NasiGoreng.pl

Australijska wsi spokojna, wsi wesoła

h1Wsi spokojna, wsi wesoła,
Który głos twej chwale zdoła?
Kto twe wczasy, kto pożytki
Może wspomnieć za raz wszytki?

No więc ja spróbuję je wspomnieć, a czy wszytki, to się okaże… Co nas podkusiło, żeby na wieś? Po Akademii Ćwoków i tysiącach kilometrów spędzonych na czterech kółkach szukaliśmy spokoju. Łaknęliśmy też kontaktu z prawdziwymi Australijczykami (żywiąc nadzieję, że ćwoki nie są tu normą), a gdzie ich spotkać jak nie na prowincji (prawdziwych Polaków też przecież więcej na wsiach i w małych miasteczkach, w dużych to w większości lemingi…)?

Niestety ze wsią jest ten problem, że nie da się po prostu na nią jechać, stanąć na skrzyżowaniu (zwanym też swojsko krzyżówkami) i ją chłonąć (chyba, że obok znajduje się pryzma obornika, obora i zbiornik z kiszonką; no ale ja tu bardziej o chłonięciu metaforycznie). Żeby ją poczuć (znowu metaforycznie) trzeba tam trochę czasu spędzić, pobrudzić sobie ręce wiejską pracą (brrrr…), pobiesiadować z mieszkańcami i posłuchać rechotu żab (albo innych paskudztw) wieczorową porą.

Z pomocą przyszedł nam helpx (www.helpx.net), serwis, za pomocą którego gospodarze (nie tylko farmerzy, ale również np. właściciele małych pensjonatów, winiarni etc.) szukają pomocników, których za kilka godzin pomocy dziennie będą gościć (to znaczy dawać dach nad głową, jadło i napitki). Na początku na pomysł pracowania w czasie wakacji zareagowałem histerycznie (nie po to mam przerwę od pracy, żeby jej nie mieć!; ktoś mi będzie mówił, co mam robić?!; mam pracować „za darmo”?!; na wsi to ja się już napracowałem pacholęciem będąc…), ale tak skonstruowaliśmy nasz profil na helpx, żeby było jasne, że praca pracą i oczywiście pomożemy w czym możemy, ale nam chodzi przede wszystkim o to, żeby poprzebywać z takimi gospodarzami i poznać Australię od jej wiejskiej podszewki.

Zalani zostaliśmy setkami ofert (no dobra, może nie setkami, ale z dziesięć przyszło) z całej Australii. Długo rozważaliśmy za i przeciw każdej z propozycji, w końcu zadecydowała nasza próżność – zdecydowaliśmy się jechać do Sue – pięćdziesięciokilkuletniej kobiety z Queensland, która napisała nam, że nasz profil to najlepszy profil na helpx, jaki widziała (Piotrek spędził nad nim z tydzień cyzelując każdą literkę) i że koniecznie musi nas poznać. A że nie sposób odmówić, gdy niewiasta prosi, więc tak oto trafiliśmy do pięknie położonej rezydencji w Pomonie, którą Sue wraz z pomocą pomocników z helpx doprowadza do świetności od prawie roku. Co nie znaczy, że dla nas pracy nic już nie ostało…

Oto obejście w gospodarstwie Sue (choć nazywanie tego gospodarstwem raczej gospodarstwom urąga – bliżej temu miejscu do rezydencji)

Oto obejście w gospodarstwie Sue (choć nazywanie tego gospodarstwem raczej gospodarstwom urąga – bliżej temu miejscu do rezydencji)

dom_widok
dom_widok2

Where's Wally, czyli znajdź Piotrka

Where’s Wally, czyli znajdź Piotrka

Where's Wally 2, czyli gdzie jest Paweł

Where’s Wally 2, czyli gdzie jest Paweł

Dziś bez przestanku pracujem
I dniom świętym nie folgujem:
Więc też tylko zarabiamy,
Ale przedsię nic nie mamy.

