NasiGoreng.pl

Hipisi na drodze, czyli najlepszy sposób na Australię

header1

Czy ja już pisałem, że zepsuci tanim życiem w Azji po przyjeździe do Australii przeżyliśmy cenowy szok? Pisałem, ale dla dosadności przekazu powtórzę. Szok był tak wielki, że zwinęliśmy się w kokon w okropnym hostelu, w którym jedno miejsce było droższe niż dwuosobowy pokój w naszym najdroższym azjatyckim hotelu i ssąc kciuk… odmówiliśmy konsumpcji. Odmówiliśmy do kolacji, bo głód nasze postanowienie pokonał, więc na kolację udaliśmy się do pobliskiego… hipermarketu. Zrobiliśmy to, czego nauczony jest każdy szanujący się polski studenciak, gdy kończy się kasa – weszliśmy w rameny (fachowa nazwa tzw. „zupek chińskich”). Australijskie rameny, nawet te przebrane za azjatyckie, są jednak wyjątkowo niesmaczne, więc ręce nam opadły i powróciliśmy do hipisowskiej myśli o rezygnacji z konsumpcji… Jak żyć, panie premierze?

W sukurs przyszedł nasz zmysł analityczny, bo szybko okazało się, że nasz budżet w Australii wykańczają w zasadzie dwie pozycje: transport oraz noclegi. Odpowiedź na to może być więc jedna – załatw sobie kampera.

Kampera w Australii można sobie załatwić na 3 sposoby:

  • Kupić – dobra opcja dla wszystkich, którzy mają duuuużo czasu (np. przyjechali do Australii na kilka miesięcy), podstawowe chociaż pojęcie o silniku (raczej kupuje się złomy, po których jeśli ktoś płakał jak sprzedawał, to ze szczęścia że się grata pozbył), chęć do zabawy w papierologię (rejestracja, ubezpieczenie…) oraz pewność, że go sprzedadzą na końcu pobytu w Australii bez poważnej straty finansowej. W zamian dostajemy totalną wolność i spokojny sen – nawet jeśli samochód uszkodzimy, to żadna krwiożercza wypożyczalnia nie będzie nas obciążać zawyżonymi kosztami naprawy. Backpackerzy najczęściej jako kampery kupują vany albo zwykłe kombiaki.
  • Relokować – dobra opcja dla tych, którzy chcą tanio dostać się z punktu A do punktu B i nie są zainteresowani „zwiedzaniem” po drodze. Z reguły bowiem na relocation deal (czyli przeprowadzenie samochodu z miasta, w którym nie jest potrzebne do drugiego, w którym jest na niego zapotrzebowanie) dostajemy mało czasu, a narzucony limit kilometrów nie pozwala na zbytnie zbaczanie z trasy. Z drugiej strony za samochód płacimy symboliczną cenę (od 1$ na dzień przy krótszych trasach do 5$ na dzień przy tych dłuższych) i dostajemy kasę na część paliwa (przy dłuższych trasach do 200$). Z powodu limitu czasu warto rozważyć dokupienie np. 2 dni (już po normalnej dziennej stawce dla konkretnego samochodu), co pozwoli na więcej luzu po drodze. Jeśli samochód się zepsuje, możemy liczyć na pomoc techniczną firmy / wymianę auta, ale jeśli my go zarysujemy / uszkodzimy, liczmy się z duuuużymi kosztami (nas rysa na dachu kosztowała… eh, łzy nie pozwalają mi napisać. Naszą relację z relokacji Darwin-Cairns przeczytacie tutaj).
  • Wynająć – ta opcja nie kojarzy się szczególnie tanio, ale przy odrobinie szczęścia, odpowiednim rozeznaniu i obniżeniu oczekiwań wypożyczenie może być tanie. Przy czym sami decydujemy ile czasu potrzebujemy i ile chcemy zrobić km. A do tego nie martwimy się, gdy w silniku coś stuka, bo jeśli auto się rozkraczy, to zajmie się nim wypożyczalnia, która w ostateczności wymieni nam auto na inne. Ale jeśli to my go uszkodzimy / zarysujemy, to patrz punkt wyżej.

Krótki przewodnik dla kamperowych pierwszaków

Relocation deal – żeby trafić na dobrą relokację trzeba trochę posiedzieć w sieci i poznać strukturę rynku wypożyczalni. Po pierwsze liczba firm może na początku przerazić, ale szybko okazuje się, że wystarczy monitorować tylko kilka stron (najlepiej zapisać się na specjalne alerty mailowe), by pokryć niemal cały rynek i móc sprawnie upolować okazję, bo po pierwsze np. marki Apollo, Cheapa Campa, Star RV oraz Hippie Camper to de facto jedna firma (podobnie jest z markami Mighty, Britz, Maui, KEA) wystarczy więc śledzić stronę jednej z nich, żeby widzieć też relokacje pozostałych marek koncernu. Po drugie istnieją porównywarki.

Strony konkretnych wypożyczalni:

Porównywarki

Wynajem

Żeby zrobić to tanio, szukajmy w ramach tanich firm, które swoje usługi kierują głównie do backpackerów. Na drodze najczęściej spotykaliśmy ich za kółkiem kamperów tych firm: Hippie Camper, Jucy, Spaceships, Wicked Camper i Travellers Autobarn.

Poza tym jeśli chcemy podróżować tanio, to nastawmy się na podstawowe wozy, które na pierwszy rzut oka nie będą się kojarzyć z kamperami. Są to po prostu vany z dwuosobowym łóżkiem na pace, które po złożeniu zamienia się w stół i kanapę. Poza tym po otwarciu tylnej klapy będziemy mieli dostęp do przenośnej kuchenki, lodówki, zlewu i podstawowego wyposażenia kuchennego, jednak miejsca nie wystarczy na gotowanie w samochodzie. No cóż, dramat. Trzeba będzie przenieść się na stół w parku. Wyższe i bardziej przestronne auta w typie Toyoty Hiace będą kosztować mniej więcej 2 razy więcej. Warto też pamiętać, że większość firm pobiera dodatkową opłatę, tzw. one way fee (ok 200$), jeśli samochód chcemy oddać w innym mieście niż to, z którego wypożyczamy. Z drugiej strony jeśli ma się szczęście to można trafić na niezłe promocje.

