NasiGoreng.pl

Z powrotem w domu

head2Uff, jak ciężko zacząć pisać. No może nie zacząć, ale pisać z powrotem. Jest północ, leżę na twardym materacu w hotelowej klitce, klimatyzator głośno pracuje, wokół pracują bezlitosne komary próbując wysączyć trochę krwi z mojego ciała, słychać, że na ulicy powoli kończą pracę obwoźni kucharze. A moja głowa pracować jakoś nie chce, z uporem godnym co najmniej osła (miałem napisać z uporem godnym buraków próbujących po raz kolejny spalić tęczę na warszawskim Placu Zbawiciela, ale gryzło mi się to ze słowem „godny”) odmawia stworzenia kolejnego wpisu. A już by wypadało (co może ma mniejsze znaczenie, bo od kiedy robię to co wypada?), a już by się chciało… No dobra, jakoś dam radę, „popchnę” tego posta („Pchamy! Pchamy! Pchamy!”), tylko trzeba zacząć od początku (a raczej tam, gdzie skończyliśmy)…

Z powrotem w domu I

Już wyruszając w styczniu w podróż wiedzieliśmy, że zrobimy sobie w lipcu „wakacje od wakacji”, czyli wrócimy na ok. 3 tygodnie do kraju tego, gdzie kruszynę chleba podnoszą z ziemi przez uszanowanie dla darów nieba. Z tym chlebem to ja nie tak zupełnie od czapy, bo z jedzenia chyba najbardziej w podróży brakuje mi polskiego pieczywa. A że trasa ułożyła nam się tak, że w lipcu byliśmy znowu w Stambule, czyli rzut beretem od Polski, to żal było nie skorzystać.

Pokazać się rodzinom, że żyjemy, że wszystkie kończyny na właściwych miejscach, skontrolować, czy jeszcze nas nie wydziedziczyli. Spotkać się z przyjaciółmi, udowodnić (jak trudne by to nie było), że słusznie za nami tęsknią, że spotkania bez nas na pewno nie są tak fajne jak z nami, że są ludzie niezastąpieni (Voila, oto my!). Pojawić się na kilku zaplanowanych imprezach, rozkręcić kilka nieplanowanych, skorzystać z tego, że pierwszy raz od dłuższego czasu (czyli studiów) jesteśmy kilka tygodni w Polsce bez pracy, bez zbytnich obowiązków, ot, takie lekkoduchy.

Oto teraz, bogatszy o to doświadczenie, postaram się odpowiedzieć na bardzo ważne i z pewnością nurtujących wszystkich pytanie:

Czy warto robić sobie przerwę w podróżowaniu?

Nie warto:

przerwa rozleniwia, oj, jak rozleniwia. Poczuliśmy to już w trakcie ostatnich dni pobytu w Biszkeku, gdy mając w perspektywie powrót do kraju, porzuciliśmy ambitne plany trekkingowe i leżeliśmy w pełnym słońcu nad jakimś kiczowatym basenem – dziś, na myśl o tym oblewam się rumieńcem wstydu i ssę (ssam?) kciuk z zażenowania. W trakcie wakacji od wakacji lenistwo (i fizyczne i intelektualne) panoszy się coraz bardziej i nie pomagają nawet motywatory do działania w postaci takich na przykład żniw (jak ja nienawidzę żniw), czy ataku hakerskiego na naszego bloga. Nie chce się nic, i już!

efekt jojo ­– jakże cieszyliśmy się (zwłaszcza jeden z nas) z tych wszystkich komentarzy na blogu, że bardzo schudliśmy, jakże lubiliśmy stawać na wadze. Jeden tydzień na mamusinym wikcie (z towarzyszącym temu nicnierobieniem) i po wszystkim – boczki wyhodowane, brzuszyska wydęte, poliki pyzowate, waga wraca do tej sprzed wyjazdu.

Jak się nie dać skusić swojskim szynkom, boczkom, baleronom? A kilogramy lecą...

Jak się nie dać skusić swojskim szynkom, boczkom, baleronom? A kilogramy lecą…

A tarty z owocami, serniki, pierniki i inne takie same wpychają się do mojego otworu gębowego (często z pominięciem talerzyka)

A tarty z owocami, serniki, pierniki i inne takie same wpychają się do mojego otworu gębowego (często z pominięciem talerzyka)

dużo rzeczy się nie zmienia – kto był siwy, ten jest siwy, kogo się lubiło, lubi się dalej, kto narzekał, narzeka jeszcze więcej, wielu zaskoczeń nie ma.

rodzina jak nie chciała dorzucić pieniędzy na podróżowanie, tak nie chce – półroczna tęsknota nic nie zmienia: wymyśliłeś sobie to podróżowanie, znaczy Cię stać. Jak Cię gdzieś porwą i będzie trzeba zapłacić okup, to może się dorzucimy. Może…