Każdy, kto mnie zna, wie jak lubię pracę fizyczną, jak kontempluję chwile , gdy brud chrzęści pod paznokciami wbijając się coraz głębiej, kurz atakuje oczy, a strużki potu ochoczo spływają po ciele… Nikogo nie powinno więc dziwić, że każdy nowy dzień witałem radosnym „O k…a, ale mi się nie chce!” A że w Queensland o tej porze roku w ciągu dnia robi się już dość gorąco, to wstawaliśmy wcześnie rano, żeby odbębnić (znaczy uczciwie przepracować) swój 4-5 godzinny dzień pracy przed upałem, co dodatkowo wzmagało mój entuzjazm. Piotrek na początku udawał, że prace „na gospodarce” lubi, ale po kilku dniach dołączył do mojej porannej pieśni chwalącej uroki wiejskiej pracy…

Chociaż uczciwie (bo my tu na blogu tylko i wyłącznie uczciwie) trzeba przyznać, że nasze zadania to superciężkich nie należały. A to trzeba było oczyścić basen, a to ściąć trawę, umyć okna, oczyścić ogród, popalić gałęzie… Naszym flagowym projektem stało się jednak zbudowanie elektrycznego pastucha (mam nadzieję, że mieszczuchy wiedzą, co to takiego…), który ma za zadanie przekonać dwie małe śliczne krówki, że nie warto wchodzić do ogródka, na pole sąsiada i w inne zakazane albo niebezpieczne miejsca. Zakazanych miejsc (dla krów, my tam wszędzie właziliśmy) w posiadłości Sue wiele, a dodatkowo codziennie pojawiały się w głowie Sue nowe (inne stamtąd znikały). W związku z powyższym stworzyliśmy z pastucha prawdziwy elektryczny labirynt, który nadawałby się nawet dla Minotaura, a nie tylko dla dwóch małych australijskich krówek.

Dzielnie wbijaliśmy kolejne słupki, łączyliśmy kolejne przewody, tworzyliśmy bramy, pętle… A wszystko po to, żeby w końcu po wielu godzinach ciężkiej pracy przekręcić pstryczek elektryczek, z pewną dozą nieśmiałości położyć palec na przewodzie i… „Co jest?! Nie płynie?! Cholera, wiedziałem, że coś się spartoli” (co prawda nie padło słowo „spartoli”, ale inne podobnie brzmiące). Nerwowo przeszukiwaliśmy dawno nieodwiedzane i zakurzone obszary naszych mózgów w poszukiwaniu wiedzy z lekcji fizyki i techniki na temat obwodów elektrycznych, że niby są jakieś szeregowe, równoległe, ale słabo nam to szło. Na szczęście lepiej nam poszło z przeszukiwaniem miejsca, gdzie nam prąd „uciekał” – ot mały supełek, w którym druciki nie stykały się tak jak porządnym drucikom przystało. Poprawiliśmy i… Zadziałało! Jupi, jupi, jaj – przez następne dziesięć minut biegałem wzdłuż pastucha i radością odkrywcy przeżywałem kolejne „kopnięcia” prądu…

Pieszczoty prądowe pieszczotami prądowymi, ale i tak największą radość przeżywaliśmy, gdy praca się kończyła. Nie dość że to koniec, to jeszcze mogliśmy na własnych organizmach poczuć ekstazę, którą odczuwa duży odsetek (głównie męskiej części) ludu pracowniczego, gdy przychodzą do domu zmęczeni, spoceni, śmierdzący, ale nie myślą o żadnych prysznicach, mydłach i innych pierdołach, tylko pewnym krokiem zmierzają do lodówki, silnym chwytem łapią puszkę albo butelkę i piwa i wlewają w siebie zimny, boski napój…

Mała żółta skrzynka - centrum dowodzenia pastucha

Mała żółta skrzynka – centrum dowodzenia pastucha

Piotrek i jego ulubiona zabawka

Piotrek i jego ulubiona zabawka

Paweł i jego najmniej ulubiona zabawka

Paweł i jego najmniej ulubiona zabawka

Jaka praca, takie piwo (czyli małe:()

Jaka praca, takie piwo (czyli małe:()

A kiedy z pola zbierzemy,
Tam dopiero odpoczniemy
Dołożywszy z wierzchem broga;
Już więc, dzieci, jedno Boga!

Oczywiście po 4 godzinach pracy fizycznej dziennie padaliśmy na twarz, w związku z czym naszym głównym zajęciem po południu było leżenie nad basenem (rzadziej wykonywanie leniwych ruchów w basenie – w końcu padaliśmy z wycieńczenia). Niestety pech chciał, że nasza „wioska” leżała w okolicy bardzo atrakcyjnej z turystycznego punktu widzenia, w związku z czym nie dość, że zmęczone członki dokuczały, to jeszcze sumienie wyrzucało non stop „Ruszcie się, zobaczcie coś!”. No więc czasem mając już dość tych wyrzutów ruszaliśmy się.