I tak my naszego Hippie Campera wypożyczyliśmy za rewelacyjną cenę 18$ za dzień. I nie płaciliśmy one way fee. Nie opłacało się nie brać.

Hippie Camper ma dwa modele. Deluxe (po lewej) i Budget (po prawej). My oczywiście podróżowaliśmy budżetem

Hippie Camper ma dwa modele. Deluxe (po lewej) i Budget (po prawej). My oczywiście podróżowaliśmy budżetem

W ten sposób zostaliśmy oficjalnie hipisami. A nazwa zobowiązuje, bo w końcu samochód oblepiony kwiatkami krzyczy wszem i wobec, że oto jadą hipisi, więc nie wypada zachowywać się jak niemieccy emeryci, do czego, co ze zgrozą w sobie odkrywamy, mamy naturalne inklinacje.

reklama

źródło: hippiecamper.com

Trzeba, jak mówi powyższe zdjęcie, być drogowym rebeliantem, słuchać swojego serca, uwolnić się z wszelkich etykiet, puścić wodze fantazji, polubić nieznane, ufać nieznajomymi, zapomnieć o ograniczeniach, utracić kontrolę, pozbyć się zbędnego bagażu… o boziu, my tak nie potrafimy…

Wyzwanie pierwsze: Hipis musi się wyspać i umyć

Niemiecki emeryt (albo zamożny Australijczyk) prowadzący swojego motorhome’a (największe kampery to prawdziwe domy na kółkach) każdą noc spędza w caravan parku, jest podłączony do tzw. powered site (czyli do prądu). Gotuje u siebie w kamperze, tam też się myje, ogląda TV, robi sobie barbecue i żyje w kojącym chłodzie, bo oczywiście „pakę” ma dodatkowo klimatyzowaną albo w komfortowym cieple, bo ma też eklektyczną farelkę. A hipis?

Hipis ślęczy każdego popołudnia na stronie www.caravancaravan.com.au i szuka w okolicy bezpłatnych miejsc do spania, bo oczywiście nie na każdym parkingu można nocować w kamperze, wręcz przeciwnie, nocować na parkingach można nielicznych, więc co noc trzeba szukać nowych. Jeśli hipis ma szczęście, to w takich miejscach toaleta jest schludna i skanalizowana, pod wiatą może znaleźć bezpłatne barbecue, a służby porządkowe zapomniały zamknąć na kłódkę skrzynkę z gniazdkiem, która zamknięta być powinna.

Gdzieś na parkingu przy autostradzie. Hipis miał szczęście, wszystko było nowiusieńkie :)

Gdzieś na parkingu przy autostradzie. Hipis miał szczęście, wszystko było nowiusieńkie 🙂

Jeśli szczęścia nie ma, to toaleta… lepiej nie mówić, wiaty w ogóle nie ma, skrzynki też nie, wieje zimny wiatr, więc na zewnątrz gotować się nie da, a wewnątrz też się nie da, bo w samochodzie zainstalowano czujnik dymu (oczywiście hipis z Polski szybko znalazł sposób na obejście tego praktycznego wynalazku…).

Hipis zgarbiony, ale dumny, bo pokonał czujkę dymu

Hipis zgarbiony, ale dumny, bo pokonał czujkę dymu

Poza tym w takich miejscach nigdy nie ma pryszniców, więc hipis myje się tak:

  • jak nikt nie patrzy to pod prysznicami przy plażach. Oczywiście komfort panuje tu pełny, bo woda jest zimna, nie wypada używać żelu pod prysznic ani szamponu, no i trzeba cały czas trzymać jedną ręką przycisk, żeby woda leciała. A poza tym strzaskani słońcem surferzy schodzący właśnie z plaży patrzą na takich prysznicowych partyzantów spode łba. Trudno. Kazano nam puścić wodze fantazji i wyzwolić się od etykiet, więc to robimy.
  • w rzekach – to co, że woda ledwo sięga kolan, jest mulista, nie wypada się myć żelem pod prysznic (znowu!!!). Wyzwoliliśmy się w końcu od ograniczeń…
  • w jeziorach, nawet tych w górach, w których temperatura wody sięga 8 stopni i… nie wypada się myć żelem pod prysznic (arghhhh!). Ograniczenia nie istnieją, powtarzamy sobie.
  • bierze prysznic na nielicznych stacjach benzynowych / w toaletach publicznych, gdzie ten prysznic łaskawie zainstalowano (w znalezieniu tych miejsc pomaga nam strona www.findthebest.com.au). Dobra wiadomość jest taka, że tam do mycia można wreszcie użyć chemii, a zła jest taka, że stronę odkryliśmy dopiero ostatniego dnia. W końcu hipis jest spontaniczny.
  • na publicznych basenach, gdzie bilet wstępu nie jest drogi (ułamek tego, co płacilibyśmy za caravan park), może w wodzie za dużo dzieci, ale my chodzimy tam w jednym celu. Umyć się i to żelem pod prysznic. Hipis lubi w końcu od czasu do czasu zrobić coś szalonego.
  • co drugi dzień (…żeby). W końcu jesteśmy rebeliantami…
Szybki "prysznic" w lodowatym jeziorze

Szybki „prysznic” w lodowatym jeziorze

albo w płytkiej rzece

albo w płytkiej rzece

Ale tak naprawdę hipis nie narzeka, bo najczęściej nocuje w przepięknych miejscach, z których żal rano odjeżdżać – polana wypełniona kangurami, łąka nad rzeką, trawnik upstrzony papugami kakadu, mroczny las paproci…, zatoczka przy autostradzie. A z brudu przecież jeszcze nikt nie umarł.

Bo kangury lubią hipisów. Dlatego budzą ich w nocy waląc ogonami w samochód. Wybaczamy

Bo kangury lubią hipisów. Dlatego budzą ich w nocy waląc ogonami w samochód. Wybaczamy

Wschód słońca na dzikim parkingu

Wschód słońca na dzikim parkingu

Wyzwanie drugie: Hipis musi dobrze zjeść i się porządnie napić

Po pierwszych nieszczęśliwych próbach z ramenami postanowiliśmy, że o nie! Dosyć dziadowania. Hipis niby ma być spontaniczny, ma nie czuć ograniczeń i żyć z dnia na dzień, ale studenciakiem być nie musi i ramenami paść się nie będzie. Postanowiliśmy dać szanse „restauracjom”.

