NasiGoreng.pl

Ucieczka z Akademii Ćwoków

feat2

Nareszcie. Wymęczeni Azją, ryżem, kiepską infrastrukturą i marnymi hotelikami przybywamy do Australii. Kraju-raju. Oczekiwania napompowane do granic wytrzymałości. Co i rusz dostajemy od bliskich pytania – I co? Rewelacja? Jedyny kraj, którego Wam tak naprawdę zazdroszczę! Koniecznie wysyłajcie zdjęcia! Zdecydowaliście już, że zostajecie tam na zawsze? Australia PR ma więc rewelacyjny i zdaje się, że nie mamy wyjścia – musi nas powalić na kolana.

Nasz pierwszy przystanek to Darwin. Wiedzieliśmy, że w Australii ma być drogo, ale że aż tak? Autobus z lotniska do centrum (15 minut) kosztuje tyle co 8 obiadów w Indonezji albo 2 doby w hotelu w Nepalu w dwuosobowym pokoju. Przełykamy głośno ślinę i zatrzymujemy się na noc w hostelu, gdzie jedno łóżko kosztuje tyle co… Zresztą ciągle sobie powtarzamy, żeby nie porównywać, bo zwariujemy. Szybko uczymy się jak robić zakupy. Z gazetek promocyjnych dowiadujemy się co gdzie jest na przecenie i to jemy. Można na przykład trafić na mięso kangura za 3 dolary, które „kończy się” następnego dnia – bierzemy! Ale zanim stajemy się łowcami promocji, na pierwszą kolację jemy zupki chińskie z bułką (ehh, daleko im do azjatyckich zupek chińskich o bogatym autentycznym smaku).

Nasz pierwszy australijski posiłek. Zupki obrzydliwe. Szybko z nich zrezygnowaliśmy. Nie kupujemy ich już nawet w promocji ;)

Nasz pierwszy australijski posiłek. Zupki obrzydliwe. Szybko z nich zrezygnowaliśmy. Nie kupujemy ich już nawet w promocji 😉

Jedząc, oddajemy się obserwacjom socjologicznym w naszym hostelu. A czujemy się tak, jakbyśmy oglądali pierwszy odcinek Akademii Ćwoków.

Czego???

Był taki amerykański reality show pt „Akademia Ćwoków” – z racji fabuły obrażającej uczucia Rady Etyki Mediów w Polsce niestety niepuszczany. A szkoda, bo wartość – socjologiczną właśnie – miał sporą. Chodziło o to, że partnerzy w tajemnicy zgłaszali swoje drugie połówki do udziału w tym jakże wymyślnym programie. Drugie połówki o szlachetnych imionach typu Daddy, Dre lub Jennavecia, które mówiąc eufemistycznie z niejednego pieca chleb jadły , trafiały tym samym na wielką imprezę (odc. 1), na której – wiadomix – zoo na całego, tym bardziej że wszystko odbywało się pod ośmielającym imprezowiczów hasłem „co się wydarzy w Vegas, zostaje w Vegas”. I nagle dekoracje opadały i wszystko stawało się jasne – ćwok zamiast królem parkietu zostawał nazwany ćwokiem i mało tego – oficjalnie trafiał do „Akademii Ćwoków”, gdzie miał nauczyć się ogłady.

My w hostelu w Darwinie (tak, tak – prawdziwy Polak spolszczy każde australijskie miasto – już nie możemy się doczekać pobytu w Sydneju albo w Percie) czuliśmy się mniej więcej tak, jakby za 5 minut na imprezę miały wjechać dekoracje „Akademii Ćwoków”. Ale nie wjeżdżały, więc impreza jak co noc trwała na całego w rytm klasyki gatunku – piosenki „What the fuck?” (czyli „co jest, k..wa?”). Chcąc nie chcąc zajmowaliśmy się wobec tego tak popularnym w Australii „people watchingiem” (patrzeniem na ludzi – czego oni na tym Zachodzie nie wymyślą). A widzieliśmy ludzi, których w podróży widzieliśmy już nie raz. Byli tam seks-turyści z tajskiej Pattayi, alko-turyści z Sikhanoukville w Kambodży albo narko-turyści z Vang Vieng w Laosie. Tym razem jednak zgromadzeni w swym mateczniku – „backpacker hostelu”. W całej swej masie przeraźliwie niewybredni. Dumnie nazywają siebie backpackami. I tak oto neutralne dotąd słowo backpacker stało się określeniem silnie pejoratywnym i równoznacznym do uczestników wspomnianej Akademii (o backpackerach i innych typach podróżników pisaliśmy tutaj).

