NasiGoreng.pl

Pyot i Pablo w pamirskim kinie drogi cz. II

feat 1

Zobacz, co się wydarzyło w poprzednich odcinkach

S02E01: Deathproof (czyli Duszanbe – Chorog)

Z głośników aut zaparkowanych na „stajance taxi w Charog” (która znajduje się tutaj: 38°33’34.3’’N 68°48’42.5’’E) dobiega znajomy głos. Podróżnikom chwilę zajmuje zidentyfikowanie autora. Oczywiście podróżnikom polskim, bo Singapurcy nie wiedzą nawet, że jest kogo identyfikować. Toż to Jurij Szatunow, ten od biełych jeroz, tym razem śpiewa o szarej nocy, w której to nie potrafi gapa powiedzieć swojej ukochanej, że ją kocha i w konsekwencji na zawsze traci szansę, by z nią być. Pyot i Pablo domyślają się, że z Jurim w Pamirze spotkają się jeszcze niejednokrotnie. Singapurcy nadal nie wiedzą o co kaman.

Poznawszy dnia poprzedniego zasady działania systemu taksówkowego do Chorog, wytrawni podróżnicy dziś działają precyzyjnie, chłodno i bez chwili zawahania. Przychodzą wcześnie rano, tak koło 6, bo wiedzą już, że chętnych jest więcej niż dostępnych samochodów. UAZów i Ład Niva już na tej trasie nie ma. Królują terenówki albo vany z podniesionym podwoziem. Podróżnicy wiedzą już, że miejsce w bardzo dobrych maszinach kosztuje 350 somoni (70$!), a w po prostu dobrych (czyli wszystkich pozostałych) o 10$ mniej. Targować się oczywiście nie zamierzają. Dzień wcześniej zamierzali, ale próby targowania spotykały się z pobłażliwą reakcją ze strony kierowców. „Riebiata, rozejrzyjcie się. Na wasze miejsce chętnie przyjdzie dziesięciu innych i zapłaci dokładnie 300”, mówili. Dzień wcześniej podróżnicy dowiadują się także, że kierowcy wcale nie upychają zbyt wielu osób do samochodów, chyba że są to dzieci. Obowiązuje logika, że jedno dziecko = ¼ dorosłego, czyli na jedno „dorosłe” miejsce upycha się czwórkę dzieci.

Podróżnicy wybierają maszinę (tak im się tylko wydaje, tak naprawdę to kierowca łaskawie zgadza się wybrać ich na swoich pasażerów) i zajmują najlepsze miejsca. Najlepsze są te z przodu albo w rzędzie środkowym koniecznie z prawej strony (dla widoków). Unikają jak ognia sąsiadowania z miejscem wypełnionym czworgiem dzieci. Po zajęciu najlepszych możliwych siedzeń udają, że nie rozumieją próśb przebiegłych pomarszczonych staruszek albo szczwanych matek z noworodkami na rękach, które przychodzą później, ale oczywiście chcą siedzieć na ich miejscach. Nie idą też kupić sobie przed odjazdem snickersika, bo wiedzą, że po powrocie ich miejsca będą już rozgrabione.

wybrana maszina - Mitsubishi SpaceWagon w wersji offroad

wybrana maszina – Mitsubishi SpaceWagon w wersji offroad

Droga zajmuje im kilkanaście godzin (a dokładnie 14h) i w sumie jest mniejszym hardkorem niż się spodziewali (choć hardkorem zdecydowanie jest). Jadą przez Kulob (krótsza północna trasa podobno jest nieprzejezdna). To za tym miasteczkiem zaczynają się góry i najpiękniejsze widoki. Podróżnicy są zaskoczeni ilością asfaltu, ale cieszą się też jak dzieci, widząc na trasie prawdziwe szutry. Większość czasu jadą mając z lewej ścianę gór (tak wysoką, że siedzący z lewej w zasadzie nic nie widzą), a z prawej graniczną rzekę Pjandż, spienioną i wściekłą.

