NasiGoreng.pl

Melbourne Cup, czyli nie mam się w co ubrać!

feat1Mamy to szczęście, że w Melbourne mieszka nasza przyjaciółka. Przyjaciółka asertywna. Wiedzieliśmy, że chcemy do niej przyjechać, ale ani nie wiedzieliśmy kiedy, ani nie wiedzieliśmy, co chcemy w Melbourne zobaczyć. Na szczęście więc męską decyzję podjęła za nas – przyjeżdżacie na Melbourne Cup. Mina trochę nam zrzedła już po przybyciu na miejsce, gdy po przejrzeniu naszej stricte podróżniczej „garderoby” przyjaciółka podjęła za nas jeszcze jedną męską decyzję: W tym nie pójdziecie, trzeba Was po ludzku ubrać.

Chcąc nie chcąc, poszliśmy więc na zakupy. Bo na Melbourne Cup, czyli wyścigi konne, które od 1861 roku stops the nation (sprawiają, że cały naród przystaje) w podróżniczych łachach iść nie wypada. Dress code jest jasny: panowie dopasowany garnitur, najlepiej w towarzystwie stylowego kapelusza, panie sukienka co najmniej jak na przyjęcie z okazji Urodzin Królowej, a na głowie tzw. fascynator. Fascynator to temat oddzielny. Złośliwi powiedzieliby, że wygląda jak zestrzelony bażant, ale wielbicielki mody, dobrego stylu i Melbourne Cup za takie określenie by się obraziły, więc pozostaje mi skwitować, że jest to ozdoba z kwiatów / piór wpinana we włosy dam w postaci kapelusików, toczków, opasek… Jeśli masz najpiękniejszą nawet kreację, ale o fascynatorze zapomniałaś, to lepiej na Melbourne Cup zostań w domu, bo tam KAŻDA kobieta nosi fascynator (a ceny niektórych idą w tysiące dolarów).

Czego słowem nie oddam, oddam obrazem. Przykłady fascynatorów z Melbourne Cup za heraldsun.com.au

Bez fascynatora będziesz się czuła underdressed, czyli mniej więcej tak jak my w kolorowych spodniach, na wpół eleganckich koszulach i bardzo eleganckich… trampkach. Wszystko kupione specjalnie na tę okazję, ale w zderzeniu z 95% mężczyzn w garniturach i kapeluszach na Melbourne Cup wyglądaliśmy jak czterdziestolatek na weselu w garniturze ze studniówki – ŹLE! Znajomi znajomej spotkani na Melbourne Cup najpierw patrzyli na nas z politowaniem, a po wyjaśnieniu, że my podróżnicy, że my tu tylko przejazdem, przypadkiem, że niechcąco, uśmiechali się ze politowaniem: aha, to teraz rozumiemy.

Bo trzeba przyznać, że dla melbournczyków (jest takie słowo?) Melbourne Cup to wielkie święto, które każdy traktuje serio. Jeśli nie idzie się na tor wyścigowy, to obowiązkowo ogląda się wyścigi w parkach / na placach albo co najmniej w swoim pubie. W stanie Victoria jest to dzień wolny od pracy, Melbourne jest wyludnione, na ulicach można spotkać jedynie zdezorientowanych turystów nie do końca rozumiejących dlaczego jest tak pusto, dlaczego poranek rozpoczyna się od champagne breakfast i dlaczego potem gna się w pięknych strojach na pociąg do Flemington.

Zresztą jaki tam pociąg… Na tor we Flemington najlepiej dolecieć helikopterem, dopłynąć jachtem lub przyjechać konnym zaprzęgiem. Biedota, czyli 99% publiczności siłą rzeczy dojeżdża jednak pociągiem. Pociągiem, który elegancją pasażerów przebija nawet warszawskie metro o 20.00 w Sylwestra. Przede wszystkim jest 10 razy bardziej wykwintnie. Panie rozmawiają o fascynatorach, a panowie o tym gdzie kupili garnitur, bo nie oszukujmy się – nikt w tych ubraniach na co dzień, ani nawet od zwykłego święta nie chodzi. Wprawne oko dostrzeże, że niektóre panie z sukienkami przesadziły (za krótkie / za ciasne), a i niektórzy panowie w garniturach czują się bardzo nieswojo. Ale to nieważne – ważne jest to, że wszyscy (z wyjątkiem nas) czują się piękni i świąteczni. I wszystko gra. Wchodzimy na teren toru wyścigowego.

aaaa

Trybuny Melbourne Cup

bbb

i jeszcze raz trybuny…

Nasze ulubione urocze sąsiadki

Nasze ulubione urocze sąsiadki

gradacja cen

a to już trybuny dla bogaczy. Ceny (za szybą) zaczynają się od tysięcy dolarów…

niektórzy...