Nie to, że stawiam się ponad nich, ja po prostu naprawdę się cieszę, że dorobiłem się już trójki z przodu, bo w tej rówieśniczej grupie nie potrafiłbym się odnaleźć. I to chyba nie tylko dlatego, że nie mam ajfona.

“All day, all night…

Viva la fiesta, viva los DJ

What the fuck?”

Ale ale! Przecież Australia ma się nam podobać! Postanowiliśmy się więc jak najszybciej z Darwinu wynieść. Znaleźliśmy kampera do relokacji (o relokacjach piszemy tutaj) i wyruszyliśmy w drogę przez outback z Darwina do Cairns, raptem trzy tysiące kilometrów. Trasa widać popularna także wśród „backpackerów”, bo co i rusz na znakach pojawiały się wyznania miłości głównie do niejakiego Dawsona (nie chodziło o miłość platoniczną). Ikony Australii, czyli znaki uwaga kangur były przyozdabiane malowidłami około-fekalnymi, a ostrzeżenie „uwaga na zwierzęta domowe” było przerabiane na „uwaga na ku..sy” (to akurat było śmieszne, szczególnie po przejechaniu dwóch tysięcy kilometrów). Łezka się w oku kręci, przypomina się podstawówka i podobna twórczość wypisywana i wymalowywana korektorem na ławkach i krzesłach.

Poza tym, jeszcze z socjologicznych obserwacji, w Australii fascynuje u nas zupełnie już zapomniana przecież sztuka pisania po kiblach (wiem, powinienem napisać „w toaletach publicznych”, ale słyszał ktoś o bazgraniu w toaletach publicznych?) – tutaj znać już Australijczyka starszego, bo mnożą się narzekania na reformę emerytalną albo ostrzeżenia przed nadchodzącym sądem ostatecznym albo po prostu zerżnięte brutalnie z Tony’ego Halika „tu byłem”.

Nadchodzi

Gdyby ktoś zapomniał: Nadchodzi dzień sądu ostatecznego

No a sama trasa to w zasadzie nie trasa, tylko przestrzeń. Wielka i nieskończona przestrzeń (a podobnie wielką i nieskończoną przestrzeń widzieliśmy już w Tadżykistanie, o czym tutaj), no i ta pustka. Mijany samochód jest wydarzeniem, dlatego wszyscy się pozdrawiają. No może nie wszyscy, bo pozdrawiają się tylko te same kasty. Na przykład kierowca zwykłego samochodu nie pozdrowi kierowcy kampera, za to kamperowiec obowiązkowo pozdrowi kamperowca. Natomiast już mniej obowiązkowo pozdrowi ciągnącego przyczepę kempingową. A jeśli już pozdrowi, to ten raczej nie odmacha, co nie oznacza, że nie odmachałby drugiemu ciągnącemu przyczepę… No ale tak czy siak fajnie jest minąć drugi samochód. Dużo większą frajdą jest już wyprzedzanie, a szczególnie wyprzedzanie długiego na cztery naczepy tzw. pociągu drogowego.

Uwaga na pociągi drogowe!

