NasiGoreng.pl

Filipiny – jesteśmy za, a nawet przeciw

DSC04098_1Siostra Basen lub Doktor Wstrząs – bohaterowie mojego ulubionego serialu „Daleko od Noszy” nazwaliby ten stan jasno: „końcówa”. A to dlatego, że nasza roczna podróż rozpoczęta w styczniu siłą rzeczy, jak by nie liczyć i jak by nie odwlekać, zmierza niestety nieubłaganie ku końcowi, tzn. ku końcówie. A wiadomo, że kończyć należy klamrą. Do domknięcia klamry w Azji Południowo-Wschodniej zabrakło nam jedynie Filipin – był to ostatni duży kraj w tym regionie, którego nie odwiedziliśmy. Dlatego nie mogliśmy sobie odmówić tych Filipin. No to sobie nie odmówiliśmy.

I nie wiemy czy dobrze, że sobie nie odmówiliśmy. Miotamy się (tzn. ja już się nie miotam, ale o tym w podsumowaniu). Dużo nie zobaczyliśmy, jedynie Boracay, Palawan i Manilę (już słyszę jak fani dzikich niezadeptanych przez turystów Filipin prychają z pogardą słysząc szczególnie te dwie pierwsze bardzo turystyczne destynacje). Z drugiej strony widzieliśmy to, co pewnie większość przyjeżdżających na Filipiny widzi. Uznajemy więc, że mamy wystarczający mandat do tego, żeby się o Filipinach wypowiedzieć i podzielić się naszą perspektywą.

Powody, dla których warto jechać na Filipiny

Powód 1: Piękne plaże

No dobra, Tajlandia Tajlandią, Indonezja Indonezją, ale najładniejsze plaże w takim natężeniu widzieliśmy jedynie na Filipinach. Albo bielutka plaża na Boracay, albo urokliwe pochowane plażyczki w zatoce Bacuit na północy Palawanu osłonięte wysokimi skałami, albo… można wymieniać jeszcze długo. Filipiny cieszą się reputacją plażowego raju i na pewno na taką reputację zasługują.

Białe plaże na wyspie Boracay

Białe plaże na wyspie Boracay

DSC04040_1DSC04038_1

Wśród karstów zatoki Bacuit kryją się liczne plażyczki i laguny

Wśród skalnych wysp zatoki Bacuit kryją się liczne plażyczki i laguny

DSC04148_1DSC04147_1DSC04087_1Powód 2: Jest czysto*

To pierwszy kraj w Azji Południowo-Wschodniej gdzie serce nie kraje się nam na widok lokalsów wyrzucających śmieci prosto do morza, na drogę, tam gdzie stoją. Nie kraje się, bo to się zwyczajnie nie dzieje. Miasta są relatywnie czyste, rynsztoki wypełnione są tym czym rynsztoki wypełnione być powinny, ale raczej nie znajdzie się tam reklamówek i innych nierozkładających się śmieci. Na ulicach stoi sporo koszy na śmieci i plakatów sympatycznie przypominających żeby „nie być śmieciowym szkodnikiem”. Także turystom zwraca się uwagę, żeby nie śmiecili, nie dotykali koralowców, nie zabierali z plaży na pamiątkę muszelek, piasku, kamyczków. Pływając w morzu, nie widzi się unoszących się w wodzie śmieci (po indonezyjskim Bunakenie to miła odmiana). Można? Można. Taka postawa mieszkańców krzepi i fajnie by było, gdyby Filipiny wyeksportowały ją do swoich sąsiadów.

* nie dotyczy Manili

Powód 3: Łatwo się dogadać i podróżować też jest dość łatwo

Angielski jest na Filipinach językiem urzędowym, więc w zasadzie z każdym dość łatwo się porozumieć. Wiem, wiem – czasem fajnie jest próbować mówić lokalnym językiem, dużo łatwiej wtedy o bardziej autentyczny kontakt z miejscowymi, ale tu na Filipinach można relacje z miejscowymi nawiązywać po angielsku.