Rzeka Pjandż byłaby rajem dla fanów raftingu – myśli Pablo – rajem pełnym rapidów klasy 5, gdyby nie fakt, że jest rzeką graniczną i mało kto jest zainteresowany jej udostępnianiem do celów raftingu. Może to i dobrze – myśli Pyot, bo jako wytrawny górski kajakarz (o jego sukcesach w tej dyscyplinie sportu można przeczytać tutaj) boi się nawet patrzeć na te rapidy, a sama myśl, że miałby się tam znaleźć w tratwie raftingowej albo, co gorsza, w kajaku sprawia, że kuli się w sobie i zaczyna ssać kciuk.

Rzeka Pjandż z daleka i w promieniach zachodzącego słońca wygląda nawet dość spokojnie. Nie daj się zwieść, to tylko złudzenie

Rzeka Pjandż z daleka i w promieniach zachodzącego słońca wygląda nawet dość spokojnie. Nie daj się zwieść, to tylko złudzenie

Tymczasem w Afganistanie

Tymczasem w Afganistanie

Przychodzi zmrok. Kierowca (którego nazwali Szaleńcem) nie włącza świateł i gna dalej w najlepsze, krzycząc „światła jebut”. Wytrawni i zapobiegliwi podróżnicy przy pomocy własnych latarek sami odgrywają rolę świateł. Pod koniec trasy są zgodni, że innym podróżnikom przydadzą się w Pamirze stalowe nerwy, bo hamulce też mogą jebutnąć, tylko nie tak jak im już na miejscu w Chorogu, ale np. na zakręcie 30 metrów nad jednym ze wściekłych pjandżańskich rapidów.

A już w samym Chorogu podróżnicy trafiają na Żannę w świetnie zorganizowanej informacji turystycznej PECTA i otrzymują od niej cenne rekomendacje odnośnie trekkingów i transportu w Pamirze. Od Żanny dostają także sowieckie mapy i listę homestayów w całym Pamirze. Wypożyczają też od niej sprzęt campingowy. Wypożyczają oczywiście Singapurcy, Pyot i Pablo od wyjazdu z Polski targają ze sobą namiot, dwa śpiwory i dmuchane maty i cieszą się jak dzieci, że wreszcie po sześciu miesiącach użyją ich po raz pierwszy (!) Jednak jeszcze wtedy nie wiedzą, że nie użyją… Gdy się dowiedzą, zawyją ze złości.

S02E02: Zbrodnia i kara (czyli Chorog – Iszkaszim)

W tym odcinku droga okazuje się dla wytrawnych podróżników małym miki z dwóch powodów. Ledwie 2-3 godzinki drogi („pfff, to prawie jak z Kabat na Domaniewską w porannym szczycie” rzuca Pyot), a do tego za grosze (każdy płaci 6$). Samochodów na stajance (którą znajdują na południe od głównej stajanki taksi, o tutaj: 37°29’17.4’’N 71°32’17.2’’E) jest w bród, bo to sobota jest, czyli dzień dyszla na granicy tadżycko-afgańskiej. Afgan market (o którym więcej tutaj) okazuje się dla całego regionu prawdziwym eventem, a dla podróżników najlepszą okazją, żeby tanio i stosunkowo łatwo dostać się nawet do odległych wiosek w Dolinie Wachańskiej (np. do Darszaj za 3$), do których normalnie NIC nie jeździ, a w sobotę dla odmiany jeżdżą WSZYSCY.

A sama jazda nie może być bardziej międzynarodowa. Jadą koreańskim Hyundajem Galloperem. W środku Tadżycy, Polacy, Singapurczycy i Afgańczycy. Z kaset leci Italiano Vero śpiewane w hindi. Singapurcy dyskutują z kierowcą Tadżykiem o przebojach Shahrukh Khana (indyjskiego Michaela Jacksona). Pozostali pasażerowie czerpią mineralkę z domu zdrojowego pobliskiego sanatorium pamiętającego najlepsze radzieckie czasy.