Uwaga na pociągi drogowe! Szczególnie na zakrętach

Można też zobaczyć bardzo dużo kangurów – oczywiście potrąconych. No i jeszcze więcej padlinożernych ptaków ucztujących na tych potrąconych kangurach i… też przy okazji potrącanych. Więc droga naprawdę ściele się trupem. Taka rozrywka. Od czasu do czasu spotkać można też strusia (żywego!), wiatrak rodem z westernów i rośliny-kule gnane przez wiatr i przecinające szosę, też rodem z westernów. Zresztą zobaczcie sami:

DSC01856_1

DSC01938_1

albo są to termitiery, albo nie mamy pojęcia co to jest

albo są to termitiery, albo nie mamy pojęcia co to jest

DSC01968_1

DSC01954_1

DSC01879_1

Wobec takich widoków wielkim zawodem był fakt, że na tym odludziu zanika sygnał radiowy, a liczyłem na wspaniałe sesje muzyki country. Na szczęście mam swój mały zbiór klasyków, które tłukliśmy na okrągło z pendrajwa.

Jak dziecko cieszyłem się też, gdy przy drodze pojawiał się znak – w zasadzie były tylko 4 znaki – uwaga wzniesienie, uwaga kratka w drodze (?), sorry, nie kupisz tu benzyny i uwaga parking/kemping.

Tych parkingów i kempingów to akurat było dużo, co sprawiało że człowiek tak naprawdę nigdy nie czuł się samotny. No może czasem czuł się i samotny i wystraszony, gdy trafiał na kemping widmo, bo już się ściemniało i trzeba było się gdzieś zatrzymać. To ten miły moment gdy opadasz z nóg i uświadamiasz sobie, że zdecydowałeś/aś się nocować na kempingu, gdzie nie ma innych ludzi, właściciel wygląda tak główny bohater „Teksańskiej masakry piłą mechaniczną” albo jak czarny charakter popularnego ostatnio „True Detective’a”, a jego żona/matka/córka/siostra wygląda dokładnie tak, że nie wiadomo czy jest jego żoną czy matką czy córką czy siostrą czy wszystkim po trochu. Oczywiście ja w takich okolicznościach nie jestem w stanie zmrużyć oka, myśli skaczą od jednego thrillera do drugiego, każdy szelest jest podejrzany, światła w oknach pobliskich domów nie dodają otuchy, bo przecież każdy wie, że w osadzie panuje zmowa milczenia, wszyscy są dziećmi wszystkich i dodatkowo wszyscy noszą kurtki szyte ze skór nielicznych gości kempingu w Creepy Creek…

No ale skoro to napisałem, to oczywiście nikt z nas sobie żakietu nie uszył. Rano niedawne lęki wydawały się przesadzone i nierealne (ale chojraków zapraszam do Creepy Creek wieczorem). Jedziemy dalej.

DSC01864_1

Namiastka Uluru, które postanowiliśmy odpuścić, a co!

Namiastka Uluru, które postanowiliśmy odpuścić, a co!

DSC01877_1

Z informacji praktycznych, jechaliśmy najpierw Stuart Highway, a następnie w Three Ways skręciliśmy na Barkly Highway. Na obydwu trasach konieczne jest dobre zaplanowanie tankowania, bo bez tego możemy stanąć w środku niczego, mając np. 250km do najbliższej stacji (planować trzeba na Stuart Highway na południe od miejscowości Kathrine i na Barkly Highway aż do miejscowości Hughenden; na odcinku Darwin-Kathrine oraz Hughenden-Townsville stacje benzynowe mija się już często). Oczywiście brak benzyny przez 250km to dla polskich kierowców żadna nowina, kto jechał A2 ten jest przyzwyczajony. No ale nie każdy jechał A2… Z reguły tam gdzie jest paliwo, tam jest też kemping/campervan park. Po drodze jest też dużo darmowych parkingów z ławeczką, daszkiem, wodą i toaletą, na których można spokojnie przenocować w swoim kamperze.

Wodę na kawusię przy odrobinie szczęścia można sobie zagotować w napotkanej po drodze wiacie :)

Wodę na kawusię przy odrobinie szczęścia można sobie zagotować w napotkanej po drodze wiacie 🙂

Śniadanko - w promocji był chleb tostowy (0,8$), awokado (1,5$ za szt), cebula (1$/kg) i jakieś mazidło (2szt za 4$). Pychota...