Restauracjom w cudzysłowie, bo nie oszukujmy się, na prawdziwe restauracje szanującego się hipisa nie stać. Na szczęście szybko okazało się, że „restauracja pod złotymi łukami” oraz jej konkurenci w postaci Red Roostera, KFC, Hungry Jacka, Subwaya, Pizzy Hut czy Domino’s Pizzy oferują niezłe promocje – można się objeść ich podstawową ofertą za równowartość 5$. Co prawda azjatycka tanizna to to nie jest, ale jest już blisko. A że jesteśmy w końcu prawdziwymi hipisami, którzy odpruli wszystkie metki i bojkotują krwiożercze transnarodowe koncerny nastawione jedynie na zysk, tym chętniej korzystaliśmy z takich promocji zakładając, że akurat te produkty dla ich producentów są najmniej profitowe. Jakże słodkie było więc uczucie, gdy z każdym jedzonym przez nas powiększonym cheeseburger mealem komuś w centrali McDonalda siwiał włos, a z każdym rożkiem za 30 centów ktoś w tej samej centrali obgryzał paznokieć, albo gdy z każdą kawą za 1$ do której NIE domawialiśmy muffinka za 2$ gdzieś w centrali 7Eleven ktoś głośno przełykał ślinę, widząc jak profit spadł o jedno dziesięciotysięczne miejsce po przecinku…

No ale nie oszukujemy się, za dużego wpływu na profitowość ponadnarodowych koncernów nie mamy, dlatego z chęcią gotujemy sobie sami, czego brakowało nam od wyjazdu z Polski. Wreszcie jemy co chcemy i jak chcemy, pod warunkiem że substrakty są akurat w promocji… A spotykani po drodze inni hipisi i niemieccy emeryci z zazdrością pociągają nosem za naszymi wyczarowywanymi na przenośnej kuchence potrawami o mocnym aromacie bazylii i oregano (akurat w promocji były). A to wszystko obowiązkowo spłukiwane niezłymi winami kupionymi oczywiście w promocji.

jajka z kiełbaskami prosto z publicznego BBQ. Australijsko i bardzo smacznie

jajka z kiełbaskami prosto z publicznego BBQ. Australijsko i bardzo smacznie

czasem jednak jajka się kończą i pozostaje jedynie kiełba, oczywiście na cebulce. Potem jeszcze okrasimy ją musztardą i popijemy OJem (Oł Dżej od Orange Juice to po prostu sok pomarańczowy) i w drogę

czasem jednak jajka się kończą i pozostaje jedynie kiełba, oczywiście na cebulce. Potem jeszcze okrasimy ją musztardą i popijemy Oł Dżejem (Oł Dżej / OJ to Orange Juice czyli po australijsku sok pomarańczowy)

lanczyk się robi

poranna kawusia

Kolacja w krainie kangurów. Teraz wszyscy klikają na zdjęcie i szukają kangurów tam gdzie Paweł pokazuje paluchem

Kolacja w krainie kangurów. Teraz wszyscy klikają na zdjęcie i szukają kangurów… nie, nie na patelni tylko tam gdzie Paweł pokazuje paluchem

No dobra, czasem szliśmy na skróty i na śniadanie opychaliśmy się chlebem z nutellą

No dobra, czasem szliśmy na skróty i na szybkie śniadanie opychaliśmy się chlebem z nutellą

Wyzwanie trzecie: Hipis musi kupić substrakty

Szybko orientujemy się, że handel detaliczny w Australii jest opanowany przez dwie sieci hipermarketów: Coles i Woolworths, gdzieś tam z tyłu człapie jeszcze sieć IGA, a my mapujemy co gdzie jest tańsze. Otóż przecenione mięso często trafia się w Idze, Coles ma tanie owoce i warzywa, a Woolworths soki. Poza outbackiem robienie zakupów nie jest wyzwaniem, bo któraś z tych sieci a najczęściej wszystkie trzy, znajdzie się nawet w najmniejszym miasteczku. Starannie oglądamy każdy paragon, odrywamy z niego kupony na kolejne BOGOFFy (z ang. Buy One Get One For Free, czyli kup jeden, drugi dostaniesz gratis) oraz zniżki na paliwo. I pewnie byśmy tak biegali z siatami od jednego supermarketu do drugiego, gdybyśmy nie trafili na Aldiego. Radość z odkrycia, że Aldiki są niemal w każdym mieście i że są odpowiednikiem naszej Biedry była ogromna. Uśmiechnięci kupowaliśmy tamtejsze tanie mięso, tanie pesto, tani parmezan, tanią rukolę, tanie kiełbaski, tanie jajka, tanie soki, tanią wodę, tanie (choć wyjątkowo zacne) wino, tanie piwo imbirowe, tanie… Czuliśmy się jak prawdziwi hipisi, którzy nie znają ograniczeń, a świat stoi przed nimi otworem. Trzecim hipisem, który od tej pory podróżował z nami już zawsze był nasz niemiecki przyjaciel Aldi.

Wyzwanie czwarte: Hipis musi naładować laptopa i…

elektryczną szczoteczkę do zębów. No cóż, może i jeździmy na spontanie, sięgamy gdzie wzrok nie sięga, nie znamy ograniczeń, metek, strachu itd., ale wozimy ze sobą liczne sprzęty, które potrzebują prądu jak kania dżdżu. Oczywiście naszej spontaniczności pomaga fakt, że komórki ładujemy w gnieździe samochodowej zapalniczki za pomocą specjalnie kupionej wtyczki, albo dodatkowo zaniżamy zyski McDonalda korzystając z ich prądu (co niestety nie udaje się nam zbyt często, bo koncern ten podstępnie nie umieszcza w swoich lokalach gniazdek), ale jednak to nie wystarcza, więc wyzwoleni od wstydu latamy po centrach handlowych, szukając gniazdek i jak już jakieś znajdziemy, to bierzemy złodziejkę, podłączamy do jej trzech gniazd wszystkie sprzęty niemożliwe do zasilenia przez USB (m.in. laptopa), a do laptopa z kolei pozostałe sprzęty ładowane przez USB i tak oto na 2 godzinki przystajemy i ładujemy na raz 6 sprzętów na jednym gniazdku za nic mając pogardliwe spojrzenia mijających nas niewolników konwenansów, metek i pozorów. A gdy przez dłuższy czas gniazdka nie znajdujemy, jedziemy na caravan park… i podłączamy się pod powered site z poczuciem pewnego zgniłego kompromisu. Hipisi wśród niemieckich emerytów czują się nieswojo.