A poza tym łatwo po Filipinach podróżować. Bilety lotnicze są zaskakująco tanie (pewnie dlatego, że na większości tras konkurują ze sobą Cebu Pacific, AirAsia i Philippine Airlines), transport lądowy łatwo sobie zaaranżować niemalże „od drzwi do drzwi”, na każdym kroku spotkać można rikszę, której kierowcy w zasadzie nie naciągają (kurs kosztuje do 1,5 zł). Trzeba mieć wyjątkowe szczęście, żeby zatruć się jedzeniem. Wszędzie można dojechać, wykupując a to wycieczkę, a to jakiś pakiecik.

Powód 4: Filipińczycy są mili

Chyba jedni z najmilszych ludzi w Azji Południowo-Wschodniej. I nie ma się wrażenia, że są mili na siłę. Filipińczycy po prostu są mili, uprzejmi, uśmiechnięci. I nawet gdy wydaje się, że oszukują, to tak naprawdę nie oszukują. Weźmy taki przykład.

O taksówkach z lotniska w Manili narosło sporo legend, że oszukują prawie jak ci warszawscy, że obwożą po całym mieście, że przekręcają liczniki, że zawyżają stawki kilkunastokrotnie itd. Nas „oficjalna lotniskowa taksówka” wiozła właśnie do hotelu naokoło. Ale gdzie tam my – stare podróżnicze wygi – nie damy się. Nie po to mamy GPS w komórce, żeby dać się zrobić w konia jak dzieciaki. No więc machamy taksówkarzowi GPSem przed nosem, że „źle jedziemy”, że to nie w tą stronę, że nie chcemy dookoła. Im bardziej stajemy się nerwowi, tym milszy jest kierowca i tym bardziej swoją dobrocią nas rozbraja. Zaufajcie mi proszę – mówi. Ogłupieli ufamy, choć „szkiełko i oko” pokazują wyraźnie, że ŹLE JEDZIEMY. No i dowozi nas dobry człowiek do hotelu. Nazwa się zgadza, rzeczywiście leży przy centrum handlowym, przy którym miało leżeć (ta nazwa też się zgadza), tylko że strona miasta nie ta. Okazuje się, że hoteli o tej nazwie jest w Manili więcej, a prawie każde centrum handlowe na Filipinach nazywa się Robinson’s Place… Wobec tego kierowca nas przeprasza, nie chce pieniędzy i pewnie by nas zawiózł za darmo we właściwe miejsce, gdyby nie fakt, że akurat… potrącił człowieka. Potrącony biedny cały w konwulsjach, a kierowca… cały czas nas przeprasza i chce nam kolejną taksówkę aranżować, dając potrąconemu do rozumienia, że „tak tak, już zaraz podejdę”. Na naszą nieśmiałą sugestię, że może jednak by się zajął dzwonieniem po karetkę szarmancko odparł, że dopiero jak załatwi nam taksówkę… A gdy podeszliśmy do potrąconego i upewniliśmy się, że poza tym, że poobijany jest w zasadzie cały, ten też zaczął nas przepraszać, że przeszkodził. No cóż, może podobnie jak Polska Filipiny są jedyną ostoją katolicyzmu w regionie, ale czasem to nie wystarczy, by odbierać na podobnych falach. Ale mili są… 🙂

***

Powody, dla których nie warto jechać na Filipiny

Powód 1: Dominacja turystyki pakietowej

Jakie to głupie uczucie, gdy w zasadzie nie da się niczego zobaczyć niezależnie. Wszystko jest opakietowane, na pakietowych wycieczkach tłumy. Nawet jak się pojedzie skuterkiem gdzieś niby niezależnie, na oddaloną plażę to i tak za chwilę przypłyną pakietowcy na kilkunastu stateczkach i plażę wezmą we władanie. A jak nie na stateczkach, to zjadą na ziplajnach, przyjadą klimatyzowanymi vanami, albo kto ich tam jeszcze wie jak, ale na pewno przyjadą. W porcie nikt nie zaczepia, nie pyta „mister, może łódeczka na wynajem?”, bo wszystkie dostępne łódki wiozą już gdzieś pakietowców, a te które nie wiozą, łowią ryby.

