NasiGoreng.pl

Zajadając trudy drogi do Bunaken

header_final_2

Poprzedni wpis zaczął się dramatycznie. Materac był twardy, a klimatyzator głośny. Rzeczywiście dramat. Postaram się to przebić.

Leżę na materacu mokrym od potu, a może także od wiecznie wilgotnego powietrza oblepiającego wszystko i wszystkich. Mimo że już ciemna noc (a ciemna noc zapada tu tak ok 18:15), cały czas jest oczywiście gorąco, a jak się śpi pod moskitierą to się robi jeszcze bardziej gorąco – taki urok moskitiery. Ale rzeczona moskitiera nie zakrywa w całości mojego łóżka, bo jakiś geniusz zamiast uszyć ją z jednego kawałka „firanki” podzielił ją na cztery części i tak oto, gdy naciągam prawą górną ćwiartkę żeby zasłonić dziurę, kolejna dziura pojawia się z jej lewej strony, więc naciągam ćwiartkę prawą dolną i wtedy dziura robi się w nogach łóżka, więc naciągam lewą dolną itd… Tak oto komary tną mnie w najlepsze, a nie brakuje ich tutaj, bo w odróżnieniu od całej reszty Indonezji, w której teraz jest pora sucha, tu akurat codziennie pada. I leje, i pada. Ale nie poddaję się. Otóż jest prąd, więc działa wiatrak. Ale gdy wiatrak wieje w moim kierunku, to moskitiera powiewa jak firanki w przeciągu, wpuszczając jeszcze więcej komarów. I jak ta Antygona, mam taki oto tragiczny wybór – albo umrzeć z gorąca, ale z nielicznymi ukąszeniami komarów albo umrzeć na malarię, za to w relatywnym chłodzie. Wybieram śmierć z gorąca. I obiecuję sobie, że rano to zajem, bo psychologowie i dietetycy mogą sobie gadać, ale ja wiem swoje, że z reguły jedzenie JEST rozwiązaniem.

A co konkretnie mam zajeść? Ano to, że od pewnego czasu jakoś tak się nie układa. Niby jest OK, niby trafiamy w nienajbrzydsze miejsca, ale jednak coś nie działa. Bo na przykład teraz. Żeby dostać się na indonezyjską wyspę Bunaken – raj nurków, jechaliśmy/lecieliśmy/płynęliśmy nie wiadomo jakimi kombinacjami, a tu – cienizna panie. Oczywiście leje. Wiem, mogliśmy wcześniej sprawdzić. I sprawdzaliśmy – wszyscy wszędzie piszą, żeby w sierpniu przyjeżdżać, jest pięknie, słoneczko grzeje, nic tylko się parzyć słońcem. A tu na miejscu – chmury, deszcz, gorąco, wilgotno i komary. Plaża przypomina tę nad skierniewickim zalewem. Mnóstwo śmieci (tu Skierniewice są nawet górą, bo tak wielu śmieci tam nie ma), plaża wąziutka, więc piasek (wraz ze śmieciami) dostępny jest tylko podczas odpływu ale i wtedy jest wilgotny i ubity. W „rezorcie” mówią do nas językiem problemów:

My: Możemy ponurkować?

Rezort: No nie wiem, jest problem, bo łódź w remoncie…

My: To może z plaży?

Rezort: No nie wiem, jest problem, bo w sumie to instruktor się rozchorował…

My: Dobra, to sobie posnorklujemy chociaż

Rezort: No nie wiem, jest problem, bo w styczniu koral wymarł…

I tak w kółko.

Kara za „rezort”, ktoś powie? Niby mieliśmy u ludzi, bez komerchy, autentycznie, post-turystycznie? Zgadza się, dlatego nie jeździmy po rezortach-rezortach, tylko po „rezortach”. Nasze poprzednie indonezyjskie doświadczenia mówią, że w takich rezortach w cudzysłowie najfajniej złapać kontakt z miejscowymi, którzy z racji obcowania z „białymi bułami” mówią nieźle w „lengłydżu”, więc można z nimi naprawdę sensownie gadać i gadać i śmiać się i zaprzyjaźniać i śpiewać nawet można (jak np. u Ricky’ego na Sumatrze, gdzie byliśmy z naszymi serdecznymi przyjaciółmi PJem i Sonkiem 2 lata temu, jednak do dziś nie doczekaliśmy się na ich wpis relacjonujący ten pobyt). Ale tutaj na Bunaken nic z tych rzeczy nie ma. Tylko problemy.

