NasiGoreng.pl

Już nie ma dzikich plaż

5Do tego indonezyjskiego miasteczka dotarliśmy samolotem po raz pierwszy kilka lat temu. Przywitał nas wtedy terminal przypominający większy dom jednorodzinny. Z samolotu wysiadało się mniej więcej jak z samochodu na parkingu przed hipermarketem. Bagaże zostały przyciągnięte przez „obsługę portu” na wózkach, po czym rzucone na specjalną ladę, z której zaskoczeni pasażerowie odbierali swoje pakunki. Hale przylotów i odlotów były… jedną halą, a w zasadzie troszkę większym pokojem. Z takiego lotniska do „centrum” poszliśmy pieszo, ot 15-minutowy spacer…

Tak było kiedyś

W owym „centrum” nadmorski bieda-dystrykt (zbite z desek i blachy falistej chaty stojące – ledwo! – na balach nad śmierdzącymi rynsztokami zalewanymi w czasie przypływu) od murowanej, bogatszej części miasteczka oddzielała droga, na której kiedyś był asfalt, a wtedy pozostawało po nim jedynie wspomnienie i kurz. Przy ulicy zalegały hałdy śmieci, w których buszowały tłuste szczury. Przerażająco brudne morze w porcie (czyli wokół drewnianego pomostu) w porze odpływu odsłaniało kolejne hałdy śmieci, głównie plastikowych toreb. Mieszkające tu dzieci puszczały w takiej scenerii kolorowe latawce, krzycząc do przerażonych wtedy takim widokiem białych turystów „helo bule” (bule to po indonezyjsku „biały”). Każda chata obowiązkowo miała antenę satelitarną – aspirowano najwyraźniej do lepszego życia (…)

4

Chcesz wiedzieć jak zmieniło się to miejsce przez trzy lata? Przeczytaj cały wpis tutaj.

(307)