Śniadanko – w promocji był chleb tostowy (0,8$), awokado (1,5$ za szt), cebula (1$/kg) i jakieś mazidło (2szt za 4$). Pychota…

Tu na dzikim parkingu. Kierowca wypoczywa, pasażer gotuje

Tu na dzikim parkingu. Kierowca wypoczywa (nareszcie!), pasażer gotuje. Nasz śnieżnobiały szerszeń spisuje się dobrze.

Poniżej podajemy wszystkie mijane miejsca, w których można zatankować, cenę za litr benzyny (im większe odludzie, tym oczywiście drożej – jeśli w tabelce jest „bd” to znaczy, że ceny nie sprawdziliśmy, a nie że stacja zamknięta) i dystans między nimi. Miłego planowania 🙂

outback

W Three Ways są - tu niespodzianka - trzy drogi. Na północ, południe i wschód. Na większości stacji benzynowych znajdziemy informację o dystansach do kolejnych miejscowości / stacji benzynowych

W Three Ways są – tu niespodzianka – trzy drogi. Na północ, południe i wschód. Na większości stacji benzynowych znajdziemy informację o dystansach do kolejnych miejscowości / stacji benzynowych

A za Chaters Towers w miarę zbliżania się do Townsville w creekach pojawia się woda, a przy drodze pojawiają się wreszcie lasy, niemal grzybowe (ach, jak żałuję, że w tym roku ominął mnie sezon grzybowy!), które bliżej Cairns nieoczekiwanie zamieniają się w… Luizjanę (a przynajmniej nasze jej wyobrażenie). Robi się bardzo zielono, zieleń kapie na drogę, przy drodze stoją imponujące rezydencje obszarników otoczone palmami i egzotycznymi drzewami (rezydencje przypominają tę, w której mieszkał Forrest Gump z mamą), przecinamy pola trzciny cukrowej poprzecinane z kolei torami wąskotorówki zwanej pociągiem cukrowym. Są też uprawy bananów, a na co drugim domu szyld reklamujący świeże krewetki (znowu Forrest Gump!) i kraby. Są też mokradła i krokodyle. I ta intensywna zieleń. Jest pięknie. Zaczyna nas powalać z nóg.

DSC02047_1

DSC02052_1

Kazą uważać na pociąg, ale jak tu się bać pociągu cukrowego?

Kazą uważać na pociąg, ale jak tu się bać pociągu cukrowego?

DSC02059_1

im bliżej Cairns, tym na znakach mniej kangurów, a więcej kazuarów!

im bliżej Cairns, tym na znakach mniej kangurów, a więcej kazuarów!

plantacja bananów

plantacja bananów

po co płacić za kempingi, skoro przy odrobinie szczęścia można spędzić noc na takim parkingu tuż przy plaży?

po co płacić za kempingi, skoro przy odrobinie szczęścia można spędzić noc na takim parkingu tuż przy plaży?

W Cairns trafiamy do nieimprezowego hostelu (na początku nie wierzymy, że nie ma imprez. Myślimy sobie „what the fuck?”). Pogoda dopisuje. Jest słonecznie, ciepło (ale nie upalnie) i wietrznie. Relaksujemy się na pięknych plażach za miastem (no dobra, widzieliśmy piękniejsze, ale te nie są najgorsze), albo na promenadzie w środku miasta. Samo Cairns ma beznadziejne plaże, a w zasadzie ich nie ma, więc wybudowało sobie rewelacyjną promenadę, sztuczną lagunę i nadmorski park, w których kwitnie życie, ludzie piknikują, ćwiczą, opalają się, robią BBQ i jest miło. Niebo przecinają klucze dzikich… nie, nie gęsi. To nie Europa Wschodnia. Dzikich pelikanów i flamingów (tak naprawdę to się nie znamy, więc nie wiemy jakie to ptaki przecinają niebo nad Cairns, ale na pewno nie są to gęsi). Miejscowa młodzież w ramach rozrywki chodzi sobie na loty helikopterem nad Wielką Rafę Koralową – kto bogatemu zabroni? My nie chodzimy. Za to stamtąd oglądamy nocą tzw. „krwawy księżyc”. Robi się fajnie.