No i dylemat. Czy ruszać dalej sto godzin rozklekotanym promem na zapomniane przez wszystkich jeszcze dalsze wysepki, żeby pewnie przeżyć podobne zawody (bo pech jak już złapie, to lubi trzymać – im więcej czytamy o kolejnych miejscach, tym więcej znaków zapytania się pojawia), czy trwać jeszcze kilka dni tu gdzie jesteśmy, umierając co noc z gorąca i gromadząc coraz to nowsze ukąszenia komarów? A może po prostu radykalnie zmienić plany i pojechać w zupełnie inne miejsce, gdzie google pokazuje słoneczko (o np. tutaj). Nie wiem, dlatego postanawiam to zajeść (bo zapić nie mogę – Bintang kosztuje tu 15zł i mnie zwyczajnie na niego nie stać). Więc jem, a wręcz zażeram, ale po kolei, bo przecież jakoś się tu dostać musieliśmy.

Przystanek pierwszy: Bangkok

Paweł dużo o Bangkoku napisał tutaj, więc ja tylko dodam (bo we wspomnianym wpisie to nie wybrzmiało wystarczająco dobitnie), że w Bangkoku koniecznie trzeba spróbować bangkockiej (bangkokczańskiej?) ambrozji, czyli złotych słodkich grillowanych kąsków. Mięso (czy to kiełbaska, czy kurczak, czy to wreszcie wieprzowina z hojnym dodatkiem tłuszczyku) nabijane jest na patyk, grillowane na naszych oczach np. nad zwykłymi emaliowanymi miskami wypełnionymi węglem drzewnym, przyprawiane na słodkawo i następnie serwowane prosto do łapy na długiej wykałaczce, albo „na wynos” w foliowej siacie, na dnie której pływa słodki sos z orzechów i/lub chilli.

bangkok sausage

A że kosztują złocisza i są dostępne dosłownie na każdym rogu, to je się je jak lody w Iranie (o czym tutaj) albo chipsy w Polsce – czyli co chwila (przynajmniej ja je tak jem – w sensie kąski mięsne). Z wielu rodzajów mi najbardziej podchodzi wieprzowinka – kurczaki często są nabijane z kośćmi / chrząstkami, a kiełbaski… lubią się długo przypominać 😉

moje ulubione słodycze

moje ulubione słodycze

Przystanek drugi: Sztuka jedzenia w Malezji

Przyznaję się bez bicia, o Malezji nie wiedzieliśmy za dużo i za dużo nie chcieliśmy się dowiadywać, bo miała być tylko nic nieznaczącym taktycznym przystankiem w drodze z Bangkoku na Północ Sulawesi. Słyszeliśmy jedynie, że w Malezji dobrze gotują. I rzeczywiście dobrze gotują. Za to przystankiem okazała się znaczącym. A to za sprawą Kejdżi’ego (tak naprawdę nazywa się z angielska – bo angielski to w Malezji język niemal urzędowy – Kej Dżi czyli KG).

Georgetown ma piękną starówkę wpisaną na listę UNESCO, ale jak zwykle w takich przypadkach to akurat interesowało nas najmniej. Jakoś tak wyszło, że umiłowaliśmy sobie panoramy

Georgetown ma piękną starówkę wpisaną na listę UNESCO, ale jak zwykle w takich przypadkach to akurat interesowało nas najmniej. Jakoś tak wyszło, że umiłowaliśmy sobie panoramy

malezja_11

georgetown skyline

To, jak rozumiemy, ultrakolorowe "rzeczy" podpalone w intencji dobra i pomyślonści m.in dla Chew Sou Keong i Rodziny przed jedną ze świątyń w Chinatown

To, jak rozumiemy, ultrakolorowe „rzeczy” podpalone w intencji dobra i pomyślonści m.in dla Chew Sou Keong i Rodziny przed jedną ze świątyń w Chinatown

a tu echa ostatnich wydarzeń...

a tu echa ostatnich wydarzeń…

No ale najpierw kilka słów o jedzeniu. Mówią, że najlepsze na świecie indyjskie jedzenie jest w Malezji właśnie. Chyba chińskie, żachnął się Kejdżi propnując, byśmy najpierw spróbowali Hindusa, a potem Chińczyka i sami to rozsądzili. I rozsądziliśmy, że wszyscy mamy racje. Z hindusa zajadaliśmy się podstawowymi chapati z różnymi sosami i parantą z ziemniakami albo z chicken masala (i przypomniałem sobie, gdy jadąc do Kaszmiru zamówiłem jak najprawdziwszy ignorant, którym zresztą byłem, jednak z miną znawcy, którym szybko przestałem się wydawać, parantę z roti, czyli mniej więcej to samo zrobiłbym w Polsce gdybym zamówił ziemniaki z frytkami).