Nasz malczan wśród olbrzymów

Nasz malczan wśród olbrzymów

Wyzwanie piąte: Hipis musi lubić drogę

nasz szerszeń w kole road trainu

nasz szerszeń w kole road trainu

Ojjj lubi. W sumie w Australii przejechaliśmy 7 tys. kilometrów (tzn. żeby być precyzyjnym: ja przejechałem, a Paweł był wieziony), głównie Hippie Camperem, który prowadził się nieźle, a za jego kółkiem siedziało się prawie jak za barem (kierownica była ustawiona bardziej horyzontalnie niż w większości standardowych aut). Hippie nie zawiódł nas ani na chwilę, więc wolni i spontaniczni skręcaliśmy gdzie chcieliśmy, spaliśmy gdzie chcieliśmy, gdzie piękniej, gdzie droga bardziej malownicza, gdzie stało barbecue… Bez konwenansów, spontanicznie, przed siebie, w nieznane. Przez góry i nasycone zielenią doliny, wzdłuż plaż, przez lasy i dżungle, pięciopasmową autostradą i śród pól uprawnych, przez malownicze miasteczka i wielkie meropolie albo między kangurami, owcami i krowami…

Widok na Gold Coast

Widok na Gold Coast z pobliskiego miasteczka (o wiele milszego!)

i jeszcze raz Gold Coast

i jeszcze raz Gold Coast

Dla równowagi trochę zieleni

Dla równowagi trochę zieleni

i małych miasteczek

i małych miasteczek

i znowu trochę większych

i znowu trochę większych

Fragment Great Ocean Road

Fragment Great Ocean Road

Zresztą co ja będę pisał, wsiadajcie i przejedźcie się z nami (to nic, że Hippie jest zarejestrowany tylko na 2 osoby, w końcu jesteśmy drogowymi rebeliantami!)

Może otoczeni niemieckimi emerytami czuliśmy się nieswojo dlatego że coraz bardziej jak oni się czujemy i zachowujemy. Dlatego tak nam ulżyło, gdy Hippie Camper i Australia pozwoliły nam znów dobudzić się w sobie hipisa. I to hipisa w niezłym stylu. Bo gdyby promocje w wypożyczalniach ułożyły się inaczej mogliśmy skończyć nie jako dzieci kwiaty, weseli buntownicy na szosie, wolne dusze, drogowi rebelianci, spontaniczni faceci po trzydziestce nieznający ograniczeń, ale jako odjechane studenciaki prowadzące Wicked Campera i obwożące po całej Australii umazanego sprayem grata ogłaszającego wszem i wobec suchary godne Strasburgera.

Typowy Wicked Camper. Przez wzgląd na moją mamę, nie przetłumaczę, bo się wstydzę. W każdym razie to i tak jeden z lepszych wickedowych dowcipów.

Typowy Wicked Camper. Nie przetłumaczę, bo się wstydzę. Kogo to bawi, ten niech jak w dym w Australii wypożycza Wicked Campera

***

Roadtrip w Australii miał być dla nas sposobem na tanie przedostanie się z punktu A do punktu B. Szybko jednak okazało się, że stał się dla nas esencją podróżowania po Australii i dziś nie wyobrażamy sobie lepszego sposobu na poznanie tego kraju bez wydawania fortuny. To co miało trwać tydzień, góra 10 dni przekształciło się w cały miesiąc. I trwałoby nadal, gdyby nie fakt, że planując Australię nie doceniliśmy jej potencjału i bilet powrotny kupiliśmy na zdecydowanie zbyt wczesną datę.

roadtrip

źródło: hippiecamper.com

(4860)

38 odpowiedzi do artykułu “Hipisi na drodze, czyli najlepszy sposób na Australię

    1. Pawel

      Jerzy, nie jesteśmy rowerowymi ekspertami i nie pokonaliśmy trasy południowej, ale wiemy, że wiele osób przemierza Australię rowerami wszerz i wzdłuż (w tym przez outback), więc zakładamy że nie tylko „można”, ale też że zdecydowanie warto.

      A co do robactwa, to oczywiście jest, czasem nieznośne, ale nam zbytnio tych 6 tygodni w Australii nie uprzykrzało.

  1. Goska

    Wow!Strasznie mnie to wzielo….zwlaszcza, ze za miesiac wyruszamy w podobna podroz, po Australii Tonga.Dziekuje za relacje, az mnie pietki swedza, zeby ruszyc tu i teraz.Fajne pioro, taka lekkosc czytania,dzieki raz jeszcze i pozdrawiam off course!

    1. Piotrek Autor

      Gosia, dziękujemy i życzymy udanej podróży po Australii i Tonga! Safe travels

  2. Rob

    Z pasją przeczytałem o waszej fantastycznej przygodzie , moja dziewczyna też się trochę pośmiała 🙂 Aktualnie planujemy podobny wypad w związku z tym mam jedno pytanie.
    Wszystkie firmy wynajmujące pojazdy poza ceną za wynajem campervana podają również cenę za ubezpieczenie . Niemałą kwotę bo za miesiąc ok 700-800 dolarów . Chciałbym was zapytać czy wy wykupowaliście takie ubezpieczenie i czy ono jest rzeczywiście potrzebne .
    Dzięki z góry za podzielenie się informacją

    1. Piotrek Autor

      Rob, dzieki za komentarz. Ubezpieczenie to oczywiscie nie jest taka jednoznaczna sprawa. Dla nas to też była niezła zagwostka, wiec mógłby z tego powstać oddzielny post…

      Po pierwsze, nie jest to tak naprawde ubezpieczenie sensu stricto tylko „ograniczenie odpowiedzialności” (liability reduction) i ogranicza kwotę, do wysokości której odpowiadacie za ew. zniszczenia kampera. Normalnie więc wypożyczalnia pobiera depozyt z karty kredytowej, który bez wykupienia dodatkowego liability reduction wynosi w zależności od firmy i samochodu od jednego do kilku tys. AUD. Taki depozyt (czyli odpowiedzialność) można ograniczyć (oczywiscie za dodatkową dzienną opłatą) o połowę lub (za jeszcze wyższą dodatkową dzienną opłatą) nawet do symbolicznej kwoty 100-150 AUD, ale wtedy łatwo wpaść w wysokie koszty dzienne.