Chętni do porwania mnie pilnie poszukiwani. Ja biorę 80%, porywacze 20%.

a bo czy ta Polska taka ładna? – przygotowany jestem na ciosy, który padną, jeszcze zanim te słowa wybrzmią do końca: Nie, w porównaniu z wieloma innymi krajami, Polska nie jest wyjątkowa, ba w bardzo wielu aspektach jest po prostu brzydka, tandetna i prowincjonalna. Że zacytuję Ziemowita Szczerka i mój ulubiony Półprzewodnik Polityki, który przy temacie wybrzeża i Ustki napisał: (…)nabrzeże – to był stary, dobry polski oberek szyldów, reklam i chaosu. Turyści udawali, że chodzą tu, bo jest ładnie, ale niczego ładnego tu nie było. Wszyscy udawali. Nabrzeże – że jest ładne, turyści – że się tym pięknem napawają. Tak jest zresztą w całej Polsce. Wszyscy gramy w tę, „Piękna nasz Polska cała” – uczymy bez mrugnięcia okiem dzieci śpiewać. Tacy z nas hipokryci. Nawet już przestaliśmy sobie z tego zdawać sprawę.

Niestety taki powrót sprawia, że znowu zdajemy sobie z tego sprawę.

a bo czy ta Polska taka mądra? – nie, nie jest mądra. I coraz mniej mądrych ludzi. Przynajmniej jak się otwiera gazety, radio, telewizję. Nie będę rozwijał, klauzula sumienia mi nie pozwala. Ale to dołuje.

Niech kolejne ciosy spadną…

wakacje w Polsce nie są na nasz budżet – szybko zapomieliśmy o znanych z Azji posiłkach za kilka złotych (chyba że za darmo u mamusi), nie znaleźliśmy też piwa za złocisza. Stare, złe nawyki szybko dają o sobie znać – tu wyskakuje się na śniadanko ze znajomymi (i siedząc wśród hipsterii płaci się za twarożek ze szczypiorkiem tyle, ile za prawdziwą ucztę np. w Wietnamie), tu na jakiś lanczyk (do niego koniecznie co najmniej lampka wina, w końcu nie jesteśmy w pracy), tam kolacyjka lub wyjście na piwo. A i pokus wokół pełno – jak nie pić litrami prosecco za 20 zł za butelkę, skoro tak gorąco, a przez pół roku byliśmy na odwyku od wszelkiego wina?

Jajeczko, bekonik, kawusia (może jeszcze bułka tarta z Charlotty?). A na koncie coraz mniej...

Jajeczko, bekonik, kawusia (może jeszcze bułka tarta z Charlotty za 7zł?). A na koncie coraz mniej…

bo musisz ciągle odpowiadać na te same pytaniai co, nie żałujesz, że wyjechałeś? A jakie tam jedzenie, dobre? A coś paskudnego jadłeś? I najbardziej znienawidzone przeze mnie I co będzie jak wrócicie? Dacie radę tak po prostu znowu normalnie pracować?

Jak wrócimy na stałe, to wszystkie odpowiedzi się znajdą (oby).

Warto:

– no bo jednak można naładować baterie – wierzę w to głęboko, już prawie to czuję, że lenistwo mija i już niedługo przestanę spać kilkanaście godzin na dobę, a skumulowana energia wybuchnie. I będzie się działo… Bo jednak nawet przez takie 3 tygodnie można z powrotem wyhodować w sobie ogromny głód podróżowania.

bo żaden efekt jojo nie zabije smaku maminych (i babcinych) smakołyków – 3 tygodnie na tych polskich barszczach, pączkach, bugajach, wieprzowince… (Piotrek prosił, żeby wspomnieć jeszcze o jagodziankach od Olejnika). I nawet dobiegający z telewizora głos Macierewicza nie był mi w stanie zepsuć apetytu. Ba, nawet zdjęcie Chazana w gazecie też nie.

Skomplikowany proces przygotowywania najlepszych (bo babcinych) pączków na świecie

Skomplikowany proces przygotowywania najlepszych (bo babcinych) pączków na świecie

paczki2

Skomplikowany proces przygotowywania najlepszych (bo babcinych) pączków na świecie

Żeby nie było - też gotowałem (tu warzywa podlegające skomplikowanej obróbce - szefa kuchni nie ma na zdjęciu, bo trzyma aparat)

Żeby nie było – też gotowałem (tu warzywa podlegające skomplikowanej obróbce – szefa kuchni nie ma na zdjęciu, bo trzyma aparat)

A to jeden z efektów...