Oczywiście byliśmy w bardzo turystycznych miejscach, więc trudno się dziwić. Ale nie były to pierwsze bardzo turystyczne miejsca, które odwiedzaliśmy, natomiast to tutaj na Filipinach po raz pierwszy wybór był tak prosty – albo pakiecik albo w zasadzie nie za wiele. Jeden z poznanych Filipińczyków stwierdził, że to przez wygodnictwo samych Filipińczyków, którzy stanowią znaczącą część tutejszych turystów. Według niego Filipińczycy chcą mieć wszystko podane na tacy, nigdzie nie chodzą pieszo, nawet na drugą stronę ulicy jeżdżą rikszą, oczekują wygody i na wycieczce chcą ograniczyć się do wodzenia wzrokiem za palcem przewodnika i naciskania spustu aparatu wtedy, gdy przewodnik im to zasugeruje…

Powód 2: Masy na pakietach

Same pakiety nawet by tak złe nie były (w końcu wymęczeni ciągłym samodzielnym organizowaniem wszystkiego chętnie wyoutsourcowalibyśmy to w ręce specjalistów – i nawet raz wyoutsourcowaliśmy), gdyby nie to, że na owych pakietach spotyka się masy turystów.

Efekt jest taki, że piękne miejsca zalewane są mnóstwem turystów każdego dnia. Turystów specyficznych i niewybrednych. Weźmy taki „Island hopping” z El Nido. Opiewany jako doświadczenie niemal religijne (tak piękne mają być odwiedzane miejsca) okazuje się smutną udręką. Na „sekretne laguny”, „ukryte plaże” i „tajemnicze zatoki” trafiają bowiem każdego dnia setki turystów. W tym mniej więcej 40% to tzw. non-swimmerzy. Więc są ciągani przez organizatorów po wodach tych lagun i zatok na kołach ratunkowych, obwożeni kajakami niczym królowie w swoich lektykach, albo po prostu są wwożeni łodziami tam, gdzie łodzie zdecydowanie wpływać nie powinny, bo nie ma miejsca, bo jest za płytko, bo się tworzą korki… Efekt jest taki, że magia tych urokliwych miejsc znika, woda w uroczych sekretnych lagunach ma przejrzystość kawy latte, nieliczni pływający samodzielnie umykają z drogi łodziom (co prawda mili Filipińczycy zawsze w takich sytuacjach krzyczą „excuse me mister”), a my żałujemy, że się zdecydowaliśmy brać w tym smutnym spektaklu udział.

"Sekretna Laguna" rzeczywiście jest sekretna - wchodzi się do niej przez dziurę w skale wielkości 1x1m i niby jeszcze wydaje się tutaj sekretna...

„Sekretna Laguna” rzeczywiście jest sekretna – wchodzi się do niej przez dziurę w skale wielkości 1x1m i z tej perspektywy jeszcze może wydawać się sekretna…

ale co to za sekret... Powiedziano nam, że mamy szczęście, bo w lagunie jest wyjątkowo pusto...

ale co to za sekret… Powiedziano nam, że mieliśmy szczęście, bo w lagunie było wyjątkowo pusto…

Oglądanie zachodu słońca wliczone w pakiet restauracyjny. Bez pakietu nie ma zachodu

Oglądanie zachodu słońca wliczone w pakiet restauracyjny. Bez pakietu nie ma zachodu