Chapati z sosami. Proste i tanie, a jakie smaczne

Chapati z sosami. Proste i tanie, a jakie smaczne

Z chińczyka natomiast, poza tradycyjnymi pierożkami albo zupami z rybnymi kulkami najbardziej smakowały nam smażone ostrygi.

Rzeczone ostrygi w momencie podania...

Rzeczone ostrygi w momencie podania…

... i 30 sekund później

… i 30 sekund później

i odrobina tradycji, czyli chińskie "gołąbki" z wodorostami albo z kapustą

i odrobina tradycji, czyli chińskie „gołąbki” z wodorostami albo z kapustą unurzane oczywiście w sosie sojowym

Z malezyjczyka za to (choć podobno wcale to nie takie znowu malezyjskie) najlepszy okazał się satay ayam, czyli grillowany kurczak w sosie… satay robionym z orzeszków ziemnych.

malezja_7

No i najważniejsze chyba – w Geogretown dzięki Kejdżiemu trafiliśmy do szemranej speli o nazwie Antarabangsa Enterprise (zainteresowanym podaję koordynaty 05°25’07.6’’N, 100°20’17.5’’E), gdzie raczyliśmy się najprawdziwszymi indonezyjskimi Bintangami po 3 złocisze za sztukensa – sytuacja w zasadzie nie do pomyślenia. Raz że tani alkohol w Malezji, a dwa że tani Bintang importowany w końcu z Indonezji. Ktoś z lokalnych coś wspominał o braku licencji, ale byłem zbyt zajęty piciem, by dochodzić szczegółów.

Bintang idzie za Bintangiem

Bintang idzie za Bintangiem

A Kejdżi to był dopiero gość. Miał wystawę na odbywającym się właśnie Festiwalu Georgetown i tak się jakoś zdarzyło, że wspólnie z Kejdżim skończyliśmy na żłopaniu Bintagów i zajadaniu hindusów z owego festiwalu organizatorami i zaproszonymi „twórcami kultury”. A że nie był to festiwal w stylu Skierniewickie Święto Kwiatów, Owoców i Warzyw (na którym największym wydarzeniem kulturalnym jest występ Indian z Peru pod Pocztą Polską i ich niezapomniane El Condor Passa), ale progresywny event kulturowy, którego nie powstydziłyby się największe światowe metropolie, to ten wieczór połamał moje schematy myślowe na temat Azji, praw człowieka, przestrzeni publicznej, a nawet tematów tak w muzułmańskiej wciąż Malezji niespodziewanych (a w Polsce wciąż wywołujących w niektórych kręgach histerię) jak trans – zgiń przepadnij – dżender…

część materiałów promocyjnych Festiwalu

Przystanek trzeci: „Perła” Północnego Sulawesi

Perła to oczywiście na wyrost, bo Manado – półmilionowe miasto na samiuteńkiej północy północnego skrawka północnego ramiona Sulawesi – jest po prostu nieciekawe i po indonezyjsku brudne (choć wyjątkowo brzydkie nie jest), ale jedzenie ma niezłe. Na śniadanie – po raz pierwszy od 3 lat wytęskniony NASI GORENG (tak, to to z nazwy bloga) – smakujący, nie oszukujmy się, średnio, bo i jakieś wyjątkowo wykwintne danie to nie jest – ot zwykły smażony ryż z dodatkami, krupukiem (chrupkami kukurydzianymi) i szeregiem przypraw. Był też jego bliski kuzyn Mie Goreng (czyli to samo, tylko zamiast ryżu makaron) i opcja aj-waj (choć na aj waj nie wygląda) – Ayam Goreng Paket, czyli kurczak podawany z całym pakietem – suróweczką z glonów morskich, diabelsko ostrym sosem chili (bo Manado znane jest z diabelsko ostrych potraw właśnie) i jakimiś formami tutejszego tofu.

Mie Goreng

Mie Goreng

Kurczakowy pakiecik

Kurczakowy pakiecik

Podjedliśmy, przypomniały się stare dobre smaki, byliśmy gotowi na wypad do raju – Bunaken czekał na nas ze swoimi brudnymi plażami (ale także – żeby być sprawiedliwym – przepięknymi rafami).