      Po drugie, raczej nie można ubezpieczyć się niezależnie… tzn. jeśli np. w Polsce wykupicie ubezpieczenie OC w podróży, będzie ono wyłączać sytuacje typu „wypożyczenie samochodu”

      Po trzecie, nawet ograniczenie odpowiedzialności do 100 AUD NIE DOTYCZY zniszczenia części, które najłatwiej zniszczyć (czyli tych które statystycznie najczęściej są niszczone), tzn. przedniej szyby, „paki”, czy opon.

      Po czwarte, musicie sobie odpowiedzieć na pytanie, czy jesteście ryzykantami, czy wolicie spokojny sen.

      My na początku myśleliśmy, że jesteśmy ryzykantami, więc ograniczenia nie wykupiliśmy i za zarysowanie paki (no dobra, rozoranie jej gałęzią) zostaliśmy zaczardżowani sympatyczną kwotą 800 AUD. Po wielu (WIELU) mailach i nerwach udało się zejść do 400 AUD, ale to wciąż wysoka kwota. Pocieszające (?) jest jednak to, że nawet gdybyśmy wykupili liability reduction, to i tak nie obejmowałoby to tej nieszczęsnej paki.

      Poczytaliśmy fora internetowe, pogadaliśmy z pracownikami wypożyczalni i z innymi podróżnikami i teraz już wiemy, że gdy będziemy wypożyczać następnego kamepera, pewnie zrobimy tak:

      1) nie wykupimy liability reduction bo daje ono ZŁUDNY spokojny sen (nie dotyczy najczęstszych uszkodzeń)

      2) jeśli uszkodzimy karoserię, naprawimy samochód w niezależnym warsztacie na własny koszt i zapłacimy duuuuuużo mniej, niż gdyby zrobiła to za nas wypożyczalnia.

      3) Bardzo dokładnie obejrzymy samochód przed odbiorem i naniesiemy na protokół zdawczy KAŻDĄ ryskę i kropkę. Gdy pracownik odbierający samochód widzi, że na protokole zdawczym dokładnie naniesiono mnóstwo uszkodzeń karoserii, raczej nie przykłada się do dokładnego oglądania samochodu przy odbiorze – co nam służy gdy odcień lakieru po naprawie różni się od oryginalnego…

      4) zawsze dokładnie przeczytamy terms & conditions. Niektóre wyraźnie zakazują robienia tego, co opisaliśmy w pkt 2, a inne tego wyraźnie nie zakazują. Dobrze wiedzieć na czym stoimy.

      5) będziemy unikać kamperów z wysoką paką bo po pierwsze są zdecydowanie droższe od zwykłych vanów, a po drugie ich paki aż proszą się o rozoranie gałęzią na parkingu… 🙂

      I ostatnia ważna rzecz – polskie karty kredytowe lubią nie działać w australijskich terminalach płatniczych (mimo że działają przy płatnościach online). Warto mieć więc ze sobą różne karty (Visa / MC) / karty z różnych banków / upewnić się przed wyjazdem czy karta jest kompatybilna z australijskimi terminalami (już widzę reakcję pracownika banku w PL na takie pytanie…). Może się okazać, że na miejscu w Australii staniemy przed niesympatycznym wyborem… Albo tracimy całą kwotę, którą zapłaciliśmy online przy bookowaniu samochodu albo wykupujemy maksymalne liability reduction, które tych symbolicznych 100-150 USD nie pobiera z konta jako depozyt, ale jedynie je na koncie blokuje (i w takim wypadku niedziałająca karta zaczyna działać).

      Well, to by było na tyle. Mamy nadzieję, że daliśmy Wam do myślenia 😀 Dajcie znać na co się finalnie zdecydowaliście :))))

      1. Bartek

        Hej
        Moglbys troche rozjasnic temat problemu z kartami platniczymi? Za 2 tygodnie wynajmujemy busa w Sydney. Do tej pory nie mielismy problemow z wypozyczalniami aut. Nasz rekord padl w maroku gdzie rezerwowalismy jedna karta, na miejscu placilismy inna a depozyt dzielismy na jeszcze dwie inne karty. Problemow nigdy nie bylo. Jak to dokladnie wyglada w AU? Musze koniecznie placic ta sama karta ktora rezerwuje i ta sama karta robic depozyt?

        1. Piotrek Autor

          Czesc Bartek, dzięki za komentarz!

          Nam udawało sie rezerwować jedną kartą, a finalnie płacić inną (mimo, że przy rezerwacji online wszyscy wszędzie piszą że koniecznie musi to być ta sama karta) – tylko zawsze była to karta KREDYTOWA, a nie debetowa. Debetowych oczywiście nie akceptują. Natomiast za każdym razem mieliśmy problemy z płatnością polską kartą kredytową w terminalach wypożyczalni – otóż karta kredytowa po prostu nie działała w tych terminalach. Dodzwoniliśmy się na infolinię polskiego banku, który stwierdził rozkładając ręcę że najwyraźniej ta karta jest niekompatybilna z australijskimi terminalami…

          Rozwiązania były dwa – za pierwszym razem pani z Britz po prostu spisała naszą kartę. Ale inna wypożyczalnia (Apollo) nie mogła tak zrobić i u nich, żeby nie stracić kilkuset dolarów opłaty wstępnej musielismy wykupić maksymalne ograniczenie liability reduction, które sprawiło, że kwota „depozytu” z faktycznego POBRANIA kasy z karty zmieniła się w BLOKADĘ na karcie – i wtedy wszystko zadziałało… Więc miejcie kilka kart i stalowe nerwy 🙂 Powodzenia, dajcie znać czy wszystko poszło bez problemu!

  3. Rob

    Dzięki wielkie za naprawde wyczerpującą odpowiedź 🙂 .To wiele wyjaśnia. Zaoszczedziło mi to mase czasu na szukaniu odpowiedzi w internecie 🙂 dzieki raz jeszcze .