Jadąc dalej podróżnicy wspominają poznanego dzień wcześniej Tajwańczyka, którego jednak dziś z nimi nie ma. Myślami przenoszą się 24h wstecz…

Flashback…

Słysząc, że nasi wytrawni podróżnicy trasę z Duszanbe pokonali vanem, a nie terenówką tak jak on, Tajwańczyk nieopacznie kwituje to słowami: „Serio, vanem do Pamiru? Co to za GŁUPI pomysł???” Podróżnicy zdają się potwarzy nie zauważać.

Ale nie. Jeden zauważa. Tej nocy Pyot nie zmruży oka. Knuje. Przerzucając się z boku na bok, obmyśla najdrobniejsze szczegóły zemsty. Rano wtajemnicza Pabla. Operacja Honor polega na precyzyjnym wyjściu z homestaya bez budzenia zarozumiałego Tajwańczyka, za to przy jednoczesnym niewtajemniczaniu Singapurców, ale zadbaniu, by Tajwańczyka jednak nie obudzili, mimo że wyraźnie o to prosił przed snem (bo chce jechać z nimi do Iszkaszim). Machiavelliczny plan działa. Wtajemniczeni i niewtajemniczeni operację wykonują perfekcyjnie, zapewne dzięki sile przenikliwej intrygi.

Wszyscy są szczęśliwi, tylko Pyot całą drogę zastanawia się, czy Tajwańczyk domyślił się, za co spotyka go kara i czy w ogóle się zorientował, że go spotyka…

S02E03: Zagubiona autostrada (czyli Chorog – Murgab)

Panowie idą na główną stajankę taksi ok 8:00 rano i wybierają maszinę. W porównaniu z „łapaniem” taksówki do Chorog w Dushanbe, tutaj role są odwrócone, bo tym razem to samochodów jest więcej niż ludzi. Do wyboru mają terenówki albo chińskie busiki przypominające wysokie Cinquecento. Wybierają Mitsubishi Pajero kierowane przez Salebaja. Każdy z nich płaci sympatyczne 120 somoni (24$).

Samochód zapełnia się odebraną ze szpitala jęczącą Kirgizką świeżo po cesarce, jej świeżo urodzonym synkiem trzymanym przez babcię, która dziecko traktuje jako wymówkę do cichej ekspansji przestrzennej, w wyniku czego cierpią Singapurcy. Jest też dziadek, którego rola sprowadza się do podawania noworodka babci. I tak sobie jadą wszyscy wesoło przez pamirski płaskowyż oscylujący wokół 4 tysięcy mnpm.

Pajero okazuje się wyjątkowo sprawne (są hamulce, są światła), gdyby nie liczyć, że co godzinę muszą się zatrzymywać, żeby silnik się chłodził, bo „na tej wysokości woda gotuje się w temperaturze 60 stopni” jak orzeka znany tadżycki fizyk Salebaj.

o wilku mowa

o wilku mowa

sceneria Pamir Highway - na początku jest niemal alpejsko - zielone doliny, obfite pastwiska i ośnieżone wierzchołki. A potem z każdą godziną robi się bardziej surowo, bezludnie i pustynnie...

Sceneria Pamir Highway: na początku jest niemal alpejsko – zielone doliny, obfite pastwiska i ośnieżone wierzchołki. A potem z każdą godziną robi się bardziej surowo, bezludnie i pustynnie…

Aż w końcu po ok 8h na Pamir Highway wjeżdżają do miasteczka niepodobnego do żadnego miasteczka, jakie do tej pory widzieli. Murgab przypomina im raczej znane z Gwiezdnych Wojen wioski na Tatooine.