Powód 3: Drożyzna, panie

Jeśli ktoś myśli, że z powodu dużej liczby touroperatorów ceny pakietów są atrakcyjne, to się myli. Jest drogo. Filipiny w ogóle na tle innych krajów regionu wypadają drogo. Drogie są hotele, drogie są knajpy, drogie są vany i oczywiście wszystkie pakiety (choć nadal są to ceny niższe niż w Polsce). Na takiej wyspie Boracay bardzo wyraźnie widać dwa obiegi – jeden turystyczny z cenami wywindowanymi wysoko i drugi lokalny dla mieszkańców wyspy. Obydwa światy dzieli przepaść, ale nie przenikają się i każdy wie gdzie ma, na przykład, jeść… Oczywiście jak wszędzie można podróżować tanio. Sęk w tym, że dość trudno o rozwiązanie pośrednie zapewniające relatywny komfort za nie tak duże pieniądze.

Powód 4: Okropne jedzenie

Dobra, wszystko powyższe można ominąć / zaakceptować / tolerować, ale jednego nie przeboleję. Niestety Filipiny kulinarnym rajem nie są, a to wszystko w regionie, który z pysznego jedzenia słynie. Nawet w Indonezji, gdzie króluje dość niemrawy nasi goreng (tak, to od niego wzięła się nazwa naszego bloga), dość łatwo można znaleźć prawdziwe rarytasy (o których więcej tutaj). Filipinom smakowo bliżej niestety do niesmacznej Birmy niż do pyszności Tajlandii czy Wietnamu. Zresztą gdy już myśleliśmy, że oto objawiła się przed nami głęboko skrywana tajemnica filipińskiej kuchni, bo przypadkowo trafiliśmy do miejsca, gdzie jedzenie było przepyszne, to okazało się, że jemy w knajpie wietnamskiej. A gdy wreszcie skusiliśmy się na opiewany przez wszystkich Filipińczyków deser halo-halo, to no cóż. Wyglądał jak stróż w Boże Ciało i tak samo smakował…

halo halo

halo halo

I już już wyjechalibyśmy z Filipin z przeświadczeniem, że najlepsze jedzenie znajdzie się tutaj w restauracji pod złotymi łukami, aż tu nagle nasz filipiński przyjaciel Aaron zabrał nas do – jak nam hucznie zapowiedział – knajpy z autentycznym filipińskim jedzeniem. Miny mieliśmy średnie, tym bardziej, że dzień wcześniej wymusił na Pawle zjedzenie filipińskiego przysmaku – baluta – czyli embrionu kurczaczka… (przemilczę to, co wydarzyło się bezpośrednio po jego zjedzeniu). Ale gdy tym razem nam już jedzenie podano, zmieniliśmy zdanie o filipińskiej kuchni. A nie była to jakaś pokazowa knajpa. Po prostu zwykłe miejsce, do którego Aaron chadza na lunch. Więc można na Filipinach zjeść dobrze, tylko trzeba poszukać, najlepiej z kimś miejscowym. Różnica polega na tym, że w innych krajach Azji Południowo-Wschodniej można zjeść dobrze bez zaawansowanych poszukiwań.

oto my z Aaronem i z dowodami na to, że na Filipinach da się dobrze zjeść (choć już nie za 2,5 dolara)

oto my z Aaronem i z dowodami na to, że na Filipinach da się dobrze zjeść (choć już nie za 2,5 dolara)

***

Ale ale! Jest 4:4. Więc jeśli targacie się między jechać/nie jechać, jeśli naprawdę jesteście rozdarci i z tego powodu mielibyście nie zmrużyć oka, oto przedstawiam powód rozstrzygający, który można zgodnie ze swoim światopoglądem uznać za przekonujący do wyjazdu na Filipiny, albo od tego odwodzący.

Oto on:

Jeśli ktoś zastanawia jak to się mogło stać, że Chrystus nie został intronizowany na Króla Polski, po odwiedzeniu Filipin nie będzie miał już wątpliwości. Bo jest już Królem Filipin. Filipiny to bowiem kraj szalenie katolicki.

