię Ci wszędzie zrobią 🙂

  11. Pingback: Pyot i Pablo w pamirskim kinie drogi cz. II | NasiGoreng.pl