Wystarczyło przejechać dwadzieścia kilka kilometrów, aby znaleźć się najpierw w znanym w całej Australii resorcie Noosa Heads (znanym z zepsucia, ekskluzywności i szpanerstwa), a kawałek dalej nad szerokimi białymi plażami. Spanikowani rozglądaliśmy się za szachownicą poletek rozgraniczonych parawanami (chyba mało atrakcyjne te plaże skoro ludzie się na nich nie kłębią, nie czuć zapachu przypalonego dorsza czy innej makreli, a dzieciaki nie sypią piaskiem w oczy przeskakując ci nad głową?), ale Sue uspokoiła nas, że plaże ciągną się tu kilometrami i każdy może znaleźć sobie spokojne miejsce. Nieufni położyliśmy się na ręcznikach blisko ludzi, nadbałtyckie zwyczaje tkwią w nas głęboko.

Gdzie są ludzie?

Gdzie są ludzie?

Najbardziej zaludnione miejsce na plaży – z dzikimi tłumami i ratownikiem

Najbardziej zaludnione miejsce na plaży – z dzikimi tłumami i ratownikiem

Jak jesteś w Australii to na pewno w pobliżu jest co najmniej jeden, a bardziej prawdopodobne że kilka parków narodowych. Nie inaczej było w okolicach naszej wsi. Zmęczeni, najpierw pracą, potem plażowaniem (powinienem chyba sobie wytatuować na czole „Podróżowanie męczy”), daliśmy się namówić Sue na spacer po Cooloola National Park, żeby rozkoszować się pięknym zachodem słońca. Rozkosz była tym pełniejsza, że dobrzy Australijczycy zadbali o to, żeby chodzenie po parku nie było zbyt męczące i potworzyli szerokie ścieżki, z których część nawet pokryli asfaltem…

Cooloola National Park

Cooloola National Park

park2
park_piotrek

Wrota Piekieł (chciałem zejść na dół, ale się nie dało; A myślałem, że do piekła łatwo trafić…)

Wrota Piekieł (chciałem zejść na dół, ale się nie dało; A myślałem, że do piekła łatwo trafić…)

Wrota Piekieł (chciałem zejść na dół, ale się nie dało; A myślałem, że do piekła łatwo trafić…)

Wrota Piekieł (chciałem zejść na dół, ale się nie dało; A myślałem, że do piekła łatwo trafić…)

Ów rozkoszny zachód słońca

Ów rozkoszny zachód słońca

park_zach1
Oprócz głosów sumienia co jakiś czas odzywała się do nas góra, którą codziennie oglądaliśmy z naszej werandy. Na pierwszy rzut oka może niezbyt wielkich rozmiarów, ale stroma i obiecująca litry (kolejne!) wylanego potu. Rzeczywiście było stromo, ale co zrobili dobrzy Australijczycy? Ano przymocowali do góry metalowe schody. Niech żyje przygoda!

Cień wielkiej góry Cooroora

Cień wielkiej góry Cooroora

Krzywy uśmiech Piotrka (nie wie, czy się cieszyć, bo schody i łatwiej, czy się martwić, bo schody i satysfakcja mniejsza)

Krzywy uśmiech Piotrka (nie wie, czy się cieszyć, bo schody i łatwiej, czy się martwić, bo schody i satysfakcja mniejsza)

A jak już weszliśmy, przyszły chmury…

A jak już weszliśmy, przyszły chmury…

Żeby dopełnić listę miejscowych atrakcji muszę wspomnieć też o targowisku w Eumundi – dwa razy w tygodniu ściągają tam żądni okoliczni mieszkańcy. Co prawda nie udało nam się ustalić, czego żądni. Chyba sztuki i rozrywki, bo na rynku wystawiają się okoliczni „artyści” i sprzedają swoją „sztukę”. Do tego na każdym rogu przygrywają różnego sortu grajkowie (a to człowiek orkiestra, a to dziecko na skrzypkach, a to kloszardopodobny brodacz z gitarą i zachrypiałym głosem), a całość dopełniają stoiska z jedzeniem. Czyli dla każdego, coś dobrego. Nie ukrywam, że i ja coś dla siebie znalazłem – cudowne piwo imbirowe (pali przełyk, że hej!).