Jezu ufam Tobie na jednym z manilskich wieżowców

Jezu ufam Tobie na jednym z manilskich wieżowców

Co druga riksza obwozi dumnie hasła „Bóg jest Dobry”, „Jezus moim Panem”, „Jezu ufam Tobie”. Na co drugim rogu znajduje się coś pod wezwaniem Dzieciątka Jezus albo Najświętszego Serca Chrystusowego. Miasta prześcigają się w religijnych epitetach – takie Puerto Princesa to na przykład jedyne na Filipinach „miasto żywego Boga”. Na przedniej szybie każdego samochodu wisi różaniec, który przed, po i w trakcie każdego drogowego wyzwania jakim jest manewr wyprzedzania jest przez kierowcę nabożnie dotykany. Uświęcona w ten sposób dłoń robi następnie na czole tego samego kierowcy znak krzyża i jest oczywiście na koniec przezeń (kierowcę, nie krzyż) całowana. Gdzie się da, wstawia się też figurki Maryji Zawsze Dziewicy… W końcu Filipińczycy to drugi po Polakach prawdziwie „maryjny lud”. To także tutaj na Filipinach odbywa się przed Wielkanocą wyjątkowa droga krzyżowa, gdzie ochotnik odgrywający rolę Jezusa naprawdę jest krzyżowany…

Nie wiesz co postawić na skale pośrodku plaży? A może by tak Maryję?

Nie wiesz co postawić na skale pośrodku plaży? A może by tak Maryję?

ta sama plaża, kilkaset metrów dalej (bo to długa plaża była)

ta sama plaża, kilkaset metrów dalej

filipiński maryjny lud ma się dobrze

Filipiński maryjny lud to ma dobrze. Już wkrótce będzie miał niepowtarzalną okazję wziąć udział w Wielkiej Maryjnej Procesji i obejrzeć ponad 100 Jej oblicz

Wszyscy Filipińczycy doskonale kojarzą też egzotyczny kraj o nazwie Polska (do tej pory gdy słyszano w Azji, że jesteśmy z Poland, pytano się czy to to samo co Holland), bo uświęcone ona wydała dziecię – Papieża. Zresztą ulice Manili oblepione są plakatami papieża, jednak niestety nie tego Jedynego Prawdziwego Papieża Świętego Jana Pawła II, ale jego skromnego następcy w zaniedbanych butach – Franciszka, który lada moment do Manili będzie pielgrzymował (a plakaty te dziwnym trafem przyozdobione są logotypami – jak się domyślamy – sponsorów: Huyndaja i… restauracji pod złotymi łukami).

Polacy (przynajmniej niektórzy) na Filipinach poczują się więc w zasadzie jak u siebie.

nie, ten Grób Pański nie znajduje się w kościele, tylko w zwykłym biurowcu w centrum Manili...

W żłobie leży, którz pobieży… ale nie do kościoła, tylko do zwykłego biurowca w centrum Manili

No, a że czas to szczególny, toż to grudzień, to każde centrum handlowe od dawna już obstawione jest żłóbkami, choinkami, stroikami, mikołajami i światełkami, wszyscy życzą wszystkim Merry Christmas, zewsząd do uszu dochodzą znane świąteczne przeboje, a trzeba przyznać, że takie „White Christmas” na skąpanych w słońcu bielusieńkich plażach Boracay nabierają trochę innej, ale jakże przyjemnej magii…

To teraz przyporządkujcie sobie powód katolicki uwzględniając lub nie „klauzulę sumienia” i zdecydujcie, czy na Filipiny warto jechać.