A to jeden z efektów…

A dzięki temu teraz lepiej znowu smakują wszystkie te padthaje, sataje i nasi gorengi…

bo jednak trochę rzeczy się zmienia – związki się rozpadają, ktoś choruje, dzieci rosną i warto czasem przy tym być, żeby nie żałować, że coś ważnego nas ominęło albo nie byliśmy przy czymś, przy czym być chcieliśmy.

Rodzina, ah rodzina...

Rodzina, ah rodzina…

Ponad tydzień czasu zajęło mi, żeby zostać ulubionym wujkiem...

Ponad tydzień czasu zajęło mi, żeby zostać ulubionym wujkiem…

a bo jednak w Polsce może być i pięknie i mądrze – wystarczy otaczać się właściwymi ludźmi i bywać we właściwych miejscach.

– bo jednak, mimo tych wszystkich męczących pytań, przynajmniej przez pierwsze 2 dni jest się w centrum zainteresowania – a czasem fajnie pobłyszczeć… Shine bright like a diamond…

dla tych imprez warto – długich wieczorów przy winie (czasem tak długich, że się potem nie zdąża na ślub, i choć nie swój, to ma się przerąbane, pewnie do końca życia), obiadów weselnych (co za dziwny wynalazek), wyjść na piwo, ognisk, grillów, biwaków, nocnych kąpieli. Get lucky!

Stoliczku, nakryj się! A on się nakrywał, i to wielokrotnie...

Stoliczku, nakryj się! A on się nakrywał, i to wielokrotnie…

Szkoda, że tak rzadko udawało się cokolwiek spalić po imprezie...

Szkoda, że tak rzadko udawało się cokolwiek spalić po imprezie…

Tak więc jak się ma do kogo na te wakacje od wakacji przyjechać, to jednak warto. Warto też dlatego, żeby wysłuchać trochę słów, często gorzkich, na temat bloga, zareagować najpierw złością i poczuciem krzywdy, a potem przetrawić i może coś zmienić. Bo, co tu ukrywać, równolegle do realizowania potrzeby uwalniania na co dzień skrywanych pokładów ekshibicjonizmu (trochę to skomplikowane wyszło), piszemy również po to, żeby ktoś nas czytał. I reagował na to. Pochwałami (niech ktoś nas przytuli!) albo krytyką. A my na tę krytykę zareagujemyJ. Tak jak reagujemy na sugestie (poniżej), które mieliśmy przyjemność wysłuchać.

Co się w blogu zmieni, a czego nie zmienimy (bo nie!)?

No te zdjęcia to Wam tak średnio wychodzą, może byście się trochę poduczyli…

Wiemy, że fotografy z nas żadne, ale się staramy… Wystarczy? (pewnie nie…)

Filmiki by się jakieś przydały…

Uroczyście obiecuję, że będą. Już wkrótce. Tylko musimy nauczyć się obsługiwać nasz nowy nabytek sprzętowy. Przy czym filmiki też nam mogą średnio wychodzić.

Za długie te wasze wpisy, nie da się tego wszystkiego przeczytać…

Eee, da się. My z Piotrkiem swoje wpisy nawzajem czytamy… Też się czasem nudzimy, ale skoro my cierpimy, to i Wy pocierpcie…

Może byście się nie lenili i częściej coś wrzucali?

Raczej się nie da. Jednak podróżujemy, żeby podróżować, a nie żeby pisać. A wena jest bardzo chimeryczna.

Czy mogłoby we wpisach być więcej was?

Myśleliśmy, że jest już nas wystarczająco dużo… No bo my trochę nudni jesteśmy (zwłaszcza Piotrek…). Ale będziemy się starać i wrzucać nas więcej (ja na przykład wróciłem teraz do wcześniejszego fragmentu i dopisałem, że nienawidzę żniw). I może jakieś samoje…, znaczy selfies w końcu zaczniemy sobie robić…

Czy przy każdym wpisie może być mapka, z zaznaczeniem jakich miejsc dotyczy wpis.

Może. Ba, nawet będzie. Od następnego wpisu.

Z powrotem w domu II

Wakacje od wakacji minęły bardzo szybko (niczym marzenia Legii o Lidze Mistrzów), ale koniec nastąpił w sposób jak najbardziej zaplanowany (niczym zwycięstwo Rafała Majki w Tour de Pologne). Przed nami Indonezja, Australia, Filipiny. Na początek jednak oswojony Bangkok. Znajome miejsca, smaki i zapachy. Prawie jak powrót do domu.