Polacy i Singapurcy 10 minut przed majaczącym w oddali Murgabem

Polacy i Singapurcy 10 minut przed majaczącym w oddali Murgabem

A oto cały Murgab

A oto cały Murgab

2-11_1

2-12_1

"przedmieścia" Murgab

„przedmieścia” Murgab

S02E04: Znikający punkt (czyli Murgab – Karakul – Kyzyl Art)

Trasa z Murgab przez Karakul do granicy kirgiskiej w Kyzyl Art okazuje się wyjątkowa z kilku powodów. Przebiega przy samej granicy z Kitajem, co jest dla Salebaja wystarczającym powodem do antykitajskich tyrad. A to, że jobani Kitajce rozjeżdżają pamirskie drogi swoimi 60t potworami („a drogi te udźwigną co najwyżej 25t”, orzeka znany tadżycki inżynier Salebaj), a to że nie mają żadnej religii („jak to tak, boga w sercu nie mieć?”, dziwuje się znany tadżycki teolog Salebaj), a to, że jedzą niechlujnie („jak my byśmy tak jedli jak Kitajce, dawno byśmy wymarli na dezynterię”, rzecze znany tadżycki epidemiolog Salebaj).

rzeczone kitajskie 60t potwory

rzeczone kitajskie 60t potwory

Kamera wraca na trasę. A tu… w zasadzie nic się nie dzieje. Ruch samochodowy na tym odcinku nie istnieje. Po drodze mijają jedynie rowerzystów i motocyklistów z „Zachodu”. Innego samochodu nie uświadczają. Są sami na tej pustyni (chyba, że liczyć jaki i świstaki). Znikający punkt. Bardzo chcą, żeby w samochodzie jednak nic im tym razem nie jebutnęło.

czapki z głów (choć tylko symbolicznie, jeśli nie chce się dostać udaru słonczenego)

czapki z głów (choć tylko symbolicznie, jeśli nie chce się dostać udaru słonczenego)

fauna Pamiru

Fauna Pamiru

4-4_1

4-3_1

Salebaj, człowiek wielu talentów, jak się okazuje, ma jeszcze jeden talent, a mianowicie siostrę w Karakul, przez co proponuje im, że trasę Murgab-Osz (łącznie ponad 10h) pokonają w dwóch odcinkach z noclegiem w Karakul nad wyjątkowo urokliwym jeziorem o nazwie… Karakul. Normalnie kierowcy za taką przyjemność dodatkowo „czardżują” turystów. Salebaj o pieniędze nie prosi. Nasi podróżnicy poniższe zdjęcia wykonują więc w zasadzie dzięki dobremu Salebajowi.

Po lewej stronie majaczy jezioro Kara Kul

Po lewej stronie majaczy jezioro Kara Kul

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

A oto Karakul, czyli Mały Murgab (choć już Murgab jest mały)

A oto Karakul, czyli Mały Murgab (choć już Murgab jest mały)

4-10_1

"szos" tuż za Karakul

„szos” tuż za Karakul

Ale zanim trafiają do Karakul, przecinają przełęcz Ak-Bajtał na wysokości, bagatela, 4655 mnpm i oto znajdują się w najwyższym miejscu w swoich dwóch polskich i dwóch singapurskich życiach.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

A żeby ten moment nie trwał za długo, decydują się wdrapać na pobliską skałę na wysokość dokładnie 4757mnpm i oficjalnie biją ponownie swoje życiówki. A co to jest za wspin! Zaczynają na 4655 mnpm. Mija 30 minut. Podróżnicy są… 2 metry wyżej. Brakuje im powietrza. Andi chce wracać. Pyot i Pablo go nie puszczają (bo przecież lepiej się nie rozdzielać na tej wysokości bez łączności radiowej!) Każdy krok to mordęga. Ledwo powłóczą nogami. Centymetr za centymetrem. Decymetr za decymetrem. Świstaki plączą im się pod nogami, utrudniając wspin. Skrzydła orłów (a może kondorów, sami już nie rozpoznają w tym skrajnym wycieńczeniu) ocierają się o ich głowy, także utrudniając wspin. Ale co wytrawni podróżnicy, to wytrawni podróżnicy. W końcu umęczeni dochodzą na szczyt. Orzekają, że było warto i… robią jaskółki ;]

strategie wspisu były różne, ale głupie miny zdecydowanie pomagały każdemu

strategie wspinu były różne, ale głupie miny zdecydowanie pomagały każdemu

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

tak wygląda świat na wysokości 4757 mnpm

tak wygląda świat na wysokości 4757 mnpm

4-17_1

jadą dalej...