***

Moja opinia jest jednoznaczna – Filipiny mnie nie urzekły. Przez niesmaczne jedzenie, przez turyzm (wiem, wiem, sami byliśmy jego częścią na własne życzenie, grom przyjęty) i przez wywindowane ceny (już nawet ten katolicyzm by mi nie przeszkadzał). A przy tym dookoła Filipin tak łatwo przecież o prawdziwe rajskie niemal bezludne wyspy, choćby na naszej ukochanej, wciąż taniej i niezadeptanej Indonezji albo w niezawodnej Tajlandii. Poza tym z Filipin to już w zasadzie rzut beretem do Australii, gdzie można sobie wypożyczyć hippie campera i stać się prawdziwym easy riderem (przyznaję, że na moją chłodną ocenę Filipin wpływ ma wciąż nieugaszona żałoba po Australii). Ale żeby nie pogrążać Filipin tak definitywnie, niczym Salomon zasugeruję tym, którzy jednak się tam wybierają odwiedzenie miejsc innych niż Palawan czy Boracay (no dobra, Boracay można odwiedzić dla przepięknej plaży). Mi jednak już nie będzie się chciało dawać Filipinom drugiej szansy.

Na szczęście kolejną szansę (chyba już szóstą) damy Bangkokowi, bo przecież nie wypada, żeby nasza „końcówa” była niefortunna. A wiadomo, że – jak to mówi słynna piosenka – wystarczy jedna noc w Bangkoku, żeby nawet największy twardziel skulił się w sobie. Podróżniczą klamrę zamkniemy więc z przytupem właśnie tam.

Mapa odwiedzonych miejsc:

    (3665)

    12 odpowiedzi do artykułu “Filipiny – jesteśmy za, a nawet przeciw

    1. Tadeusz Śmigielski

      z zachwytem i wstrzymanym oddechem przeczytaliśmy ciekawie opisane plusy i minusy Filipin a szczególnie Manilii – tam żyją od 16 tu lat:synowa z synem i wspaniałe wnuczęta – pozdrawiam dzielnych podróżników

    2. Paweł B

      zrobiliście mi smaka na baluta….ale jestem już po lanczu….

    3. Rafal

      Hmm…jestem pierwszy raz na Waszym blogu i tak o tych Filipinach pięknie piszecie…ale co do tych minusów to trochę dziwne, że się wypowiadaliście np o masie turystycznej i narzekaliście na to strasznie ale jak sami podkreślacie byliście jej częścią…hmm będąc na Filipinach unikałem jak ognia typowo turysycznych miejsci wszystko sam sobie organizowałem z miejscowymi przyjaciółmi…i było tanio, dostępnie i naprawdę przepięknie! A no i te piękne miejsca były praktycznie puste tak że czasem byliśmy jedynymi goścmi a plaże na których byłem były zapełnione tylko w święta (kiedy wszyscy mają wolne) 🙂 Co do jedzenia…..nie trzeba dużo szukać..wystarczy żywić się z miejscowymi (jak macie jakiegoś kumpla tam) i po problemie… Co do religii… hmm różnice kulturalne są na tyle zmniejszone dzięki katolicyzmowi, że łatwiej się tam zaadoptować i nawet zamieszkać…Ci ludzie faktycznie kochają Boga…tylko boli mnie jedno..tłumaczenie z wieżowca..nie żebym się czepiał ale wyraźnie tam pisze „w bogu nasza ufność” a nie w „Jezusie” 😉 dla mnie Wasze minusy daleko od turystycznych spotów stają się plusami więc 8:0 dla mnie.. ten 9 pominę 😛

      Polecam południowe Filipiny (Mindanao, Camiguin, Samal) jako drugą szansę dla Was 😉

      1. Pawel

        Rafał, dzięki za komentarz. Przepraszamy, że tak późno odpisujemy, ale jakos nam umknął. Co do jedzenia i turyzmu, to oczywiście jeśli włoży się w to dużo energii i/lub podróżuje się z miejscowymi to można znaleźć perełki, my też zresztą na nie trafialiśmy. Sęk jedynie w tym, że w sąsiadujących krajach tej energii nie trzeba wkładać aż tak dużo no i nie każdy na Filipinach ma przyjaciół 🙂 Dlatego na tle regionu Filipiny nas aż tak nie urzekły. Niemniej dzięki za rekomendację innych filipińskich destynacji, może to w nich tkwi klucz do tego kraju 🙂