  4. Judka

    Hej, czy mieliście jakieś kłopoty z autem po drodze? Krążą różne opinie w necie, że auta z tej firmy są stare i psują się, że pracownicy nie odbierają wtedy telefonu, że wzbudzają agresję ludzi itp. itd?

  5. Piotrek Autor

    Nasz Hippie sprawował się bez zarzutów. Swoje lata już miał, ale mechanicznie był całkowicie sprawny i przyprowadzono nam go błyszczącego i czyściutkiego. Raz zapaliła się nam kontrolka, ale nie mieliśmy żadnego problemu żeby uzyskać na infolinii rzeczowe (i grzeczne) instrukcje. Pod koniec zdarzyła się też drobna usterka przy zlewozmywaku i przy oddawaniu pracownik zapisał obsłudze serwisowej instrukcje co dodatkowo muszą sprawdzić, więc zakładam, że generalnie Apollo (własciciel marki Hippie) o swoje auta dba, ale oczywiscie jak wszędzie mogą zdarzyć się też negatywne doświadczenia. My natomiast mieliśmy same dobre, a pracownicy Apollo byli zawsze bardzo mili i pomocni.

  6. Goska

    Hej!Mam do Was jeszcze jedno pytanko, troche dziwne moze, ale dla mnie wiedza niezwykle przydatna: a mianowicie czy moge wziac ze soba do Australii dwie chinskie zupki, takie vifon z makaronem.Czytam rozne fora, przeszukuje je w poszukiwaniu jednoznacznej informacji, ale wszelkie odpowiedzi sa sprzeczne.Normalnie nie zawracalabym Wam tym glowy, ale ladujemy w srodku nocy, jedziemy prosto do hotelu wiec nie bedzie czasu szukac czegokolwiek do jedzenia.Dziekuje bardzo za odpowiedz i pozdawiam.PA

    1. Piotrek Autor

      Nasz doświadczenie mówi, że można, o ile się zadeklaruje je w specjalnej deklaracji wjazdowej. Customs officer wypyta dokładnie co wwozicie i jeśli uzna, że dany produkt znajduje się na liście zakazanej, to najwyżej wam go zabierze / nie pozwoli wwieść. My wwoziliśmy indonezyjskie dżemy, zadeklarowaliśmy je i nie mieliśmy żadnego problemu.

      Natomiast na pewno nie jest dobrym pomysłem żeby nie deklarować wwożonej żywności, bo kontrole bagażu są częste i wyrywkowe, a jeśli customs officer znajdzie w bagażu produkt spożywczy, który nie został zadeklarowany, ryzykuje się bardzo (bardzo) wysoką karę pieniężną. Pod tym względem Australijczycy są zaskakująco surowi.

      Powodzenia!

      1. Goska

        HEJ!Dziekuje bardzo, bardzo za odpowiedz i jestem pelna podziwu dla Waszej samodyscypliny i bycia po prostu dobrym ludkiem, jesli chodzi o odpisywanie i opisywanie wszystkiego i wszystkim.Moj podziw wynika z faktu, iz ja bedac w podrozy dookola swiata, zmobilizowalam sie do napisania az…trzech stron…Wielkie dzieki zatem, szacun i pozdrowki gorace

  7. Martaa

    Hej, moze to troche glupie putanie, ale w internecie kraza rozne opinie. Czy mieliscie miedzynarodowe prawo jazdy wypozyczajac? Jestem juz w australii i mam przy sobie tylko polskie ( w azji wystarczalo!! :d) i obawiam sie ze mkze nie byc uznane. Co wiecej, czy wiecie moze czy na miejscu jest mozliwosc uzyskania miedzynarodowego? Dzieki!

    1. Piotrek Autor

      Hej Marta, niestety nie da się wyrobić międzynarodowego prawa jazdy poza miejscem zamieszkania w Polsce. My mieliśmy właśnie to międzynarodowe, widzieliśmy że inni przy wypożyczaniu też z takiego korzystają. W terms&conditions większości firm są zapisny mówiące, że właśnie takie jest potrzebne.

      Proponujemy wizytę w jakimkolwiek oddziale wypożyczalni lub telefon na infolinię. Jeśli okaże się, że międzynarodowe prawo jazdy jest wymagane, pozostaje sekcja „rideshare” na australijskim gumtree 🙂

      Powodzenia

  8. Cezary

    Hej, a jak z ladowaniem akumulatorow w camperze, czy to jest jakikolwiek problem, trzeba to robic regularnie czy sie laduja jak sie jedzie i martwic sie trzeba przed planowaniem dluzszego postoju? Czy w ogole sie nicxym nie martwic jak prawdziwy hipis?

    1. Piotrek Autor

      Po pierwsze hipis oczywiscie sie nie zamartwia. Po drugie kazdy szanujacy sie kamper ma 2 akumulatory. Jeden standardowy zasila to co w zwyklej osobowce i tylko tak jak w zwyklej osobowce mozna go rozladowac. Drugi akumulator zasila lodowke i czasami takze pompe do wody. Obydwa laduja sie w czasie jazdy. Nie zdazylo nam sie rozladowac tego drugiego nawet jesli kamper stal niepodlaczony do pradu przez 48h (caly czas zasilal lodowke). Natomiast nie da sie korzystac z gniazdek elektrycznych zainstalowanych w kamperze jesli nie jest podlaczony do ‚powered site’ na caravan parku. Opcja jest zakup wtyczki usb do gniazda zapalniczki ktora pozwoli na ladowanie komorek w tego pierwszego akumulatora. Mamy nadzieje ze to wyczerpuje temat 🙂 udanego roadtripu!!! Peace brother 😉

  9. Wojtek

    Hej 🙂

    Mam pytanie o Relocation Deal.
    Czy moglibyście opowiedziec proszę, jak ocenaiacie taki sposób podróżowania?
    Niedługo jadę do USA, zastanawiam się czy nie skusić się na ww. sposób pokonywania drogi.
    Jedyne co budzi moje wątpliwości to kwestia ubezpieczenia (po notce na blogu nie wyglądało to zachęcająco, jeśli chodzi o potencjalne szkody wyrządzone w czasie jazdy).
    Widziałem mnóstwo ofert w USA, są one niezwykle kuszące ale czy nie będzie ryzykiem wybrać taki sposób podróży?