Były wrota do piekieł, to dla niektórych wrota do raju (choć Piotrek nie wygląda jakby należał do „niektórych”)

Były wrota do piekieł, to dla niektórych wrota do raju (choć Piotrek nie wygląda jakby należał do „niektórych”)

Juzzie Smith, czyli lokalny człowiek orkiestra

Juzzie Smith, czyli lokalny człowiek orkiestra

Ja swój raj w Eumundi znalazłem – piwo imbirowe. Obok Sue – niestety wygrała ze mną konkurs na najładniejsze nakrycie głowy

Ja swój raj w Eumundi znalazłem – piwo imbirowe. Obok Sue – niestety wygrała ze mną konkurs na najładniejsze nakrycie głowy

Zatym sprzętna gospodyni
O wieczerzej pilność czyni,
Mając doma ten dostatek,
Że sie obejdzie bez jatek.

Skoro pokazaliśmy już naszą gospodynię na zdjęciach, to warto napisać o niej kilka zdań, bo to kobieta nietuzinkowa. Czort wie (albo czort to sprawił), że samotna kobieta z Melbourne zdecydowała się na zakup posiadłości w patriarchalnym Queensland. Po latach spędzonych na salonach australijskich, a także jako nauczycielka m.in. w Brunei i Arabii Saudyjskiej miała przygotowanie do wielu rzeczy, ale raczej nie do prowadzenia minifarmy. No ale jakoś pcha ten wózek do przodu. Do tego jest cudowną kobietą, inteligentną, dowcipną, mogącą godzinami opowiadać historie i anegdoty ze swojego życia (ja po godzinie odpływałem, Piotrek był lepszym słuchaczem, szczególnie jeśli na stole jeszcze było wino).

Zresztą cała okolica roiła się od galerii ciekawych postaci. A to Johnie, weteran wojen w Iraku i w Afganistanie (podobno sam nie może doliczyć, ilu ludzi tam zabił), a to Jeff, któremu kobieta, której pozwolił wprowadzić się do siebie do domu, zabrała ten dom (podobno zgodnie z prawem), a teraz cały czas go śledzi (co prawda nie wiemy po co, skoro dom już zdobyła). Z jednej strony za sąsiada Sue ma pedofila (nie pytajcie skąd wiemy), a z drugiej Ruth. Ruth zresztą stała się moją ulubienicą… Z wyglądu taka „prawdziwa baba ze wsi”, około 60 lat, spódnica, wełniane skarpety do kolan, piersi do pasa (bo kto by tam nosił stanik). I spojrzenie, którym mogłaby wygrywać wojny, zabijając masowo wroga. Ale mnie zabiła, wręcz przeciwnie – uratowała mi życie.

Pewnego dnia, świeżo po pracy przy drewnie, Piotrek zauważył na mojej szyi brązową kulką. „Kleeeeszcz” – krzyknął na całą Pomonę (a przynajmniej pół). Ponieważ był to pierwszy kleszcz w moim życiu, zacząłem krzyczeć jeszcze głośniej „Wyciągnij go, szybko!!! On mnie zatruwa! Umieeeram, czuję jak zaraża mnie boreliozą!”. Moje krzyki na nic się zdały – Piotrek stwierdził, że najpierw musimy sprawdzić w internecie, w którą stronę wykręca się kleszcza. No i oczywiście przez kolejnych 5 minut trwałem w agonii, zanim google dał nam odpowiedź. Teoria teorią, a wykręcanie kleszcza to nie jest bułka z masłem. Mimo licznych prób (przerywanych moimi krzykami i drgawkami agonalnymi) Piotrkowi nie udało się wyciągnąć z mego ciała mordercy. Pobiegłem szukać ratunku do Sue, która wraz z robotnikami i sąsiadami rozprawiała na temat budowanej tamy.

Paweł: Sue, pomocy. Patrz na moją szyję…
Sue: O masz kleszcza! Jesteś moim pierwszym gościem, który ma kleszcze, super!
Paweł (błagalnym, co rzadko mu się zdarza, tonem): Ale ja zaraz umrę…
Sue: Spokojnie… (i odwracając się do stojącej kilka metrów dalej kobiety) Ruth, mam to coś dla Ciebie…
Z gracją szarżującego nosorożca doskoczyła do mnie Ruth, spojrzała, złapała mnie za szyję i… wyciągnęła kleszcza.
Paweł (niepewnie, co rzadko mu się zdarza): Ale trzeba chyba wykręcać…
Ruth: Cisza!
I nie wdając się ze mną w dyskusje wzięła opitego moją cenną krwią kleszcza w… zęby i rozgryzła. Z moich ust wydobyło się jedynie ciche westchnienie, na które Ruth zareagowała jedynie pełnym lekceważenia spojrzeniem. A potem wyjaśniła wszystkim
Ruth (z dzikim uśmiechem na pokleszczowych ustach): Musiałam go rozgryźć, inaczej bym go nie zabiła.
Nie miałem więcej pytań (co rzadko mi się zdarza), ważne, że przeżyłem… A Ruth została moją bohaterką.