    4. Asia

      Fajny wpis, ale chyba nie wszyscy komentujący wiedzą co to ironia 🙂
      Po tym, jak dowiedziałam się co jadł Paweł nie mogę patrzeć na jajka:D

      1. Kata

        To i ja zacytuję powyższy wpis: „Powody, dla których warto jechać na Filipiny – Powód 1: Piękne plaże”. Poza tym każdy ma prawo do swojego zdania, jedni lubią sekretne laguny, inni białe plaże, a jeszcze inni góry. Warto się z tym pogodzić 🙂

    5. Kata

      Super wpis! Wystarczyło tylko „Jezu ufam Tobie” i emocje sięgnęły zenitu 🙂 Dobrze, że przynajmniej Wy nadal jesteście wyluzowani i korzystacie z uroków Filipin 🙂

    6. Ula

      Cześć chłopaki, wielkie dzięki za mile spędzony czas na Island hopping! (nawet jesteśmy na fotce 🙂 ) Sporo prawdy w tym, co piszecie. Ale i tak było cudnie! Zwłaszcza teraz tak myślę gdy patrzę na zachmurzoną Warszawę. Dajcie koniecznie znać jak będziecie organizować jakiś pokaz zdjęć, chętnie wpadniemy! Udanego powrotu do rzeczywistości!
      Do zobaczenia Ula i Tomek

      1. Pawel

        Hej! My też dziękujemy, fajnie było Was poznać. I zgadzamy się, że z perspektywy zimnej deszczowej Polski w której dzień trwa od 8:00 do 15:00 Filipiny są rajem :)))

        Jesteśmy w kontakcie!

    7. Wish Seredynski

      Interesujace komentarze i moze zgodzilbym sie z niektorymi, ale… mieszkam na Filipinach tylko 5 lat. Jak w kazdym kraju znajdziesz tu cos co lubisz i cos czego nie znosisz. Kultura nakazuje dostosowac sie, znaturalizowac, szczegolnie jesli nie jestes tu na pare dni.
      Jedzenie – moja zona wspaniale gotuje, a znamy tez restauracje o swiatowym standardzie („Antonio Garden” w Tagaytay), a czesto jemy w przydroznych jadlodalniach – oczywiscie jesli nie widac oblokow kurzu na drodze.
      Czysto…? ha ha ha! Pewnie trzeba na nowo wychowywac pokolenia, zeby nie wyrzucaly smieci pod siebie. Ale miejsca roznia sie i trudno zgadnac dlaczego w niektorych miastach czy prowincjach moze byc czysto a w innych (jak kolo mnie) okropnie. Generalnie rzecz biorac – im blizej Manili tym gorzej.
      Mieszkalem w Tajlandii 7 lat i lubie ich kulture, potrawy ale… tam mozna umrzec na ulicy i nikt ci nie pomoze, jesli nie masz pieniedzy. Nie wnikajac w powody, dla ktorych obcokrajowcy osiedlaja sie tam, oni potrzebuja tam klubow, miejsc gdzie moga pogadac, znalezc przyjaciol. Nie znajdziesz ich wsrod lokalnych mieszkancow – jesli nie masz pieniedzy! Angielski jest zastapiony usmiechami i popularnymi frazami. Na Filipinach znacznie wiecej mowi i rozumie po Angielsku, choc mozesz uslyszec cos o „bleeding nose” …
      Osobiscie nie szukam plazy i klimat jest czesto za goracy dla Polaka, wiec marze o przeniesieniu sie do Tagaytay lub w gory do Baguio.
      To tylko garstka moich spostrzerzen. Chetnie podziele sie dalszymi.
      Wiesiek albo Wish (to moje muzyczne ime).

      1. Arni

        Hejka,nadal mieszkasz na Filipinach? Chętnie uzyskam ciekawych informacji na temat kraju i spędzenia tam czasu. Proszę o kontakt mailowy,pozdrawiam.
        arni76@onet.eu