    Pozdrawiam!

    1. Piotrek Autor

      Wojtek, dzieki za komentarz

      To czy skusic się na pokonywanie drogi przez relocation deale zależy wg nas od tego JAK chcesz tę drogę pokonywać
      – jesli chcesz zrobić sobie roadtrip (jechać tak długo jak chcesz, skręcać gdzie chcesz, cofać się albo zatrzymać się na dzien-dwa w ciekawym miejscu) to RD nie jest dobrym rozwiązaniem (bo masz z reguły limit czasu i kilometrów)
      – jesli chcesz po prostu tanio przedostać się z pkt A do pkt B i alternatywą jest np autobus, to RD jest fajnym rozwiązaniem (pod warunkiem że akurat jest RD w to miejsce)
      – jesli jesteś elastyczny pod kątem destynacji i czasu to RD jest dobrym rozwiązaniem, np. mówiąc obrazowo, chcesz przejechać jutro z Warszawy do Krakowa, ale zadowolisz sie przedostaniem z Warszawy do Katowic dzień później, bo załóżmy że nie ma akurat RD do Krakowa w ciagu najbliższego tygodnia
      – jesli nie jesteś elastyczny pod katem destynacji i czasu, to nie licz na RD

      Natomiast jesli chodzi o ubezpieczenie, to po pierwsze nie ma nic kontrowersyjnego w ponoszeniu odpowiedzialności za ew. szkody :), a po drugie fundamentalne pytanie brzmi czy jesteś ryzykantem. Jesli tak to nie wykupuj dodatkowego ubezpieczenia, a jeśli nie to wykup ale bądź gotowy, że RD juz tak tani nie będzie.

      My po pierwszym RD doszliśmy do wniosku, że narzucane limity czasowe i kilometrowe za bardzo nas ograniczają i skupiliśmy się na wyszukaniu dobrej promocji w ramach standardowego wynajmu kampera. A kwestia ubezpieczenia/ograniczenia odpowiedzialności była drugoplanowa (spójrz na jeden z komentarzy powyżej – staraliśmy się wyjaśnić nasz punkt widzenia w tej sprawie 🙂 )

      Udanej podróży, zazdrościmy roadtripu do Stanach!

  10. Aga

    Bardzo ciekawy opis i przydatne wskazówki ! Niedługo lecimy do Australii do Darwin i zamierzamy kamperem dojechać do Sydney. I teraz pojawia się ogromny problem z jakiej firmy wypożyczyć kampera.. wolałabym uniknąć sytuacji w których muszę walczyć o depozyt czy bać się że zaraz się rozpadnie.. Czy możecie polecić jakaś wypożyczalnie o bardzo dobrych opiniach ? Albo chcociaż czy oprócz Wicked jakąś zdecydowanie odradzacie ? Straszny mamy z tym dylemat .. bo chcielibyśmy przeżyć tą podróż bez przygód związanych z kamperem 😛 Myśleliśmy o aamotorhomes jako może o jakiejś lepszej wypożyczalni…

    1. Piotrek Autor

      Hej Aga, dzięki za komentarz. My też długo zastanawialiśmy się z jakiej firmy wziąć kampera, bo np. o Apollo można przeczytać sporo negatywnych komentarzy. Natomiast tak naprawdę nie ma dobrego źródła obiektywnych opinii o wypożyczalniach. Jeśli ktoś miał negatywne doświadczenia z jakąś firmą, to będzie o tym pisał w necie, jeśli miał dobre, raczej zachowa je dla siebie…

      Pomocne bedzie na pewno dokładne przestudiowanie terms & conditions – jest w nich jasno zapisane co się dzieje w sytuacji awarii samochodu i spisane są zasady zwrotu depozytu. Więc jeśli rozważacie AA Motorhomes to zacząłbym od porównania ich T&C z konkurencją.

      Jeśli priorytetem jest dla Was spokojny sen to wykupcie maksymalne liability reduction. Niektóre T&C przewidują też wykupienie „specjalnego traktowania” w razie awarii samochodu. Tylko to wszystko słono kosztuje 🙂 Co do depozytu to o ile nie spowodujecie żadnych zniszczeń nikt nie będzie robił problemów ze zwrotem, chyba że nie przyłożycie się do wypełnienia protokołu zdawczego. O liability reduction i protokole pisaliśmy w jednym z komentarzy powyżej.

      Co do konkretnych firm to korzystaliśmy z usług Apollo (właściciel marek Cheapa Campa, Hippie, Apollo, Tavlor, Star RV) oraz THL (Britz, Mighty, Maui, KEA). W obydwu przypadkach byliśmy zadowoleni z obsługi, formalności czy stanu technicznego pojazdów. O Wicked nie mozemy wiele powiedzieć poza tym że ich samochody nie wyglądały zachęcająco.

      Natomiast pamiętajcie że Darwin to nie jest duże miasto i moze okazać się, że na miejscu nie znajdziecie wszystkich firm lub że nie będzie dużego wyboru kamperów. Poza tym to Norhtern Territory (taki australijski dziki dziki zachód) i nie wszystkie firmy tam operują! Moze okazać się, że lepiej przelecieć stamtąd do jakiegoś wiekszego miasta skąd łatwiej będzie znaleźć coś sensownego.

      Powodzenia!

      1. Agata

        Dzięki za odpowiedź ! 🙂 Chyba jednak zdecydujemy się na kampera z Apollo, jednak ceny liability reduction są tak ogromne (i dodatkowo to co pisaliście wyżej- nie chroni nas to od większości wypadków) że nie zdecydujemy się na nie. Już chciałam rezerwować kampera jak doczytałam że pobierają kaucję 5000 dolarów !! Ogromna kwota, która trochę mnie przeraża … Czy też tak duża kaucję wam zabrali ? I na jakiej zasadzie to działa skoro ją zabierają z PL karty to pieniądze są przewalutowane na dolary i poźniej spowrotem?? To przecież musi być jakaś różnica kursu i ktoś na tym stracić, czy może są one w jakiś sposób zamrażane na koncie bez przewalutowania ? Z góry dzięki za odpowiedź – jest to dla mnie bardzo pomocne (nie mówię płynnie po angielsku więc mam problem z dokładnym zrozumieniem niektórych rzeczy)