No dobra, plaża mogła by być lepsza, ale nie jestem wybredny

No dobra, plaża mogła by być lepsza, ale nie jestem wybredny. Tym bardziej, że to moje pierwsze spotkanie z Oceanem Spokojnym!

Park nadmorski nocą

Park nadmorski nocą

i krwawy księżyc

i krwawy księżyc

Nareszcie przestaję się bać, że rozbuchane oczekiwania odnośnie Australii mogą się nie spełnić…

A tak przebyte 3 tys. km wyglądają na mapie:

    (1377)

    12 odpowiedzi do artykułu “Ucieczka z Akademii Ćwoków

    1. Pawel B

      no to będę pierwszy choć nieśmiały jestem;)

      po pierwsze: niezła maszyna, kto prowadzi?
      po drugie: dlaczego nie ma zdjęć z Akademii Ćwoków? Cały czas rozważam podyplomówkę….;)
      po trzecie: Zdecydowaliście już, że zostajecie tam na zawsze;)?

      1. Piotrek Autor

        1. Chyba nie myslisz na serio, ze Pawel?
        2. bo sie wstydzilismy robic. Ale wpisz sobie w youtuba i bedziesz mial cwokow jak na dloni
        3. tak, pod warunkiem ze tu dojedziecie i zrobimy tu drugie jastrzabki 🙂

    2. Pingback: Hipisi na drodze, czyli najlepszy sposób na Australię | NasiGoreng.pl

    3. Pingback: AAA, czyli atrakcyjny alfabet australijski | NasiGoreng.pl

    4. Agata

      Super opis !:) Trochę mnie zmartwiliście tą relacją z Darwin… Przebywamy taką samą trasę, a później z Carins do Sydney, i mieliśmy zamiar w Darwin zostać parę dni (ale chyba trochę mi się odechciało), później wybieraliśmy się do Kakadu NT. Jaką porą roku tam byśliście ? My jedziemy w sierpień-wrzesień (żeby nie było za gorąco :)) Jakiej sieci polecacie kupić kartę telefoniczną (żeby mieć internet i dostęp do aplikacji wikicamps) :)? Jeśli pamiętacie to napiszcie nazwy kempingów które szczególnie polecacie !:))

      1. Piotrek Autor

        Hej Agata 🙂 Dzięki za wpis.

        My zdecydowalismy sie nie tracić zbyt wiele czasu na Darwin i nie żałujemy. Na wybrzeżu podobało nam się znacznie bardziej, co nie znaczy że Darwin i NT są beznadziejne – wszystko to kwestia indywidualna.

        Byliśmy tam w listopadzie i w NT było strasznie upalnie, ale już w okolicach Melbourne zaskakująco zimno. Więc nie jest tak, że cała Australia to spalona słońcem pustynia. Ciepłe ubrania bardzo nam się przydawały.

        Korzystaliśmy z karty Telstry – kupiliśmy oddzielnie kartę i oddzielnie mobilny modem. Nie pamietam juz dlaczego, ale to się pewnie najbardziej nam opłacało. Sprawdźcie sobie ich stronę wcześniej 🙂

        Co do kempingów to naprawdę trudno trafić na złe (poza Creepy Creek) – większość jest dobrze utrzymana i ma wszystkie możliwe udogodnienia. Natomiast najlepiej wpominamy te dzikie kempingi ze skromnymi facilities, ale za to były często super położone i oczywiście darmowe. Ta strona pomagała nam je znaleźć: http://www.caravancaravan.com.au