Wśród sąsiadów Sue byli też handlarze narkotyków, niestety nie mieliśmy przyjemności poznać… Co nie znaczy, że nie mieliśmy styczności z narkotykami (już widzę jak naszym matkom zapalają się kontrolne lampki w oczach – spokojnie!). Ponieważ Sue to taka dobra ciocia, to pozwoliła parze Francuzów, których gościła, zostawić u siebie w garażu samochód, gdy nagle musieli opuścić Australię (ciekawe dlaczego…). A że od dłuższego czasu nie dawali znaku życia, Sue postanowiła go sprzedać. A my go do tej sprzedaży przygotowywaliśmy – ładowaliśmy akumulator, odkurzaliśmy, myliśmy, usuwaliśmy niepotrzebne graty. A wśród tych gratów niezła gratka – torba (powtarzam: torba, nie torebka) marihuany. Oczywiście z obrzydzeniem powąchaliśmy, żeby mieć pewność co to takiego, a potem, z równie dużym albo jeszcze większym obrzydzeniem, schowaliśmy gdzieś w domu Sue. I pewnie wśród naszych czytelników znajdą się tacy, którzy pomyślą, że dlaczego, że jak, że cała torba, że szkoda – spuśćmy na to zasłonę milczenia. Potrafimy się bawić bez narkotyków, byle był alkohol:)

Swoją drogą z smsa od Sue dowiedzieliśmy się, że „to” znalazło już nowych szczęśliwych właścicieli…

My i nasza przyjaciółka Sue

My i nasza przyjaciółka Sue

Siadaj za stół, jesliś głodzien,
Nakarmią cię, czegoś godzien;

A alkohol pojawiał się, ku naszej wielkiej uciesze, nie rzadko. Wiadomo, że jak upał, to trzeba ugasić pragnienie zimnym piwkiem. Ale dopiero podczas kolacji pojawiało się to, czego nam najbardziej brakowało w dotychczasowej podróży, czyli wino. I to pojawiało się w ilościach, które były w stanie usatysfakcjonować nawet Piotrka (bogowie, i nie tylko, wiedzą jakie to trudne). A każdy człowiek na poziomie wie, że wino najlepiej smakuje z dodatkiem jedzenia (niektórzy twierdzą, że to wino jest dodatkiem do jedzenia, ale jakoś nie potrafimy im uwierzyć). O ile Sue wyspecjalizowała się w deserach (najlepszy tort bezowy Pavlova i sernik cytrynowy, jakie w życiu jadłem), to my braliśmy zazwyczaj na siebie przygotowywanie dań głównych. Żeby nie rozpisywać się znowu zbytnio na temat jedzenia, napiszę tylko, że Piotrek zrobił między innymi „gulasz wołowy ciotki Mańki z Czech” („Całkiem smaczny”, podsumowała bywalczyni najlepszych australijskich restauracji, Sue), a ja risotto grzybowe („Rewelacyjne! Jakość restauracyjna! Najlepsza potrawą, jaką mi ugotowano!”, podsumowała bywalczyni najlepszych australijskich restauracji, Sue).

Skromna kolacyjka u Sue

Skromna kolacyjka u Sue

„Smaczny” gulasz Piotrka

„Smaczny” gulasz Piotrka

Sue i Piotrek uszczęśliwieni „rewelacyjnym” risotto grzybowym Pawła („o jakości restauracyjnej”)

Sue i Piotrek uszczęśliwieni „rewelacyjnym” risotto grzybowym Pawła („o jakości restauracyjnej”)

Chwała Bogu, że te kraje
Niosą insze obyczaje,
Ani w Polszcze jako żywy
Zjawiły sie takie dziwy.

Australijska wieś, a przynajmniej ta, na której byliśmy, różni się od polskiej. Po zakończonej pracy „wieśniacy”, zamiast spieszyć się na „M jak miłość” albo „Rolnik szuka żony” ładują swoje deski surfingowe i ruszają nad ocean. A po powrocie zamiast napychać się kaszanką i salcesonem rozpalają barbecue i smażą steki. W międzyczasie rzucając się z łopatą na przepełzującego przez werandę śmiertelnie jadowitego węża i odrąbują mu łeb (za co oczywiście grożą bardzo duże grzywny, ale kto by się tam przejmował). A nad gotowymi stekami próbują rozmawiać z przybyszami z jakiejś tam Polski (gdzie to jest mejt?!), z których co chwila sobie żartują używając slangu i stosując niezrozumiały dla obcych queenslandzki akcent.