jadą dalej…

Po zejściu nasi podróżnicy dochodzą do wniosku, że organizmy źle znoszące wysokość powinny być tu szczególnie ostrożne – wjeżdżając do Pamiru nie przez Duszanbe ale przez Karakul właśnie, łatwo o chorobę wysokościową (jednego dnia wjeżdża się bowiem z 900 mnpm w Osz na ponad 4500mnpm).

Granicę przekraczają w Kyzyl Art, a Salebaj, człowiek wielu talentów, wszystkie sprawy permitowo-paszportowe załatwia z celnikami za nich. Trafiło im się.

S02E04: Finał, czyli droga Kyzyl Art – Osz

Wkrótce po przekroczeniu granicy, jeszcze przed kirgiskim Sary Tash, zaczyna się dla nich inny świat. Pamirskie pustkowie ustępuje licznym jurtom, „zjobana” pamirska droga świetnej równej kirgiskiej szosie z narysowanymi pasami, pamirskie surowe szarości i płowe góry kirgiskim zielonymi bogatym dolinom, szemrzącym krystalicznie czystym strumykom i koniom pasącym się na obfitych pastwiskach. „Dajechali”, stwierdza Salebaj.

Kirgiski "szos"

Kirgiski „szos”

5-2_1

5-3_1

Salebaj żegna ich 3km przed Osz (bo do centrum Osz bez specjalnego permitu nie może wjechać), wsadzając ich do taksówki, którą sam opłaca. Czule żegnając się, wciska im karteczkę ze swoimi trzema numerami telefonu: tadżyckim +992 93 534 24 39 i kirgiskimi +996 771 054 215 oraz 771 01 70 773, prosząc by polecali go podróżnikom chcącym Pamir przemierzyć masziną, a nie rowerem.

Podobno do dziś z całego serca polecają.

Kurtyna!

Owacje!

***

I tak, wychodząc już z filmowej narracji i kończąc te samochodowe podróże, muszę przyznać, że w tle tych wszystkich nut biełych roz, brothera Lui Lui Lui i niezrozumiałych hitów uzbeckich znów w głowie kołacze się swojska i nieśmiertelna Urszula Sipińska śpiewająca „Wstęgą szos…”, tym razem na pożegnanie. Skończyły się bowiem kraje lądowe. Kolejny przystanek to wyspowa i morska Indonezja. Czas poznać szanty…

Ale to dopiero po krótkich odwiedzinach na ojczystej ziemi…

(1219)

8 odpowiedzi do artykułu “Pyot i Pablo w pamirskim kinie drogi cz. II

  1. xhoklas

    Pyot, chylę czoła, tj. well done, fajny post na zakończenie etapu lądowego, krytyka okazała widać mobilizująca dla fotografa:-)

  2. Piotrek Autor

    Dziekuje Jokli, takze za slowa uznania dla zdjec. Bo to ja wiekszosc robilem 🙂

  3. Kata

    Dzięki temu postowi odkryłam, że Jurij Szatunow ma tylko 40 lat!!! Obstawiałam raczej, że to już dziadek z dłuuuugą brodą 🙂

    1. Piotrek Autor

      Mnie też to zaskoczyło! My, mając naście lat, pękaliśmy z dumy nad zdaną maturą, a nastoletni Jurij był największą gwiazdą d. bloku sowieckiego!

  4. Pingback: Ucieczka z Akademii Ćwoków | NasiGoreng.pl