        1. Piotrek Autor

          Hej. Nam pobrali kaucję w wysokości „tylko” 2.5k dolarów, pewnie dlatego, że mieliśmy bardzo podstawowy model – w zasadzie ich najtańszy. Pamiętajcie że musicie mieć kartę KREDYTOWĄ – najlepiej różne (VISA / MC) bo polskie karty lubią nie działać w australijskich terminalach… Tak, kaucja jest przewalutowywana ze złotówek w idealnej sytuacji na dolary USD a z nich na dolary australijskie, a w sytuacji mniej idealnej między PLN i USD jest jeszcze EURO 🙂 Sprawdźcie w swoim banku ile przewalutowań będziecie mieli po drodze. Kasa nie jest zamrażana/blokowana na koncie, tylko fizycznie z konta pobierana i potem zwracana, chyba że wybierzecie maxymalne liability reduction, wtedy te symboliczne 100/200 dolarów „kaucji” jest (przynajmniej w Apollo) rzeczywiscie zamrażane. Na różnicy kursowej jesli ktoś straci to raczej Wy a nie wypożyczalnia – zajrzyjcie do terms & conditions :))) A jesli chodzi o angielski, to koniecznie dobrze przeczytajcie terms & conditions i zrozumcie je dobrze, zeby się nie okazało że np. oddacie samochód 15 minut za późno albo z niedolanym po korek bakiem paliwa i parę stówek (dolarów oczywiście) Wam dodatkowo zejdzie z konta 🙂

          Generalnie im bardziej wchodzi się w szczegóły tym mniej się to wydaje opłacalne… z polskiego punktu widzenia. Już w Australii szybko przekonacie się, że publiczny transport w Australii jest horrendalnie drogi, podobnie jakiekolwiek noclegi, nawet w słabych hostelach (o czym przekonacie się na pewno w Darwin w hostelu Melaleuca…) także kamper i tak wychodzi tanio, nawet z tymi wszystkim kaucjami i różnicami kursowymi.

          Trzymamy kciuki!

  11. Pingback: Where is Juli – Australia i podróżeRelokacje kamperów - tani sposób na Australię - Where is Juli - Australia i podróże

  12. Wojtek

    Cześć,

    piszecie o stronie http://www.findthebest.com.au , a ja nie bardzo potrafię ją ogarnąć. Możecie podpowiedzieć jak na tej stronie szukać mkiejsc na ciepły prysznic? 🙂

    Dzięki i w ogóle super wyprawa!

    1. Piotrek Autor

      Wygląda na to że stronę „udoskonalono” i straciła swoją pierwotną funcjonalność. Też nie potrafię znaleźć na niej public showera… :///

  13. keepatrip

    Baardzo dobrze napisane i smieszno i straszno. Czy trzeba rezerwować kampera online czy można już sobie np w Sydney ogarnać? Oraz czy one sa w manualu, automat czy mozna wybrać>?

    1. Piotrek Autor

      Dzięki za miłe słowa! Lepiej online – można łatwiej porównać różne oferty no i wybór jest większy. Jak pojawicie się w ostatniej chwili przy ladzie bez rezerwacji, możecie nie mieć zbyt wielu opcji.

      W Australii większość aut jest w automacie, podobnie jest z kamperami. Ale tańsze kampery występują częściej z manualną skrzynią. Natomiast nas nikt nie pytał o preferencje – po prostu brało się taki samochód, jaki był dostępny :))))

  14. Anka

    Dobrze znam ten szok cenowy 😉 czasem trudno jest się przestawić – w jednym kraju za grosze żyje się w luksusie (przynajmniej jest to luksus rozumiany przez tubylców) a w następnych za tę samą sumę ledwo się przeżywa. Kamper to świetny pomysł ale nie wiem czy ogarnęłabym jego obsługę

    1. Piotrek Autor

      Jeśli podróżuje się budżetowo to obsługa kampera sprowadza się do zmiany biegów i zamieniania łóżka na stół 🙂 Więc nic skomplikowanego 🙂

  15. Patryk

    Świetna relacja i jeszcze lepsze odpowiedzi na pytania!
    Mega pomocna i użyteczna strona!!!

    My na 2 miesiące wybieramy się sierpień/wrzesień. O jakiej porze roku wy byliście? Jak myślicie, czy podczas naszego pobytu nie będzie zbyt chłodno i nieprzyjemnie? W końcu to ich zima i skromny początek wiosny…
    Wielkie dzięki za pomoc 🙂
    Pozdrawiam

    1. Piotrek Autor

      Patryk, dzięki za pytanie i za miłe słowa.

      My byliśmy w pazdzierniku/listopadzie. W Darwin/Cairns/Brisbane było gorąco-gorąco, w Sydney było gorąco. W Melbourne było ZIMNO (kilkanaście stopni i deszcz non-stop), na Mt Kosciuszko nocą było LODOWATO (snieg i te sprawy…). Więc oczywiście im bardziej na południe tym mniej komfortowo spało się nam w kamperze i za piżamę służyły nam wszystkie ubrania, jakie tylko mieliśmy… Swoją drogą koło Darwin nie dało się w kamperze spać… z gorąca.

      Mówiąc inaczej, Australia jest tak rozległa, że nawet zimą znajdziecie miejsca w których będzie Wam gorąco i miejsca, w których będzie zimno-zimno. Więc jeśli chłód Wam straszny, podporządkujcie trasę temperaturze. Na stronie https://www.wunderground.com/history/ mozecie przeszperac sobie historyczne dane nt pogody w konkretnych miejscach, np. W Sydney 1 sierpnia 2015 było 15 stopni, w Perth tego samego dnia 12st, w Melbourne 8st, w Brisbane 14st, w Cairns 22st, a w Darwin 26st… A może nie ścigajcie się z geografią i po prostu odkryjcie Australijską zimę i zamiast od niej uciekać, jedźcie w okolice Mt Kosciuszko na narciarskie wczasy? Warunki podobno wyśmienite.

      Dajcie znać co postanowiliście. Pozdrawiamy

  16. Kamil Fal

    ja również podróżowałem z rodziną po kraju – wypożyczalnia kamperów okazała się być super pomysłem! podróż wcale nie jest męcząca, a za to bardzo swobodna, to naprawdę doskonały sposób na zwiedzanie! dzieki za ten art 🙂