Naprawdę fajnie mieć takie miejsca, do których wraca się właśnie jak do domu, które zna się i którym się ufa. Wiemy, że jak pojedziemy na Chinatown w Bangkoku, to ta sama Pani co pół roku temu usmaży nam najlepszy pad thai, a dwa stoiska dalej dostaniemy chrupiące pierożki rozpływające się w ustach, a nie w dłoni (bo jedzenie pałeczkami mamy już opanowane, więc nie trzeba ratować się rękami, żeby łapać latające w powietrzu kawałki jedzenia). W weekend w tym samym Chinatown albo na bazarze Chatuchak uzupełnimy braki w garderobie wiedząc, ile powinniśmy zapłacić i bez skrępowania targując się, żeby uzyskać oczekiwaną cenę. W 7Eleven z zamkniętymi oczami sięgamy po najlepsze ciasteczka albo batoniki, na grillowych bazarkach celnie wybieramy najsmaczniejsze mięsne kąski i bez problemu (i bez mapy) przejeżdżamy z jednego końca Bangkoku na drugi. A w ulubionym hotelu ciągle ta sama obsługa wita nas z grymasem na twarzy: „O (nie), znowu Wy?!”.

Chatuchak - zakupowy raj na ziemi (przy czym ja po pół godzinie tam czuję się jak w piekle i chcę jak najszybciej uciekać)

Chatuchak – zakupowy raj na ziemi (przy czym ja po pół godzinie tam czuję się jak w piekle i chcę jak najszybciej uciekać)

chatuchak3 chatuchak1

Tajowie w jednym z centrów handlowych zachwycają się wystawką europejskich warzyw

Tajowie w jednym z centrów handlowych zachwycają się wystawką europejskich warzyw

Nie wiem dlaczego, ale największy szał wzbudziła papryka (gdzie tam jej do tej ode mnie ze wsi)

Nie wiem dlaczego, ale największy szał wzbudziła papryka (gdzie tam jej do tej ode mnie ze wsi)

Najlepszy pad thai z Chinatown

Najlepszy pad thai z Chinatown

i zupa z rybnymi pulpecikami i kawałkami wołowych jelit (mniam, mniam)

i zupa z rybnymi pulpecikami i kawałkami wołowych jelit (mniam, mniam)

Street food...

Street food…

Kurczakowe kąski mięsne (zaraz kilka najsmaczniejszych padnie naszym łupem)

Kurczakowe kąski mięsne (zaraz kilka najsmaczniejszych padnie naszym łupem)

Wiemy jak w Bangkoku zrobić tanie pranie (choć u mamy było taniej), wiemy też gdzie je wywiesić (niech żyje nasz ulubiony hotel)

Wiemy jak w Bangkoku zrobić tanie pranie (choć u mamy było taniej), wiemy też do której nogi stołu i której żabki karnisza przyczepić sznurek, na którym je wywiesimy. Niech żyje nasz ulubiony hotel!

Ale najważniejsze jest poczucie, że znowu jesteśmy w trasie. Czekają na nas nowe miejsca, nowi ludzie, nowe przygody. Tak przez ostatnie pół roku wyglądało nasze życie. I tak będzie wyglądało przez kilka następnych miesięcy. Wszystkie te nowe miejsca będą chwilowo naszym domem i będziemy o nich pisać.

Na koniec tego wymęczonego wpisu (padam z wycieńczenia, myślę, że Wy też), wzorem Hanny Śleszyńskiej z Kabaretu Olgi Lipińskiej, zachęcam:

Zostańta Państwo z namy!

(1239)

9 odpowiedzi do artykułu “Z powrotem w domu

  1. Pawel B

    Witajta z powrotem! Pozostając w tonie nieco nostalgicznym i zarazem w opozycji do co niektórych opinii na temat naszego wspaniałego kraju, uważam, iż i tak nic nie przebije dobrego (WŁASNEGO, w sensie z własnego Domu Świń) schaboszczaka ze świeżą mizerią i dopiero co wykopanymi ziemniaczkami (przez niektórych popijanych prosuniem). Tym samym, ponowne dzięki za pierwszorzędną gościnę na Kajtkowych włościach;) no i oczywiście GET LUCKY and report!

  2. Ewelina

    Proszę, tylko nie krótsze posty! I jeśli mogę to apeluję o wskazówki do dotarcia do miejsc, które polecacie (zwłaszcza tych z jedzeniem). Pozdrowienia

  3. Oli

    Rozpoznaję niektóre przytyki ad personam 😉 Dobra, wybaczam 🙂

  4. córka

    Get lucky! Trzymajcie sie Chłopaczki a Piotrek niech pamięta, że od Olewnika to ma mięso, a jagodzianki daje Oskroba 🙂

  5. Asia

    Mam wrażenie, że zdjęcie, które przedstawia sukienki i spódnice zostało zamieszczone specjalnie 🙂 Pozdrowienia od najukochańszej i najpiękniejszej (co widać na zdjęciu) siostrzenicy.

  6. Pingback: Zajadając trudy drogi do Bunaken | NasiGoreng.pl