        Powodzenia

        1. Agata

          Jeszcze raz dzięki za rady ! 🙂 Już ostatnie pytanie : Czy na stacjach można płacić i kartą i gotówką ? My wolimy zabrać gotówkę – bo zawsze korzystniejsze będzie przeliczenie 🙂

          1. Piotrek Autor

            Jasne, mozna płacic kartą w zasadzie wszędzie. I zgoda – gotowka jest korzystaniejsza jesli chodzi o kurs wymiany

    5. Marek

      Hej. Za tydzień lecimy do Australii. Powiedzcie proszę, czy w tych budżetowych camerach są jakies koce, poduszki, czy trzeba mieć wlasne? A jakies naczynia, patelnie są?
      pozdrawiam Marek
      PS. Zajefajne opisy. Spore wyczucie literackie. Polecam zgłosić się do jakiegoś wydawnictwa i wydać książkę

      1. Piotrek Autor

        Czołem, dzięki za miłe słowa. Nie mamy pewności co do Wicked Camper, ale reszta ekonomicznych kamperów raczej ma (głową świadczymy za Hippie Camper i Britz) i pełną pościel i pełny zestaw kuchenny, łącznie z talerzami, garnkami, sztućcami itp. Dla pewności mozecie sprawdzic Terms & Conditions zanim zdecydujecie się na wynajem z konkretnej firmy. Pozdrawiamy

    6. Tomek

      Hej,
      Często piszecie, że „kemping był płatny”. Jakiego rzędu są to koszta i na co możemy wówczas liczyć i czego się spodziewać więcej, w porównaniu z kempingami bezpłatnymi?
      3majcie się

      PS. Świetny styl pisania. Gratuluję talentu i dziękuję za pomoc.
      Tomek

      1. Piotrek Autor

        Tomek, dzięki za pytanie i miłe słowa, aż się czerwienimy 😛

        Darmowe kempingi – ich główną zaletą było to, że były darmowe = wolno było na nich nocować za free. A to w Australii spora korzyść, bo poza ściśle wyznaczonymi miejscami nie wolno w kamperze nocować. Poza tym darmowe kempingi miewały toalety (czasem skanalizowane, czasem nieskanalizowane). Jak się miało duuużo szczęścia to miały jeszcze barbecue i stoliczki z daszkami. Nie zdarzyło nam się nocować na darmowym kempingu, który miałby prysznic i możliwość skorzystania z prądu. Ale na stronie http://www.caravancaravan.com.au/find będziecie mogli na bieżąco sprawdzać jaką infrastrukturę mają darmowe kempingi położone najbliżej Was.

        Płatne kempingi, o ile nas pamięć nie myli, zaczynały się od 15 AUD za non-powered site (czyli postawienie kampera na miejscu bez dostępu do prądu), a jeśli potrzebne było powered site (dostęp do prądu) trzeba było dopłacać 3-5 AUD. Więc można przyjąć że powered site’y średnio kosztowały 20-25 AUD.

        Caravan parki w porównaniu do darmowych kempingów miały 1) prysznice i łazienki z prawdziwego zdarzenia 2) WiFi 3) laundry room (pranie dodatkowo płatne), 4) dobrze wyposażoną kuchnię i barbecue area 5) basen 6) facilities do opróżniania kamperowych toalet (nie korzystaliśmy, bo nie mieliśmy w naszym kamperze takowej).

        My na „caravan parki” zaczęliśmy jeździć tylko po to, żeby podładowac akumulatory (i te samochodowe i te w komórkach/laptopach/innych sprzętach) no i żeby przy okazji wreszcie się porządnie i w spokoju umyć (więcej o tym tutaj: http://nasigoreng.pl/2014/11/18/roadtrip/) więc odwiedzaliśmy je najpierw co drugi dzień (bo baliśmy się, że lodówka rozładuje nam akumulator za szybko), a później (jak już wyczuliśmy lodówkę) co 6-7 dni, bo podróżowaliśmy po hipisowsku 🙂

        Dajcie znać jaki macie plan na Australię. Pozdrawiamy 🙂