Niezrozumiały dla przybyszów z Polski, przynajmniej początkowo, jest również stosunek do zwierząt. To, że rozmawiają ze zwierzętami domowymi to jeszcze nic dziwnego. Ale że dwie młode krowy, które zakupiła właśnie Sue, miały określone profile psychologiczne („Polyanna jest odważniejsza, bardziej szalona, żądna przygód, a Bubble ostrożna, zrównoważona i spokojna”) , było dla ograniczonych Polaków zaskoczeniem. Ich zdziwienie trochę zmalało, gdy autorka owych profili – poprzednia właścicielka, która przywiozła do Sue krówki, pokazała z dumą swój pośladek, na którym miała wytatuowaną… krowę. Zresztą krowy z tych profili i ich autorki chyba sobie nic nie robiły, bo przez godzinę nie chciały opuścić przyczepki i wyjść na swoje nowe pastwisko, mimo licznych próśb, różnorodnych podnoszonych argumentów i wielorakich zachęt (np. „Polyanna, kochanie, no chodź do pańci, hop”) za nic nie dało się do przemówić. W końcu przybysze z dzikiej Polski zaproponowali, że może by tak mniej do nich mówić i używać siły argumentów, a bardziej użyć argumentu siły. Oczywiście zadziałało, ale „krowiarka” do końca swojego pobytu na farmie Sue patrzyła na barbarzyńskich Polaków z urazą…

Najdziesz, kto w płat język dawa,
A radę na funt przedawa,
Krwią drudzy zysk oblewają,
Gardła na to odważają.

A żeby nie było, że wszystko na tej australijskiej wsi takie inne i dziwne, to trzeba koniecznie wspomnieć o tym, co jest chyba takie samo wszędzie – plotki, zawiść i waśnie sąsiedzkie. Kto, z kim, ile razy i dlaczego wiedzą wszyscy (a przynajmniej o tym mówią). Wtargnięcie krów na pastwisko sąsiadów traktowane jest jak agresja i największa obraza. A jak dodamy do tego wodę, która spływa z jednej posiadłości na drugą i w czasie powodzi z powodu źle zbudowanej tamy na jednej posiadłości może zalać posiadłość sąsiada, mamy sytuację bliską trzeciej wojny światowej. W trakcie naszego pobytu rozkwitał właśnie w najlepsze konflikt między Sue a jej sąsiadem Lyndanem, wyszukane wyzwiska i groźby procesów sądowych śmigały w powietrzu. Oczywiście nie byliśmy bezstronni w tej wojnie i staraliśmy się na każdy możliwy sposób wesprzeć Sue. A że „polskie nas wydało plemię”, to zrobiliśmy to, w czym jako naród jesteśmy ostatnio dobrzy – nagraliśmy pełną wyzwisk ze strony Lyndana rozmowę z Sue. Tak powstały australijskie taśmy prawdy, a ja poczułem się nieomal jak kelner z Pod Sową…

Główny bohater australijskich taśm prawdy

Główny bohater australijskich taśm prawdy

I gdy Piotrek przestał sypiać w nocy, bo opracowywał strategię walki z niecnym sąsiadem, a dodatkowo zaczął rozmawiać z psem i kotem Sue (psa bym jeszcze zniósł, ale z kotem?!), stwierdziłem, że chyba za bardzo już przesiąkliśmy tą australijską wsią i czas ruszać dalej. Plaże na wschodnim wybrzeżu czekają, wystarczy tego roztkliwiania się nad wsią, bo przecież:

Dzień tu, ale jasne zorze
Zapadłyby znowu w morze,
Niżby mój głos wyrzekł wszytki
Wieśne wczasy i pożytki.

A działo się to tu:

    (1232)

    5 odpowiedzi do artykułu “Australijska wsi spokojna, wsi wesoła

    1. AmmA

      Bardzo znajomo brzmią Twoje zachwyty o pracy .Szkoda że u nas tylko stawy bez tego pięknego basenu ale wszystko przed Tobą.

    2. Asia

      O ty biedne pacholecie, ty to się w życiu napracowałeś 🙂 No ale dzięki australijskiej wsi miałeś możliwość wrócić do dzieciństwa, z pastuchem w roli głównej.

    3. Pingback: AAA, czyli atrakcyjny alfabet australijski | NasiGoreng.pl