Przystanek czwarty: Zajadanie Bunakenu

No dobra, może jest gorąco, wilgotno, brudno i kiepsko, ale zajeść to wszystko tutaj się na pewno da. Na przykład taki Ikan Bakar – indonezyjski przebój kulinarny numer jeden, czyli po prostu grillowana ryba. Ale nie tam jakiś mdły wigilijny karp albo inna importowana z radioaktywnego Mekongu panga. Prawdziwy indonezyjski ikan bakar jest mięsisty bardziej niż tuńczyk, jego ości odchodzącą od mięsa tak pięknie, że aż łzy szczęścia same napływają do oczu. A przyrządzany jest w gęstym i słodkim sosie sojowym, zwanym kecap manis (i pewnie mnóstwie innych przypraw, których moje podniebienie jeszcze nie wyczuwa – jeszcze!).

Ikan Bakar

Ikan Bakar normalnie podawany (i grillowany) jest także w bananowym liściu. Jak nie ma, to przynajmniej należy się postarać, żeby talerz udawał liść 🙂

Znowu też na stół wjeżdża także satay, tym razem wieprzowy, ziemniory, ale ale – z cebulą albo krewetki wielkości ręki… gdzie tam – nogi (!), kurczak w sosie curry, tofu w znanym już sosie kecap manis…

da da da

No i mamy tofu w kecup manis, kurczaka w curry, ale uwaga na kości – w całej Indonezji kucharzom nie chce się babrać z filetowaniem, niech się babrzą jedzący. Na drugim planie nieśmiertelne, choć bardzo dobre, wodorosty z czosnkiem.

Jest i on - jeden z podstawowych składników indonezyjskiej kuchni

Jest i on – Kecap Manis, czyli jeden z podstawowych składników indonezyjskiej kuchni

Albo taki deser – ciasto kokosowe, a raczej masa budyniowa z kokosem. Tylko nie z takim ohydnym naszym „kokosem” z jakichś sztucznych wiórek sztucznie aromatyzowanych (których nie cierpię i nie jem, a jak przez przypadek zjem to pluję przez lewe ramię), ale z kawałkami prawdziwego kokosa, którym mogę się z umiłowaniem objadać.

bunaken_2

No i wyjątkowa indonezyjska kawa o łagodnym lekko kakaowym smaku. Tylko nie ma co dać się naciągnąć na jakieś z reguły podrobione kopi luwak (bo skoro jest to najdroższa kawa na świecie, to naprawdę nie da się kupić oryginalnej za 5 dolarów za paczkę, nawet jeśli Indonezyjczyk będzie się zarzekał, że z tira spadła). Wystarczy wypić zwykłe poczciwe indonezyjskie kopi, by nigdy już nie wrócić do Czibo albo Jakobsa…

I zażeraliśmy się też owocami. Banany mają tam nieregulowane przez unię, przez to mniejsze, słodsze, bardziej żółte i mniej pastewne

I zażeraliśmy się też owocami. Banany mają tam nieregulowane przez unię, przez to mniejsze, słodsze, bardziej żółte i mniej pastewne

Pomarańczy też nikt nie reguluje, dlatego są... zielone. Bo pomarańcze SĄ zielone

Pomarańczy też nikt nie reguluje, dlatego są… zielone. Bo pomarańcze SĄ zielone

i były jeszcze... no te na zdjęciu. Nazw nigdy nie poznaliśmy, co nie przeszkodziło nam w konsumpcji. Pyszota

i były jeszcze… no te na zdjęciu. Nazw nigdy nie poznaliśmy, co nie przeszkodziło nam w konsumpcji. Pyszota

No i co, jechać dalej czy zażerać pierwsze objawy podróżniczej depresji?

Pomyślę. Wiatrak przestał chodzić (bo prąd wyłączyli), za to chodzą mrówki wielkości palca (no może troszkę przesadzam), które chwilowo wytyczyły sobie szlak przez mój zawilgotniały materac. Moskitierę jakoś, mam nadzieję, zatkałem. Robi się bardzo gorąco. Niech tylko Morfeusz szybko sen ześle…

***

Morfeusz sen zesłał, a następnego dnia zesłał także słońce. I co? I cały rezort ruszył na słońce – na statek, na snorkeling, na łażenie po wyspie, na plażę skważąc się i parząc. Teraz cierpimy. Mi czerwone poliki pulsują z gorąca, a Paweł zamknął się w pokoju i, jak twierdzi, „umiera na udar”… W rezorcie skończyła się kawa. Czy można być bardziej nieszczęśliwym? 😉

Taki mamy widok z okna gdy na Bunaken świeci słonko

Taki mieliśmy widok z okna, gdy na Bunaken zaświeciło słonko

A tak wygląda wioska na Bunaken w indonezyjski Dzień Niepodległości

A tak wygląda wioska na Bunaken w indonezyjski Dzień Niepodległości. Biało czerwone flagi oczywiście na nasze powitanie 😉

***

PS Z tą śmiercią na malarię to odrobinę naciągnąłem. Bunaken jest od malarii wolny. I okazało się, że także rezort odrobinę przesadził, mówiąc o wymarłej rafie. Bunaken, przy wszystkich swoich niedoskonałościach, wciąż szczyci się fascynującą rafą.