Wszyscy ubrali się najlepiej jak potrafili. Niektórzy co prawda ubrali się tylko po to, by być zauważonym, szczególnie bohaterki drugiego planu – pani w sukience z lalek Barbie i jej koleżanka w fantazyjnym stroju krzyczącym do weń wgapionych „pogódź się z tym”

 

Po szampana (no dobra, może nie po prawdziwego szampana, ale po zwykłe bubbles, czyli bąbelki) czeka się w godzinnej (naprawdę!) kolejce. Przy torze atmosfera piknikowa – bo Melbourne Cup to nie tyle wyścigi konne, co impreza towarzyska. Widok ścigających się koni przysłaniają fascynatory, kapelusze, kieliszki szampana (yyyy, tzn. bubbles). Części publiczności nic w zasadzie wyścigów nie przysłania, bo do toru odwróceni są plecami… A naprawdę jest co oglądać – kolorowy, rozbawiony tłum, tysiące rozkładanych krzeseł i kocy, kosze piknikowe wypchane rozmaitym jadłem. Zresztą nie byliśmy gorsi – zabraliśmy ze sobą wiklinowy kosz i 2 torby pełne jedzenia.

DSC03430_1

Ale gdy przychodzi czas TEGO wyścigu 110 tys. ludzi zebranych na trybunach (!) i pozostałe 23 mln Australijczyków rzeczywiście przystaje. Wszyscy bowiem obstawili zwycięzcę. Albo mniej oficjalnie wśród kolegów w pracy, albo oficjalnie na torze, albo kto ich tam wie gdzie, ale WSZYSCY obstawili. Słychać tętent cwałujących koni. Chwilę później zagłusza go ryk 110 tysięcy gardeł dopingujących swojego faworyta. Mało wprawionym (nam!) ciężko połapać się co się dzieje. Wszystkie konie wyglądają podobnie, numerów na derkach nie widać, dżokeje zlewają się w jedną masę… Nie wiemy co się dzieje mimo, że stoimy bardzo blisko toru. Ale na szczęście nie ma czasu na niepewność. Po kilku sekundach konie przekraczają linię mety. Wśród publiczności jedni ryczą ze szczęścia, inni rwą włosy z głowy z nieszczęścia, inni… udają że wygrali, mimo że nie wygrali (każda strategia jest dobra).

DSC03503_1

DSC03451_1

i gdy już wydaje się, że na moment wszyscy zainteresowali się końmi, pojawia się ona - trzaskająca sobie i swojemy fascynatorowi złotym ajfonem samojebkę na feja. Duch narodu nie umarł!

i gdy już wydaje się, że na moment wszyscy zainteresowali się końmi, pojawia się ona – trzaskająca sobie i swojemy fascynatorowi złotym ajfonem samojebkę na feja.

Wkrótce po rozstrzygnięciu wyścigu, który zatrzymał cały naród, zaczyna się część równie interesująca, co szokująca. Kurtyna opada… Duża część z tych 110 tys. wykwintnie ubranych ludzi upija się, a niemały odsetek wręcz zachlewa się na umór. Na starannie wypielęgnowanych trawnikach toru we Flemington wykwitnie ubrane „damy” podciągnąwszy sukienki zalegają na ziemi w wykwintnej pozie „siad po turecku” pośród opróżnionych puszek i potłuczonych kieliszków po szampanie, piknikowe koce nakryte szlachetnymi serami tratowane są przez nachlanych „dżentelmenów”, Morfeusz dopada szlachetnie ubranych przy świetnikach, na schodach, w toaletach… Fascynatory obsuwają się, sukienki podciągają się, krawaty rozluźniają się, koszule wychodzą ze spodni… Słowem typowe polskie wesele o 5 nad ranem, tylko tu w Australii jednak w całej swej degrengoladzie stroje nadal są dużo bardziej gustowne. I mimo wszystko jest bardziej „na poziomie”, nie ma agresji, ludzie „upadlają się” na wesoło.

DSC03487_1

DSC03489_1DSC03524_1Warto obejrzeć stan przed i po, bo obydwa są wyjątkowo ciekawymi zjawiskami socjologicznymi i post factum stwierdzamy, że mimo pewnego niedopasowania tekstylnego było to dla nas naprawdę intersujące wydarzenie.

Bilans całej imprezy też jest ciekawy: 2 martwe konie (w tym jeden z faworytów), 800 mln dolarów wydanych przez widzów, my pakujemy ciuchy, które ani na Melbourne Cup za bardzo nie pasowały, ani tym bardziej nie pasują na resztę podróży no i żałujemy, że z taką „końską” tradycją cały czas nie możemy doczekać się w kraju nad Wisłą wyścigu, który zatrzymałby w takim stylu i choć na chwilę… nasz maryjny lud.

fourinhand.com.au

(960)

3 odpowiedzi do artykułu “Melbourne Cup, czyli nie mam się w co ubrać!

  1. Pawel B

    no, no – lans i bans…..

    no jak nie ma u nas, a co z Wielką Warszawską…? i brak facynatorów tak nie razi;)

  2. Kata

    Wasz blog uczy dosyć zaskakujących rzeczy… Byłam dzisiaj na pewnym wykładzie i jako jedyna w grupie wiedziałam, co to jest fascynator 🙂

  3. Pingback: AAA, czyli atrakcyjny alfabet australijski | NasiGoreng.pl