Dla zainteresowanych mapka odwiedzonych miejsc.

 

    (1712)

    18 odpowiedzi do artykułu “Zajadając trudy drogi do Bunaken

    1. Sandra

      „(jak np. u Ricky’ego na Sumatrze, gdzie byliśmy z naszymi serdecznymi przyjaciółmi PJem i Sonkiem 2 lata temu)” – :O a Sonko to wycięło?? :((

      1. Piotrek Autor

        No gdzie, przecież stoi jak wół PJ i Sonko. Nawet sama to zacytowałaś :***

    2. Sandra Nowacka-Jaskolska

      aha, ktos tu chyba cos majstrowal i edytowal

      1. Piotrek Autor

        O, super! Dzięki za podpowiedź. Teraz, jak już znamy nazwę, to ani jeden się nie ostanie 😉 A może wiesz jeszcze jak się nazywają te małe okrągłe na tym samym zdjęciu zaraz obok salaków?

    3. Pawel B

      Nie no, naprawdę, powodów do depresji co nie miara… Jak trzeba to jakiś xanaksik podeślemy;)

    4. aguniunia

      teraz cały czas będę myśleć,że sypiasz na zasikanym materacu … to jedno z tego wpisu zapamiętałam … nie ma to jak mocny akcent na początek, a potem nuuuda 🙂

    5. Viks

      No prosze, trzeba bylo az do Malezji dotrzec zeby w koncu tworcow kultury docenic.. 😀

    6. ola

      Hejka, jak jeatescie na Bunaken to lapcie jakakolwiek lodke rybacka I plyncie na sasiednia wyspe SiLADEN (ja wlasnie ja opuscilam 14.08). Jest duO lepsza plaza niz na Bunaken I super rafa pod samym nosem (obok wioskowej jetty), nie trzeba wiec nigdIe lodIami rezortowymi wyplywac. Jedynym backpackerakim miejscem na wyspie sa 4 bungalowy „Tante Martha”.250.000rupii z wyzywieniem.ja z kolei mieszkalam w Bobocha Resoet-zaraz obok za 50 eur z wyzywieniem (fantastycznym).

      u Rickiego na Sumatrzy bylam z mezem I dzieciakami prEz tydzien w lipcu tego roku.

      My wlasnie wrocilismy do europy (mieszkam w Berlinie).

      pozdrawiam
      ola

      1. Piotrek Autor

        Ola, dzieki za rady. na siladen chcemy poplynac jutro! Wyglada na to, ze troche w Indonezji spedziliscie? pozdrawiamy

        1. ola

          Takie koordynaty do tante martha znalazlam online. Lepiej wczesniej zadzwoncie, bo jak ja tam w zeszlym tyg.bylam, ona miala full komplet. Bobocha tez ma full a pozostale resorty kasuja po min. 100 eur od osoby…..ewentualnie jest jeszcze tansza „Mama Moon”. Pytajcie sie na miejscu.

          Siladen Tante marthas telephone:081382151451 Movaor 08540097488 Bozza Martha does not speak English, bur these numbers are to peole in same family.

          SILADEN jest duzo spokojniejsze niz Bunaken, nie ma tam wogole motorow ani samochodow….plaza boska.bawcie sie dobrze! My bylismy w sumie 4 miesiace w Azji, z tego 4 tyg. Na Sumatrze I 2 tygodniena Sulawesi.

          1. Piotrek Autor

            Super! Wielkie dzieki za wszystkie wskazowki :))) w kontakcie

    7. ola

      Dajcie znac jak uda sie wam dojechac. Dajcie mi kontakt na priv.to podam wam haslo do wifi Bobocha (Tante Martha nie ma raczej internetu ale jest o krok od Bobochy).

    8. Pingback: Get lucky, czyli all inclusive po indonezyjsku | NasiGoreng.pl

    9. Pingback: Filipiny – jesteśmy za, a nawet przeciw | NasiGoreng.pl